fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Polskie interesy są bezpieczne

adobestock
Mimo 15 lat od naszego wejścia do UE u niektórych komentatorów, analityków i polityków wciąż obecny jest pasywny ton, zapewne spadek po okresie akcesji – pisze wiceminister spraw zagranicznych.

Od ogłoszenia pierwszego projektu wieloletnich ram finansowych przez Komisję Europejską minęło ponad 17 miesięcy. Konsultacje w sprawie kształtu nowego wieloletniego budżetu Unii Europejskiej trwają o wiele dłużej. Mimo upływu czasu negocjacje są wciąż niezaawansowane. Powodem impasu są naturalne różnice interesów rozwojowych państw UE. Mapa tych interesów, gdzie bogata Północ oponuje przeciwko transferom dla mniej konkurencyjnego Południa i słabiej rozwiniętej Europy Środkowej, jest stara jak nasze członkostwo w UE. Przy okazji tych negocjacji budżetowych dochodzi jednak nowy czynnik, który ma krytyczne znaczenie.

Załamanie zaufania do projektu europejskiego w krajach, które więcej do budżetu UE wpłacają, niż z niego bezpośrednio czerpią, jest dziś trwałym zjawiskiem. Problem udawało się do tej pory opanowywać, ale szok kryzysu strefy euro pozostawił poważne skutki polityczne. Zasobna Północ zaczęła nieufnie spoglądać na UE właśnie z uwagi na ryzyko – podgrzewane przez polityków – dodatkowych transferów. To powód, dla którego aktualne negocjacje budżetowe są najtrudniejsze w całej historii polskiej obecności w UE.

W przypadku spełnienia potrzeb Południa strefy euro transfery byłyby faktycznie kolosalne. Inaczej rzecz się ma w przypadku transferów regionalnych i rolnych, które stały się ofiarą spadku zaufania do projektu europejskiego w krajach, które lubią się powoływać na swoją proeuropejskość. Są nawet skłonne do rozliczania z europejskości innych.

Spójne stanowisko Polski

Polska od początku tego procesu przedstawia spójne i odpowiedzialne stanowisko. W celu jego wypracowania od niemal czterech lat działa międzyresortowy zespół ds. wieloletnich ram finansowych, który uzgadnia krajowe interesy w tych negocjacjach. Nie podważamy tezy, że budżet UE powinien odpowiadać na aktualne wyzwania polityczne Unii, które się zmieniły na przestrzeni ostatnich siedmiu lat. UE może robić więcej w sprawach takich jak migracje, klimat czy obrona. Stawianie jednak przed Unią nowych celów wymaga wskazania finansowania.

Szczególnie że wzrost wydatków w tych pozycjach jest bardzo wysoki. Te na migracje i ochronę granic zwiekszają się ponaddwukrotnie (z 12,9 do 32,6 mld euro). Wydatki na obronność do tej pory (2014–2020) były znikome. W propozycji na lata 2021–2027 KE zaproponowała 11,5 mld euro na Europejski Fundusz Obrony, a także 5,8 mld euro na mobilność wojskową (proponowany nowy komponent instrumentu „Łącząc Europę").

Nowe środki własne UE mogłyby wzmocnić bazę finansową UE na przyszłość. Muszą być jednak sprawiedliwe, tzn. przynajmniej proporcjonalnie rozkładać ciężar między państwa członkowskie. Tego kryterium nie spełnia ani opłata za odpady plastikowe, ani środki oparte na opłatach za emisję CO2 (tzw. ETS). W obu wypadkach mamy do czynienia z mechanizmami, które kazałyby płacić więcej państwom biedniejszym. W przypadku Polski udział w finansowaniu wzrósłby z 4 proc. (kryterium dochodu narodowego brutto) do 7 proc. (opłata za odpady plastikowe) lub niemal 11 proc. (ETS). W tym samym czasie w obu wypadkach np. Holandia, której wielkość gospodarki jest zbliżona do polskiej, obniżyłaby swój udział w finansowaniu UE. Takie rozwiązanie stoi w sprzeczności z protokołem 28 do traktatu, który sprzeciwiał się środkom regresywnym. Są to rozwiązania mało przyszłościowe: polityka UE skutecznie ograniczy odpady plastikowe oraz emisje CO2 – tym samym nowe źródło finansowania UE będzie zanikać.

Dlatego Polska sprzeciwia się takim pomysłom, oferując poparcie dla rozwiązań opartych na unijnym opodatkowaniu transakcji finansowych, sektora cyfrowego, lotnictwa czy też wprowadzeniu opłaty od wspólnego rynku dla największych przedsiębiorstw, które przez efekt skali najbardziej z niego korzystają. Nie uciekamy od tematu zagwarantowania poważnych źródeł finansowania UE. Oczekujemy jednak elementarnej równowagi obciążeń. Stanowisko to jest popierane przez szeroki obóz państw, które są w podobnym położeniu.

Wszyscy, którzy liczą na rosnącą rolę UE w sprawach migracji, klimatu lub obrony, powinni zrozumieć, że poziom naszych ambicji jest zależny od pojawienia się nowych pieniędzy i równowagi celów. Nie da się robić więcej za mniej. Tym bardziej musi dziś zaskakiwać, że najgłośniejsi adwokaci „nowoczesnego budżetu" domagają się jednocześnie obniżenia finansowania do 1 proc. PKB UE.

Tu mamy do czynienia z drugim paradoksem aktualnych negocjacji. Parlament Europejski tradycyjnie utrzymał swoje ambitne stanowisko, domagając się dużego budżetu Unii. Nie można tego powiedzieć o Komisji Europejskiej, która już na wstępie zaproponowała budżet bardzo ograniczony. To jedna z przyczyn stagnacji w tych negocjacjach. Projekt KE nie zadowolił nikogo. Tylko z uwagi na włączenie do budżetu Europejskiego Funduszu Rozwoju można utrzymywać statystyczną fikcję ambitnej propozycji KE. Znakiem czasu jest fakt, że dziś nawet KE porzuca myślenie o ambitnym budżecie dla UE.

Europejski populizm?

Oczywiście są i obiektywne powody, dla których budżet UE musi być mniejszy. Odejście Wielkiej Brytanii oznacza ubytek ok. 80 mld euro. To obiektywny fakt. Brexit musi przynieść konsekwencje finansowe. Jest też prawdą, że bezpośrednie transfery z budżetu UE dla krajów bogatszych odgrywają coraz mniejszą rolę. Tak jest także w przypadku Polski. Nasz PKB per capita rośnie, a wraz z nim ogranicza się rola transferów, które są pomyślane jako wsparcie najbiedniejszych. W 2007 r. było to 53,1 proc. średniej dla UE28, dziś to już 71,1 proc. Kolejne polskie regiony przekraczają próg 75 proc. zamożności na głowę w stosunku do średniej UE, który zapewnia najwyższe wsparcie z budżetu UE. W obecnych wieloletnich ramach finansowych (WRF) było to woj. mazowieckie, a w przyszłych WRF taki stan osiągną także Dolny Śląsk i Wielkopolska.

Paradoksem jest fakt, że kraj sukcesu w UE to kraj, który już nie potrzebuje takiego wsparcia. Mam nadzieję, że będziemy krajem sukcesu tak szybko, jak się da. Nikt rozsądny nie powinien sprowadzać sensu polskiego członkostwa do pozycji netto w budżecie UE. To byłaby wizja trwałego niedorozwoju lub rozwoju trwale zależnego. Rząd Mateusza Morawieckiego robi wszystko, by Polskę z takich scenariuszy wyrwać. Jednak ten cel jest wciąż przed nami. Dlatego Polska nie zgodzi się na nieuzasadnione cięcia w polityce spójności i polityce rolnej.

Biorąc pod uwagę, że konkurencyjne gospodarki krajów Północy czerpią kolosalne korzyści ze swej obecności na wspólnym rynku, trudno nie widzieć w postulacie ograniczenia spójności europejskiego populizmu. Pieniądze wydane na spójność służą konwergencji standardów społecznych, infrastrukturalnych i gospodarczych całej UE. Projekty realizowane są na wspólnotowym rynku zamówień publicznych, gdzie najsilniejszą pozycję mają firmy z krajów Północy. Integracja handlowa przynosi kolejne miliardy euro tym samym konkurencyjnym gospodarkom. A więc pieniądze wydane w ramach budżetu UE są widoczne nie tylko w bilansach firm, ale także samym PKB krajów, które chętnie siebie prezentują jako „płatników netto" w opozycji do „beneficjentów netto". I znowu, trudno nazwać to inaczej niż europejskim populizmem. Budżet UE razem z politykami UE są skonstruowane tak, by wszyscy byli jego beneficjentami.

Polska nie zgodzi się także na dyskryminacyjne potraktowanie interesów rolnych w budżecie UE. I nie jest to tylko kwestia wyrównania dopłat bezpośrednich na jeden hektar, co jest podyktowane elementarną sprawiedliwością. To także pozycja wspólnej polityki rolnej jako ważnego elementu politycznej równowagi w UE. Ambitna polityka handlowa, którą Unia chce promować w świecie, będzie społecznie i politycznie nie do utrzymania bez gwarancji dla interesów wsi, które w negocjacjach handlowych są narażone na poważne wyzwania.

To się wiąże m.in. z rosnącymi obowiązkami klimatycznymi i środowiskowymi sektora rolnego w UE. Najczęściej nie mają one żadnego odzwierciedlenia poza UE, co przekłada się na globalną konkurencyjność tego sektora w UE.

Transformacja klimatyczna

Cele klimatyczne to kolejny wielki temat tych negocjacji. Polska nie podważa potrzeby transformacji klimatycznej w UE. Nasz sprzeciw wobec wyznaczenia celu neutralności klimatycznej na rok 2050 wynika z faktu, że takie zobowiązanie oznacza bardzo poważne koszty po stronie energetyki, przemysłów energochłonnych, ale także transportu, mieszkalnictwa i rolnictwa. Transformacja energetyczna biedniejszej Polski jest bardziej kosztowna niż wielu innych krajów. Ale także odziedziczony po komunizmie punkt wyjścia w sprawach takich jak jakość mieszkalnictwa czy transportu nie pozwala przykładać zachodnich miar do Europy Środkowej. Oznacza to konieczność ostrożnego wyważenia kosztów i sprawiedliwego podziału obciążeń w tej sprawie.

Stanowi to trudność, ale także szansę na rozwiązanie więcej niż jednego problemu, z jakim zmagamy się na poziomie UE. Obecnie działania klimatyczne nie są w budżecie UE realizowane poprzez osobny instrument, ale poprzez wyznaczony cel wydatków klimatycznych ze wszystkich programów budżetowych (tzw. climate mainstreaming). Obecnie wynosi on 20 proc. KE zaproponowała jego zwiększenie do 25 proc. w latach 2021–2027. W liczbach absolutnych oznacza to wzrost z 206 mld do 320 mld euro.

Jednocześnie jednak zmienia się struktura WRF. Udział programów bez większego przełożenia na działania klimatyczne (np. na obronność czy program Erasmus) rośnie z 22 proc. w obecnych WRF do aż 30 proc. w propozycji KE na lata 2021–2027. WPR i polityka spójności odpowiadają obecnie za ok. 78 proc. wydatków klimatycznych w budżecie UE. W przyszłym budżecie ten wkład wciąż ma być bardzo znaczący – ok. 73 proc. Jeśli chcemy realizować ambitne cele klimatyczne, to obie te polityki powinny być odpowiednio finansowane. Nie należy przy tym zapominać, że mają one przede wszystkim realizować swoje podstawowe cele traktatowe, związane z zapewnieniem spójności gospodarczej i społecznej w UE.

Z tego obrazka jasno wynika, że uzgodnienie mapy neutralności klimatycznej na rok 2050 zgodnej z polskimi oczekiwaniami może wytyczyć drogę do porozumienia także w tej części WRF. Może się tym samym okazać, że zwiększenie wydatków klimatycznych przestanie być dla Polski problemem, a zacznie być rozwiązaniem, które nie tylko ułatwi osiągnięcie porozumienia budżetowego na czas, ale także zapewni polityczne i społeczne poparcie dla transformacji klimatycznej w Polsce.

Oznacza to konieczne zmiany w polskich zdolnościach korzystania z nowych form i zasad finansowania. W ostatnich latach pokazaliśmy, ze jesteśmy w stanie dokonać skoku, jeśli chodzi o centralnie zarządzany Invest EU oraz instrument „Łącząc Europę". Dokonaliśmy bezprecedensowych zmian prawnych, które mają przygotować polską naukę i biznes do sięgania po pieniądze na innowacje i rozwój. To jest ścieżka dostosowania, na której już jesteśmy.

To my decydujemy

Mimo upływu 15 lat naszego członkostwa u niektórych komentatorów, analityków i polityków wciąż obecny jest pasywny ton, który jest zapewne spadkiem po okresie akcesji. Wtedy, nie będąc członkiem UE, byliśmy zdani na decyzje innych. To państwa członkowskie, nie my, decydowały o różnych parametrach naszej drogi do UE.

Dziś jest inaczej. Bez głosu Polski nie będzie porozumienia w sprawie budżetu UE. Dlatego głośne, czasem bojowe, choć najczęściej anonimowe deklaracje stolic państw UE, dotyczące cięć w politykach, które są dla nas ważne, są tylko stanowiskami poszczególnych stolic. Są one tak samo wiążące jak stanowisko Warszawy. To oczywista prawda, która ucieka nawet doświadczonym obserwatorom sceny europejskiej.

Budżetu UE nie podyktuje żadna stolica sama. Potrzebujemy tu zgody wszystkich państw członkowskich. Dlatego polskie interesy budżetowe i rozwojowe są bezpieczne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA