fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

UE: Senny koszmar po Brexicie

123rf.com
Jeśli decyzje w UE podejmowane będą przede wszystkim w wymiarze międzyrządowym, wygrywać będą najsilniejsi, czyli głównie Niemcy, na punkcie których Jarosław Kaczyński zdaje się mieć prawdziwą obsesję – pisze redaktor naczelny „Liberte!”.

Jarosław Kaczyński zapowiedział w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” konieczność renegocjowania unijnych traktatów i potrzebę stworzenia silnej europejskiej konfederacji, zajmującej się sprawami zagranicznymi i obronnością. Przez opozycję oraz znaczną część komentatorów jego pomysły zostały wyśmiane. Ryszard Petru wystąpił nawet z tezą, że Kaczyński chce Polskę wyprowadzić z Unii Europejskiej.

Dotychczasową europejską politykę PiS należy oceniać jak najgorzej. Referendum w Wielkiej Brytanii i przyszły Brexit podkopały jej i tak słabiutkie fundamenty. Retoryka polskiego rządu, czy mu się to podoba czy nie, plasuje go w jednym rzędzie z tymi, którzy chcieliby zniszczenia Unii – takimi politykami jak Marine Le Pen, której dojścia do władzy Kaczyński się obawia. Na potrzeby wewnętrzne - a im polityka zagraniczna podporządkowana jest jak chyba nigdy wcześniej - polski rząd robi wszystko, żeby znaleźć się poza europejskim głównym nurtem i zapracować na miano niekonstruktywnego partnera, z którym pole wspólnych interesów i wypracowania potencjalnych rozwiązań jest niemal żadne.

Utopie stają się rzeczywistością

Polska bez Wielkiej Brytanii, która w Unii funkcjonowała na specjalnych prawach, szczególnie od czasu ogłoszenia przez Davida Camerona referendum w sprawie Brexitu, może być w UE wraz z Węgrami izolowana jako główny hamulcowy Wspólnoty. W niektórych kwestiach, takich jak przymusowe kwoty imigrantów, sprzeciw, zwłaszcza „nowych” krajów członkowskich, jest powszechny. W innych, jeśli duże kraje Unii dojdą do porozumienia nasza możliwość manewru będzie niewielka. A nie wszędzie będzie można używać polskiego weta, na co zresztą apetyt miałby Jarosław Kaczyński, zapowiadając, że chciałby, żeby większa ilość decyzji na Radzie Europejskiej była głosowana na zasadzie konsensusu.

W przeciwieństwie do polityków opozycji, wyczuwających okazję do wykorzystania organicznej nieufności PiS wobec „lewackiej UE”, i wielu komentatorów, nie dezawuowałbym z góry jakiejkolwiek próby przeformułowania europejskiej polityki partii rządzącej. Potencjalne wyjście Wielkiej Brytanii z Unii, a nawet samo przegrane przez zwolenników Remain referendum, generuje dla nas – Polaków i Europejczyków, tak wiele negatywnych skutków, że zwykła gra partyjna nie powinna mieć w dyskusji na ten temat zastosowania. Chodzi o dalszą przyszłość Europy jako przestrzeni pokojowego rozwoju i współpracy, i związane z tym najbardziej fundamentalne polskie interesy.

Prawdopodobny, choć wcale jeszcze nie pewny Brexit (zdecyduje o tym parlament, najprawdopodobniej wyłoniony w nowych wyborach, których osią będzie pytanie, czy Wielka Brytania głosując w referendum za Leave nie popełniła tragicznego w skutkach błędu, opartego na fałszywych przesłankach) oznacza przede wszystkim, że dotychczasowy sposób funkcjonowania UE jest raczej nie do utrzymania. Dla eurosceptyków to sygnał, że „Bruksela” za bardzo się wtrąca i trzeba ograniczyć jej prerogatywy; dla federalistów to impuls do dalszej bliższej integracji; niemal wszyscy mówią o demokratyzacji Unii, m.in. Włochy, Francja i niemieccy socjaliści chcą zacieśniania współpracy w strefie euro, pójścia w kierunku wspólnej polityki fiskalnej i euroobligacji; Angela Merkel i jej partia są nastawieni sceptycznie. Sprzeczne oczekiwania w różnych państwach członkowskich czynią myślenie o poważnych zmianach traktatowych (wymagających w niektórych krajach zatwierdzenia przez referenda) życzeniowym, choć nie należy wykluczać, że Brexit może być kryzysem, który sprawi, że wczorajsze utopie staną się rzeczywistością jutra.

W takim kontekście należy rozważać propozycje postawione przez lidera obozu rządzącego, jedynej osoby, która może dokonywać strategicznych wyborów, a także potencjalnie, strategicznych wolt, w polityce polskiego rządu. Polska nie może być niema w dyskusji o przyszłej instytucjonalnej architekturze UE. Dobrze, iż Kaczyński doszedł do wniosku, że kibicowanie na poboczu połączone z daleko idącą krytyką na potrzeby wewnętrzne nie wystarczy. Niestety jego życzenia pod adresem przyszłej Unii przypominają marzenie senne eurosceptyka wymieszane z koszmarem federalisty. I na odwrót.

Podstawowym błędem popełnianym przez Kaczyńskiego jest odrzucanie wspólnotowego wymiaru Unii. Mówiąc najprościej, jeśli decyzje, tak jak dziś, podejmowane będą przede wszystkim w wymiarze międzyrządowym wygrywać będą najsilniejsi, czyli głównie Niemcy, na punkcie których lider PiS zdaje się mieć prawdziwą obsesję.

Jedną z przyczyn, dla których kraje takie jak Francja czy Włochy pragną bliższej integracji politycznej jest to, że naga siła RFN wynikająca z potęgi gospodarczej przekłada się dziś bezpośrednio na wymiar polityczny funkcjonowania strefy euro, ale też szerzej całej UE. Przykładem jest faktyczne zarządzanie Grecją przez Berlin, za pośrednictwem Trojki oraz narzucanie przez te same instytucje warunków funkcjonowania peryferyjnych gospodarek krajów strefy euro zagrożonych przez niewypłacalność w związku z wysokim oprocentowaniem ich długów.
Wspólna polityka fiskalna połączona z wymiarem politycznym dałaby możliwość ograniczenia ortodoksyjnie oszczędnościowej polityki Berlina pozwalając krajom południa Unii na bardziej elastyczną politykę. Kluczowy jest przede wszystkim fakt, że dopiero we wspólnotowym wymiarze UE, o ile równolegle nastąpi demokratyzacja jej instytucji, staje się możliwy jej wymiar polityczny, który jednocześnie nie będzie sprowadzał się do definiowania polityki Unii przez kraje skupione wokół Niemiec (coraz rzadziej Francja występuje tu jako niezależny podmiot), z ewentualną możliwością blokowania jej przez mniejsze państwa. Wypadnięcie z tego grona Wielkiej Brytanii, która samomarginalizując się w UE jednocześnie hamowała jej integrację oznacza, że centrum decyzyjne jeszcze bardziej przesunie się w stronę Berlina.
 

Polska przed wyborem

Strefa euro wymusza na jej członkach dalszą integrację społeczno-gospodarczą. Tak znienawidzona przez niemiecką opinię publiczną „unia transferowa” w zasadzie stała się już faktem. Rzecz w tym, że rozwiązania prawne nie nadążają za rzeczywistością lub są, jak np. „unia bankowa” wymuszana przez kryzysowe okoliczności. W przypadku Polski stawianie oporu pogłębiającej się integracji społeczno-gospodarczej będzie coraz trudniejsze, zwłaszcza, że nie będzie już głosu nastawionej wolnorynkowo Wielkiej Brytanii. Istnieje zagrożenie, że lansowane przez Francuzów i zyskujące na popularności terminy jak „dumping socjalny” będą generować napięcia między nami i krajami „starej Unii”.

Paradoksalnie, w świetle niechęci PiS do Komisji Europejskiej, to właśnie ona stanęła po naszej stronie w sporze o płace minimalne dla pracowników firm przewozowych. To także na Komisję możemy liczyć w sporze z Niemcami w sprawie łamiącego zasady unijne Nord Streamu 2. Komisja staje po stronie reguł - często przeciw państwom członkowskim, dlatego jest tak wdzięcznym chłopcem do bicia. Można krytykować język „eurokratów”, ale reguły potrzebne są słabym - a do takich krajów wciąż zalicza się Polska.

Być może staniemy przed wyborem - czy jak dotychczas blokować pogłębioną integrację strefy euro, ale płacić cenę w postaci wprowadzania tylko części rozwiązań na szczeblu całej UE, czy też pogodzić się z tym, że strefa euro będzie powoli stawać się środkiem ciężkości, z własnym wymiarem politycznym i postępującą harmonizacją w kolejnych obszarach, za to kraje Unii będą się cieszyć większą autonomią w dziedzinie ich modeli społeczno-gospodarczych, co bez wątpienia byłoby dla Polski na tym etapie jej rozwoju opłacalne (o ile PiS nie zniszczy tego modelu sprowadzając nas na drogę Hiszpanii i Grecji).

Tak czy inaczej trzeba się liczyć z daleko idącymi spadkami w funduszach unijnych dostępnych dla krajów spoza strefy euro. Być może ceną za wycofanie się z części polityk, np. środowiskowej będzie częściowe ograniczenie i tak dalekiego od doskonałości wspólnego rynku usług. Pytanie, czy w przyszłej UE, gdzie do głosu w kolejnych jej krajach członkowskich dochodzić będą eurosceptycy, pozostanie miejsce na wolność przepływu osób, czy też kraje bogate uznają, że choć ekonomicznie opłacalna, imigracja wewnątrzunijna z krajów dawnego bloku socjalistycznego kosztuje je zbyt wiele politycznie.

Powrót Kaczyńskiego do idei europejskiej armii wygląda na grę - zgłasza on postulaty, o których wie, że nie mogą być spełnione. Idea, żeby „europejska konfederacja” zajmowała się polityką bezpieczeństwa i zagraniczną oznacza, że najistotniejsze aspekty suwerenności - armia i polityka międzynarodowa - staną się domeną w pierwszej kolejności unijną. Trudno wyobrazić sobie koordynowanie jej w ramach konsensusu potrzebnego w Radzie Europejskiej. Nie wiadomo też, jaką rolę miałby mieć prezydent tej Rady, wyłaniany przez wybory regionów Unii.
Do użycia armii potrzeba woli politycznej – podmiotu, który jest w stanie taką decyzję podjąć. Dziś takiego europejskiego demosu nie ma i szybko nie będzie. Żeby go wytworzyć potrzeba lat edukacji i przede wszystkim determinacji państw narodowych do tego, żeby jak najintensywniej się integrować. Jeśli nie ma dziś chęci do solidaryzowania się w zakresie finansów z innymi państwami członkowskimi, tym bardziej tego zabraknie jeśli chodzi o przelewanie krwi. Ta niechęć Europejczyków do stawania „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” jest nota bene, jednym z największych geopolitycznych problemów przed jakim stoi nasza część świata, w tym taki kraj frontowy jak Polska.

Grać jak Orban

Polscy decydenci mogą nie czuć się Europejczykami. Więcej, mogą UE traktować w kategoriach transakcyjnych, podobnie jak torysi Camerona. Jednak muszą uświadomić sobie, że nawet czysto cyniczne używanie języka europejskich wartości po prostu się opłaca. Unia, wbrew opinii tzw. eurorealistów to nie tylko prosta gra interesów (choć występuje ona, wbrew rojeniom idealistów jak najbardziej). Historia europejskiej integracji, wyrosłej na marzeniu „nigdy więcej wojny”, pod amerykańskim parasolem w obawie przed radzieckim zagrożeniem, otwarcie się na kraje spoza żelaznej kurtyny, wolny przepływ ludzi, otwarcie granic, państwo prawa – to wszystko ma wymiar polityki opartej na doświadczeniach wykraczających poza zwykłą grę sił. Unia w znacznej mierze dzięki mechanizmom decyzyjnym, miała takiej, prowadzącej do fatalnych konsekwencji, gry mocarstw, właśnie uniknąć.

Dziś, kiedy Bruksela ma dużo poważniejsze zmartwienia niż łamanie zasad państwa prawa przez polski rząd, możliwość włączenia się na serio do debaty o przyszłości UE przez PiS ma szanse większe niż kiedykolwiek. Z pewnością rządy eurosceptyczne będą słuchane dziś uważniej niż jeszcze miesiąc wcześniej. Ważne, żeby tej okazji nie zmarnować do wygłaszania niekonstruktywnych połajanek i stawiania europejskich partnerów do kąta. Pora, żeby pisowska dyplomacja wreszcie dorosła i brała przykład z Viktora Orbana, który potrafi skutecznie rozgrywać swoją partię, mimo że jego polityka jest co najmniej równie, co pisowska, sprzeczna z unijnymi liberalno-demokratycznymi wartościami.
Przyszły kształt Unii Europejskiej to sprawa o pierwszorzędnym dla Polski znaczeniu. Polski rząd ma okazję pokazać przeciwnikom, że jest do tej gry przygotowany.

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA