fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Aleksander Hall: W obronie ojca Macieja

Ojciec Maciej Zięba
Fotorzepa, Piotr Nowak
Dzieło życia człowieka trzeba oceniać w całości. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że taki bilans wypada zdecydowanie na korzyść o. Zięby – pisze historyk, polityk i publicysta.

Pożegnaliśmy ojca Macieja Ziębę 9 stycznia na wrocławskim cmentarzu św. Wawrzyńca. Na uroczystości pogrzebowe przybyli działacze opozycji demokratycznej z lat 70. i cały solidarnościowy Wrocław. Na mszy pogrzebowej w dominikańskim kościele św. Wojciecha byli także Bronisław Komorowski, wieloletni przyjaciel zmarłego dominikanina, i premier Mateusz Morawiecki. W przestrzeni publicznej pojawiło się w tamtych dniach wiele wypowiedzi oddających hołd jednej z najwybitniejszych postaci polskiego współczesnego Kościoła. Wśród nich były głosy polityków, z bardzo różnych kręgów, także skonfliktowanych ze sobą. Zachowali milczenie ci, którzy nie chcieli o zmarłym mówić dobrze.

Kilka miesięcy po śmierci o. Macieja sprawy mają się inaczej. Na początku marca wrocławscy dominikanie wydali oświadczenie stwierdzające, że pod koniec ubiegłego wieku w ich duszpasterstwie jeden z zakonników dopuścił się ekscesów seksualnych i aktów przemocy wobec uczestników duszpasterstwa, a zakon nie zrobił wszystkiego, aby przynieść pomoc pokrzywdzonym i przywrócić poczucie sprawiedliwości.

Wkrótce potem w „Gazecie Wyborczej" ukazały się dwa obszerne materiały: rozmowa z obecnym prowincjałem dominikanów Pawłem Kozackim i o. Marcinem Mogielskim (który objął wrocławskie duszpasterstwo po seksualnym drapieżcy), a następnie obszerny reportaż zatytułowany „Ojciec Paweł pod ochroną". Oba materiały zawierają jednoznaczną sugestię, że o. Zięba, który był wówczas prowincjałem dominikanów, nie zachował się w tej sprawie tak, jak należało, postępując zbyt łagodnie wobec swego podwładnego i nie wykazując empatii wobec poszkodowanych. Bardzo szybko zareagowała Wikipedia, w której w życiorysie Macieja Zięby znalazł się akapit o kontrowersjach w sprawie ukrywania nadużyć seksualnych, przemocy fizycznej, psychicznej i duchowej.

To była inna epoka

Klimat, który obecnie panuje w naszym kraju w przestrzeni publicznej, nie sprzyja obiektywnemu badaniu takich spraw jak ta. Tomasz Lis ostatnio na łamach „Newsweeka" napisał, że tak jak istnieje nachalna ofensywa katolicyzmu w wersji Ordo Iuris, istnieje chrystianofobia i agresywna ofensywa fanatycznego antykatolicyzmu. W takim klimacie wielu ludzi nie jest zainteresowanych żmudnym badaniem faktów, ale chce szybko wydać wyrok, który ma rzucić cień na ważną postać polskiego katolicyzmu.

Wróćmy więc do sprawy dominikanina Pawła, który pod koniec XX wieku był duszpasterzem we Wrocławiu, a okazał się seksualnym drapieżcą, i reakcji o. Macieja Zięby na jego czyny. Przede wszystkim ubolewam, że bardzo mi bliski zakon św. Dominika zdecydował się wrócić do sprawy dopiero po ponad 20 latach od ekscesów jednego ze swych członków. Naprawdę nie brakowało czasu na publiczne zabranie głosu. Powinno to się stać za życia Macieja Zięby, który mógłby przedstawić swoje racje i stan wiedzy o sprawie, gdy nakładał karę na swojego podwładnego.

Z moich rozmów z zaprzyjaźnionymi dominikanami wynika, że najprawdopodobniej Zięba nie wiedział, że duszpasterz Paweł dopuścił się również gwałtu. Wiedział o ekscesach seksualnych, fizycznej przemocy i mechanizmie tworzenia sekty w duszpasterstwie. Drapieżca seksualny okazał się w jej tworzeniu bardzo skuteczny. Po jego odwołaniu z wrocławskiego klasztoru o. Mogielski, nowy duszpasterz akademicki, natrafił na mur niechęci ze strony uczestników duszpasterstwa, ukształtowanych przez swego poprzednika. Uważali, że decyzja prowincjała o jego odwołaniu wyrządziła im i ich duchowemu mistrzowi wielką krzywdę.

Co w jego sprawie postanowił prowincjał Maciej Zięba? Dekretem wydanym w czerwcu 2000 r. zakazał o. Pawłowi sprawowania przez rok sakramentów, skierował go na miesięczną pokutę u kamedułów, nakazał roczną pracę w hospicjum dla dzieci, podjęcie terapii i zakaz kontaktów ze środowiskiem wrocławskim. Przed 20 laty było to wiele. Tomasz P. Terlikowski napisał w „Plusie Minusie", że wtedy w taki sposób postąpiłoby może nawet 100 proc. ówczesnych biskupów i prowincjałów.

Błędem jest ocenianie zachowań z innej już epoki – gdy wiedza o nadużyciach seksualnych w Kościele była znacznie mniejsza i nie istniały jeszcze dokumenty ostatnich trzech papieży, zawierające instrukcje, jak postępować w tego typu sprawach – posługując się standardami, które teraz są wymagane w Kościele. W moim przekonaniu najpoważniejszym zarzutem wobec ówczesnego prowincjała dominikanów jest brak empatii wobec osób skrzywdzonych przez księdza, który okazał się szarlatanem i drapieżcą seksualnym. Maciej Zięba miał odbyć z nimi krótką i szorstką rozmowę przy furcie klasztornej w Warszawie. Mamy tutaj relację jednej strony. Niestety, o. Maciej nie może już się do niej ustosunkować.

Nie zwolnił tempa

Ze zdziwieniem i smutkiem zauważam, że także wśród niektórych moich przyjaciół spotykam się teraz z postawą rezerwy wobec ojca Macieja. Spotykam się z głosami, że może obecnie lepiej nie zajmować się jego dorobkiem.

Radykalnie się z tym nie zgadzam. Dzieło życia człowieka trzeba oceniać w całości. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że taki bilans wypada zdecydowanie na korzyść Macieja Zięby. Był człowiekiem odważnym, prawym i tytanem pracy. Jak wielu ludzi wybitnych nie miał łatwego charakteru i jako przełożony miał skłonność do narzucania swojego zdania.

Nie będę przypominał w tym miejscu wielkiego dorobku o. Zięby. Michał Szułdrzyński zrobił to na łamach „Rzeczpospolitej" wkrótce po jego śmierci. W tym miejscu pragnę tylko dać świadectwo dotyczące ostatniego okresu życia dominikanina. Maciej uważał mnie za przyjaciela, o czym świadczy treść dedykacji na jego książkach, które od niego otrzymałem. Także tych ostatnich. Poznaliśmy się pod koniec 1973 r. na obozie warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Przyjaźniliśmy się co najmniej od końca lat 80. Nigdy jednak nie byłem z nim tak blisko, jak w ostatnich miesiącach życia. Nigdy też nie patrzyłem na niego z takim podziwem. Uważam, że zachowywał się heroicznie.

Maciej Zięba przeszedł ciężką operację nowotworową jesienią 2019 r. Pomimo to pracował na pełnych obrotach, jako kapłan i intelektualista. Wygłaszał kazania, brał udział w konferencjach i dużo pisał. W „Rzeczpospolitej" ukazał się jego ważny tekst piętnujący tuszowanie pedofili w Kościele. W ostatnich miesiącach życia ukazały się jego dwie ostatnie książki poświęcone Janowi Pawłowi II, który był najważniejszym człowiekiem w jego życiu.

W lipcu ubiegłego roku widzieliśmy się po raz ostatni. Był w Gdańsku na krótkim wakacyjnym odpoczynku i odwiedził nasz dom w Sopocie. Spędziliśmy razem kilka godzin. Był w dobrej formie. Opowiadał o swych planach. Niestety, wczesną jesienią od Jana Dworaka, naszego wspólnego przyjaciela, który odwiedził go we Wrocławiu, dowiedziałem się, że Maciej fizycznie źle wygląda, wyraźnie nie chce mówić o swym zdrowiu. Sądzę, że wtedy wiedział już, że jego dni są policzone. Nie zwalniał jednak tempa. Zabierał głos w ważnych sprawach publicznych. Był jednym z autorów „Listu zwykłych księży", głosu przeciwko instrumentalnemu wykorzystywaniu religii do celów politycznych.

Straciłem przyjaciela

Przede wszystkim jednak w ostatniej fazie życia z wielką kompetencją występował w obronie pamięci Jana Pawła II. Uważał, że przeciwko tej wielkiej postaci prowadzona jest kampania mająca rzucić na nią głęboki cień.

Nie uległ jednak złym emocjom. Uważał, że trzeba odpowiadać spokojnie, a przede wszystkim merytorycznie. I tak czynił, występując w mediach. Miał wiele argumentów, bo bardzo dokładnie przestudiował watykański raport w sprawie byłego kardynała McCarricka, na który powoływali się także przeciwnicy Jana Pawła II, wykazujący na ogół bez porównania mniejszą znajomość źródeł.

W tym czasie byliśmy w częstym kontakcie telefonicznym, niemal identycznie oceniając sytuację. Gdy pytałem go o zdrowie, mówił, że jest tuż po chemii albo że będzie ją miał za kilka dni, ale jego uwaga w naszych rozmowach była całkowicie skoncentrowana na sprawach Polski i Kościoła. Gdy za sprawą Bogdana Lisa pojawiła się inicjatywa listu byłych działaczy opozycji demokratycznej w PRL i wybitnych postaci pierwszej Solidarności, poprosiłem Macieja, aby zwrócił się o podpis do jednej z wielkich postaci wrocławskiej „S". Odpowiedział: „wiesz, może bym wycisnął ten podpis, ale nie byłoby to właściwe. To nie jest rola księdza".

Gdy tuż przed świętami Bożego Narodzenia składaliśmy sobie życzenia, jego głos brzmiał mocno. Zupełnie nie spodziewałem się tak szybkiego jego odejścia i wiadomość, jaką otrzymałem 30 grudnia od jednego z wrocławskich przyjaciół, że Maciej jest w agonii, była dla mnie całkowitym zaskoczeniem i sprawiła mi wielki ból. Polska straciła wybitnego intelektualistę, człowieka, który już we wczesnej młodości, bo w latach 70., podjął odważną decyzję przeciwstawienia się systemowi. Ja straciłem przyjaciela. Z tej przyjaźni nadal jestem dumny.

Aleksander Hall – polityk i historyk, dr hab. nauk humanistycznych, działacz opozycji w PRL, współzałożyciel Ruchu Młodej Polski, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego

Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA