fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Michał Kleiber: Brexit trudny do uniknięcia

AFP
Problem niedostosowania brytyjskiego systemu prawnego do wyzwań związanych ze skomplikowaną procedurą wychodzenia z Unii Europejskiej zmniejsza szanse przeciwników brexitu - pisze były prezes PAN.

Brytyjski premier Boris Johnson wielokrotnie wyrażał opinię, że nic, a brytyjski parlament w szczególności, nie może już powstrzymać brexitu. Mimo to wielu parlamentarzystów jest tam innego zdania, opierając swe nadzieje m.in. na wyniku głosowania Izby Gmin z marca br., w którym bezumowne wyjście z Unii odrzucone zostało wyraźną większością 43 głosów. Rząd Borisa Johnsona uważa inaczej i powołuje się na dwa argumenty. Po pierwsze, twierdzą rządzący obecnie politycy, data 31 października jest terminem brexitu ustalonym w długotrwałych negocjacjach i formalnie obowiązuje nie tylko Wielką Brytanię, ale także Unię Europejską, która zajmuje nieustępliwą postawę w sprawach kluczowo ważnych dla Wielkiej Brytanii. Drugi argument ma charakter „techniczny” – jest za mało czasu, aby parlament mógł skutecznie przeciwstawić się brexitowi – wprawdzie przy proceduralnej współpracy parlamentu z rządem mogłoby się to udać, ale wobec dobitnie artykułowanego stanowiska premiera jest to zupełnie nierealne.

W kierunku chaosu

Spróbujmy w tej sytuacji wyobrazić sobie przebieg wydarzeń na początku września, po zakończeniu przez parlament przerwy urlopowej. Znawcy brytyjskiego parlamentaryzmu nie mają wątpliwości, że od niepamiętnych czasów sytuacja nie była tak formalnie skomplikowana. Wielu parlamentarzystów wysyła do mediów sygnały o nieuchronnym głosowaniu w sprawie wotum nieufności wobec rządu Borisa Johnsona, oczywiście z głównym zarzutem dotyczącym polityki scharakteryzowanej przez niego krótko a dobitnie: „do or die, deal or no deal” (w wolnym tłumaczeniu „wychodzimy bez względu na okoliczności”). Pozytywne przegłosowanie wotum nieufności, bynajmniej nie pewne, ale z pewnością możliwe, nie przesądziłoby jednak o natychmiastowym rozwiązaniu rządu. W takiej sytuacji parlament miałby bowiem 14 dni na powołanie nowego rządu. I właśnie tu zaczyna się problem. Niepowodzenie misji utworzenia rządu zobowiązałoby premiera do ogłoszenia nowych wyborów, które odbyłyby się z pewnością po 31 października.

Przeczytaj też: Szaleństwo bezumownego brexitu

W mało prawdopodobnym przypadku sukcesu w powołaniu przez parlament nowego rządu, zapewne przeciwnego brexitowi, problem wbrew pozorom bynajmniej nie znika. Niejasna sytuacja prawna wynikająca z uchwalonej osiem lat temu specjalnej ustawy o pięcioletniej kadencji władz umożliwia podobno zwolnienie aktualnego premiera z obowiązku rezygnacji ze swej funkcji i, podobnie jak w poprzednim przypadku, upoważnia go do ogłoszenie terminu wyborów. Główny współpracownik premiera Dominic Cummings z góry zasugerował takie postępowanie, nie bacząc, iż byłoby to zaprzeczeniem powszechnie uznawanych demokratycznych obyczajów. W jego opinii w przypadku próby stworzenia przez parlament nowego rządu premier Johnson ogłosiłby termin nowych wyborów po 31 października, nie zważając na to, że oznaczałoby to nerwową kampanię wyborczą, prowadzoną na dodatek w chaosie wychodzenia z Unii. W dodatku byłoby to wyraźnie sprzeczne z szeroko dotychczas akceptowaną w Wielkiej Brytanii zasadą niewprowadzania żadnych politycznych zmian w okresie kampanii wyborczej.

Pozostaje tylko królowa

Gdyby więc rzeczywiście doszło do podjęcia przez premiera decyzji np. o listopadowym terminie wyborów, sytuacja stałaby się naprawdę niezwykła, bowiem, jak twierdzą brytyjscy eksperci, jedynym wyjściem byłoby wtedy wkroczenie do akcji brytyjskiej królowej. Biorąc zaś pod uwagę demonstrowaną od dziesięcioleci jej polityczną neutralność, byłaby to rzecz wyjątkowa. Pewien uznany brytyjski ekspert opisał zbliżający się ewentualny problem słowami: „Parlament decyduje o zakończeniu misji rządu, nie wskazuje jednak sposobu realizacji tej decyzji – zostaje już tylko królowa….”.

Wygląda więc na to, że do wszystkich kłopotów związanych z brexitem, mogących mieć dla Wielkiej Brytanii wręcz dramatyczne konsekwencje gospodarcze i wewnątrzpolityczne, dochodzi jeszcze problem niedostosowania brytyjskiego systemu prawnego do wyzwań związanych ze skomplikowana procedurą wychodzenia z Unii. Czy mimo ostatnich pesymistycznych sygnałów w sprawie nieuchronności bezumownego brexitu, wysyłanych także przez ważnych polityków unijnych, mamy w tej sytuacji ciągle prawo do nadziei na jakieś racjonalne porozumienie stron?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA