fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Bronisław Komorowski: Generałom z Drawska nie odpuściłem

Tadeusz Mazowiecki i Aleksander Hall (z prawej) upominali się o opozycję niepodległościową, zmarginalizowaną przy Okrągłym Stole – uważa Bronisław Komorowski (w środku). Na zdjęciu kuluary posiedzenia sejmowej Komisji Obrony Narodowej, kwiecień 1992 r.
Reporter
Siedziałem któregoś dnia, przeglądając oferty kupna Legii, i nagle patrzę, jest oferta od jednego z najbogatszych ludzi w Polsce. Okazało się, że to był mój niedobry znajomy ze szkoły średniej. Podobno wzbogacił się na operacji przerzucania rosyjskich Żydów na Zachód - mówi były prezydent Bronisław Komorowski.

Plus Minus: Czy trudno być byłym prezydentem?

Bronisław Komorowski, były prezydent: To zależy od generalnego stosunku do życia. Są ludzie nadambitni, którzy chorują na siebie, i im trudno być byłym. Ja już wielokrotnie byłem byłym – ministrem, marszałkiem Sejmu, teraz prezydentem. Mam poczucie, że jestem politykiem spełnionym, a człowiek spełniony nie może źle się czuć po zakończeniu misji.

Pana przygoda z polityką zaczęła się w 1989 roku, gdy został pan dyrektorem gabinetu Aleksandra Halla, ministra ds. kontaktów z partiami politycznymi i stowarzyszeniami w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Przedtem też była polityka, tyle że w podziemiu, jak to się mówiło: „w konspirze", i to od 1968 roku. Od 1989 roku to już była służba niepodległemu państwu polskiemu. Olek Hall jest moim przyjacielem, z którym łączyła mnie daleko idąca wspólnota poglądów. Znaczną część drogi politycznej w wolnej Polsce przeszliśmy razem. W 1989 roku jego propozycja dotarła do mnie chyba za pośrednictwem Janka Dworaka, choć Marian Piłka twierdzi, że to on przyniósł mi do podziemnej drukarni, w której jeszcze ciągle pracowałem, kartkę z numerem telefonu i prośbą, żebym się skontaktował z Olkiem. Byłem w fartuchu, upaprany farbą drukarską i jeszcze zatopiony po uszy w podziemiu.

Co pan robił w tej drukarni trzy miesiąca po wyborach 4 czerwca 1989 roku?

Drukowaliśmy ostatnie strony jakiegoś wydawnictwa przygotowanego jeszcze przed przełomem. Prosto stamtąd poszedłem na spotkanie do Urzędu Rady Ministrów. Olek Hall zaproponował mi, żebym został szefem jego gabinetu. Zgodziłem się po konsultacjach telefonicznych z żoną, która była w szpitalu położniczym. Urodziło się nam piąte dziecko. Najmłodsza córka ma tyle samo lat co wolna Polska.

Był pan przeciwnikiem Okrągłego Stołu?

Nie, byłem sceptykiem. Nigdy nie widziałem w tym zdrady. Podejrzewałem jednak, że komuniści nas wykorzystają i oszukają. O ile wiem, były takie plany, tylko zostały przekreślone przez wynik wyborów z 4 czerwca. Dziś uważam, że Okrągły Stół odegrał bardzo pozytywną rolę w naszej historii i każda próba przekreślenia tego wydarzenia jest głupotą.

Co pana skłoniło do przyjęcia posady rządowej?

Zdecydowałem się na to m.in. dlatego, że i premier, i Olek Hall nie uczestniczyli w wyborach 4 czerwca. Uważali bowiem, że porozumienie z komunistami nie jest pełne, bo nie cała opozycja antykomunistyczna była reprezentowana na listach wyborczych Solidarności. Nie było na nich, jak to się wtedy mówiło, środowisk niepodległościowych, do których i ja się zaliczałem. A ponieważ oni upomnieli się o tę zmarginalizowaną opozycję, miałem do nich zaufanie. Poza tym propozycja Olka Halla to była dla mnie szansa wzięcia udziału w wielkim, aczkolwiek obarczonym pewnym ryzykiem politycznym, dziele przebudowy Polski. To mogło być ukoronowanie marzeń o wolnej Polsce.

Czym się pan zajmował w rządzie?

Przydzielano mi trudne zadania. Marzyłem, żeby zająć się sprawami polonijnymi, więc powierzono mi nawiązanie kontaktów z londyńską emigracją. Z kolei jako harcerz miałem za zadanie kontaktować się z różnicującymi się coraz bardziej organizacjami harcerskimi. Wysyłano mnie do gaszenia strajków okupacyjnych KPN do Katowic i Radomia. Najwyraźniej uznano, że dogadam się z nimi jak radykał z radykałem.

Dlaczego KPN strajkowała?

Żądali wyjścia wojsk radzieckich z Polski. To było jeszcze za czasów istnienia Związku Radzieckiego. Postulat zbożny, ale słabo realizowalny... Musiałem sobie jakoś z tym poradzić. Wysłano mnie też do Poronina, żebym opóźnił likwidację Muzeum Lenina. A było to przed zaplanowaną podróżą Tadeusza Mazowieckiego do Moskwy. Skierowano mnie także do zespołu monitorującego i sterującego przejazdem Żydów rosyjskich przez Polskę na Zachód. To była wielka operacja logistyczna, finansowana m.in. przez Amerykanów. Trzeba było zorganizować przejazd kilkudziesięciu tysięcy ludzi, których należało w Polsce przyjąć, rozlokować, załatwić wizy i bilety na dalszą podróż, czasami leczyć.

Mówi pan o operacji „Most", przeprowadzonej przy współpracy służb polskich, izraelskich i amerykańskich, a po części sfinansowanej przez firmę Art-B.

Po latach wróciły do mnie echa tej historii. Byłem wtedy wiceministrem obrony narodowej ds. społecznych, odpowiedzialnym m.in. za ograniczenie wydatków na wojskowy sport wyczynowy. Wojsko nie miało pieniędzy na utrzymanie sekcji sportowych, które w czasach PRL były bardzo rozbudowane, dlatego postanowiliśmy je uniezależnić od MON. Na pierwszy ogień poszedł klub piłkarski Legia. Siedziałem któregoś dnia, przeglądając oferty kupna Legii od różnych ludzi z pieniędzmi, i nagle patrzę, jest oferta od jednego z najbogatszych ludzi w Polsce, którego nazwisko brzmiało mi jakoś znajomo. Okazało się, że to był mój niedobry znajomy ze szkoły średniej.

Dlaczego niedobry?

Byliśmy po dwóch stronach barykady. Ja zajmowałem się konspiracją antykomunistyczną i organizowaniem oporu w szkole, np. gdy po marcu 1968 roku próbowano kogoś wyrzucić pod pretekstem, że jest Żydem. A mój znajomy był szefem ZMS i chętnie nadstawiał ucha na antysemickie hasła. Z tym chłopakiem konkurowaliśmy politycznie, ale też o dziewczyny, o przywództwo itd.

Jak dorobił się majątku?

Otóż podobno wzbogacił się na tej operacji przerzucania rosyjskich Żydów na Zachód. Znaczną część tych ludzi kierowaliśmy do ośrodka w Konstancinie, który był dawnym ośrodkiem ZMS i został nielegalnie sprywatyzowany przez kilku działaczy, w tym mojego znajomego. Większość pieniędzy od państwa szła w dużej mierze do nich. Do tego pewnie jeszcze organizowali nielegalną wymianę rubli na dolary, skupowali od przesiedleńców samochody za grosze, może złoto. A po zakończeniu całej akcji, dzięki kontaktom wtedy nawiązanym i pewnie w dowód wdzięczności środowisk żydowskich, mój niedobry znajomy został pełnomocnikiem firmy Kodak, a jego żona firmy Amway.

I co pan zrobił z tym wnioskiem i tym znajomym?

Mogłem go jednym pstryknięciem palca wyeliminować z tej transakcji. W imię rozliczeń za te dziewczyny, o które konkurowaliśmy. Pomyślałem sobie jednak, że nie, jest zupełnie nowa sytuacja i trudno mieć pretensje do człowieka, że przeflancował się z antysemity na filosemitę. Chyba kupił tę Legię. (śmiech)

Pan był wiceministrem obrony ds. wychowawczo-społecznych. To musiała być trudna funkcja w PRL-owskim wojsku, któremu bardzo silnie wpajano ideologię minionego systemu?

To prawda. Najważniejszym zadaniem było zbudowanie akceptacji dla cywilnej kontroli nad armią, bo to, co było normą w krajach NATO, u nas po prostu nie istniało. W PRL wojskiem zawsze rządzili wojskowi.

Czasami też rządzili cywilami, jak generał Wojciech Jaruzelski.

No właśnie. Dlatego brakowało cywilnych polityków z doświadczeniem i wiedzą o wojsku – nie tylko w obozie Solidarności, ale i w dawnym PZPR. Gdy premier Tadeusz Mazowiecki postanowił skierować do MON Janusza Onyszkiewicza i mnie, powiedział: „Idziecie do wojska. Żona Janusza jest wnuczką marszałka Józefa Piłsudskiego, a ty miałeś w rodzinie gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Dacie sobie radę". Do mnie osobiście powiedział: „Ty lubisz wojsko, to może i oni ciebie polubią". I tak trafiliśmy do armii, która była jednym z ostatnich bastionów poprzedniego systemu. Naszym zadaniem było przeprowadzenie wojska z komunizmu do demokracji, bo przecież innej armii nie mieliśmy i nie wchodził w grę wariant opcji zerowej.

Czy armia była nastawiona wrogo?

Raczej pogodzona z koniecznością zmian. Oczywiście postawy wojskowych były bardzo różne. Niektórzy generałowie odeszli. Inni obrażali się na rzeczywistość i próbowali ją kontestować. Kolejni obawiali się rozliczeń. Ale byli i tacy, którzy liczyli na pozytywne przemiany i po prostu cieszyli się z odzyskanej niepodległości. Cała sytuacja psychologicznie nie była prosta. Moim szefem był generał Florian Siwicki, jeden z twórców stanu wojennego. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że w grudniu 1981 roku zamykał mnie w obozie dla internowanych. W tamtym czasie był taki zwyczaj, że szef MON wprowadzał swoich zastępców do podległych mu instytucji. Pamiętam moment, gdy generał Siwicki wprowadził mnie na salę pełną oficerów Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego. To była struktura do likwidacji i wszyscy na sali o tym wiedzieli. Atmosfera była taka, że można było powiesić topór w powietrzu.

Mogę sobie wyobrazić.

Oni patrzyli na mnie jak na agenta CIA, a ja na nich jak na agentów GRU. Było tam wielu ludzi zaangażowanych w zwalczanie Solidarności. Ale okazało się, że i w tym gronie byli wojskowi otwarci na współpracę i szukający szansy na uczestnictwo w przebudowie Polski. A z generałem Siwickim miałem dobre relacje i parę ciekawych rozmów. Pamiętam, jak podsumował jedną z nich myślą, że gdyby zdążył do armii Andersa, to być może byłby ministrem rządu emigracyjnego w Londynie. „Nie zdążyłem, choć bardzo się starałem, trafiłem do armii Berlinga i... zostałem komunistą!".

Pamięta pan tzw. obiad drawski, czyli spotkanie prezydenta Lecha Wałęsy z generałami, podczas którego krytykowano cywilną kontrolę nad MON?

To było o tyle ważne wydarzenie, że wyjaśniło się, kto jest za, a kto przeciw cywilnej kontroli nad armią. Miało też istotny wpływ na późniejszy sojusz środowisk prodemokratycznych – nie tylko solidarnościowych, ale i tzw. lewicy postkomunistycznej – na rzecz przebudowy wojska. Wtedy też zbliżyliśmy się z Jurkiem Szmajdzińskim z SLD. Obaj pracowaliśmy w sejmowej Komisji Obrony Narodowej i zawarliśmy porozumienie, że generałom, którzy byli w to zaplątani, nie odpuścimy. W ciągu kilku lat wojskowi, którzy wzięli aktywny udział w tym swoistym puczu, odeszli z armii.

Jak pan sądzi, dlaczego prezydent Lech Wałęsa wziął udział w obiedzie drawskim?

Niektórzy wojskowi umieli świetnie rozgrywać cywilów. Zawsze podchodzili od strony wrażliwej dla polityka, czyli szermując obietnicami wyborczymi. Sam miałem rozmowę z generałem Tadeuszem Wileckim, który mnie przekonywał, że wojsko to jest milion głosów (żołnierze zawodowi, służba zasadnicza, renciści, emeryci, rodziny wojskowych). „Kto z nami trzyma, ten będzie wygrywał wybory" – mówił. Podejrzewam, że tak generałowie uwiedli Lecha Wałęsę. Ale niezależnie od intencji prezydenta świadczyło to o niezrozumieniu, czym jest demokracja na gruncie sił zbrojnych.

Na szczęście do buntu generałów wtedy nie doszło.

Była jednak próba wymuszenia dymisji ministra obrony. Myślę, że tę bolesną lekcję armia zapamiętała i wie, że demokracja nie jest bezzębna, a zasada cywilnej kontroli nad armią nie jest teorią.

Kilka lat później został pan ministrem obrony narodowej w rządzie Jerzego Buzka.

Do tej roli czułem się nieźle przygotowany. Wiedziałem, co i z kim chcę zrobić. Objąłem stanowisko ministra obrony narodowej, gdy Polska już została członkiem NATO. Dowództwo NATO właśnie zaczęło się dopytywać, kiedy zrealizujemy nasze przedakcesyjne obietnice, które składali kolejni prezydenci, premierzy, szefowie MON i MSZ. Jedną z takich obietnic był zakup samolotów wielozadaniowych.

Stąd się wziął przetarg na F-16?

Obiecywać było łatwo, tyle że na realizację obietnic pieniędzy nie było. Na dodatek wątły budżet MON był w większości przejadany przez zbyt liczne stany osobowe. Postanowiłem zbudować podstawy do wywiązania się ze zobowiązań wobec NATO i uruchomić proces modernizacji sił zbrojnych, choćby za cenę bolesnych zmian strukturalnych i kadrowych. Opracowałem plan sześcioletni, zwany wtedy planem Komorowskiego, co mi pochlebiało. Przewidywał on likwidację 72 garnizonów. Zaoszczędzone pieniądze miały pójść na modernizację techniczną wojska. Drugie tyle pieniędzy miał dołożyć budżet. Ówczesna wiceminister finansów powiedziała mi, że zbliża się koniec spłacania długów zagranicznych i w budżecie pojawią się pewne rezerwy, o które mogę wystąpić. Chodziło o to, żeby – zgodnie z zaleceniami NATO – wydawać na armię rokrocznie 2 proc. PKB. Miałem ogromną satysfakcję, gdy za moimi ustawami głosował nieomal cały Sejm, a reformy uzyskały poparcie ówczesnego prezydenta i sekretarza generalnego NATO.

Czy warto było się tak wysilać, skoro inne państwa NATO do dzisiaj nie osiągnęły tych 2 proc. PKB na armię?

Warto było. Rosja właśnie wtedy zaczęła zwiększać swoje wydatki na armię, a NATO zmniejszać. To było nieodpowiedzialne. A Polska leżała i leży na wschodnich krańcach NATO – tu nigdy nie będzie do końca bezpiecznie. Poza tym uważałem, że skoro oczekujemy, iż Sojusz będzie nas bronił, to sami musimy być w porządku. Opracowany przeze mnie plan stał się podstawą do uruchomienia przetargów na samolot wielozadaniowy, transporter opancerzony i rakiety przeciwpancerne, co zakończyło się zakupem F-16, Rosomaka i rakiet Spike. Do dzisiaj wszystkie kontrakty na uzbrojenie są realizowane dzięki mojej ustawie. Co ważne, za mojej kadencji, w wyniku działań także mojego poprzednika, ministra Janusza Onyszkiewicza, uzyskaliśmy od NATO plan ewentualnościowy.

Co to takiego?

To jest supertajny plan opracowany na ewentualność zagrożenia Polski, w którym jest szczegółowo opisane, z jakiego kraju jaka brygada czy dywizja jaką drogą i z jakim potencjałem zostanie przerzucona do Polski. Są w nim też przewidziane zadania dla polskiej armii, np. jak długo i w jaki sposób ma się bronić. Taki plan miała w tamtym czasie tylko Norwegia jako kraj flankowy sojuszu, sąsiadujący z Rosją, miała też Turcja, również kraj flankowy, i Grecja, by jej nie było przykro, że Turcy mają plan, a Grecy nie. Dzisiaj do naszego planu są podwiązane kraje bałtyckie, co dodatkowo świadczy o randze Polski. Gdy w 2014 roku z okazji 25-lecia naszej wolności gościł u nas prezydent USA Barack Obama, powiedział do zebranych prezydentów z Europy Środkowej i Wschodniej, że chciałby, aby inne kraje naszego regionu wzięły przykład z Polski, która podnosiła wydatki na obronność w czasie, kiedy inni je obniżali. Przyznał mi także rację w kwestii przestrzegania Zachodu przed Rosją.

Pan był już wtedy od czterech lat prezydentem. Jak pan wspomina kampanię z 2010 roku?

Jako długą i wyjątkowo trudną. Najpierw były przecież prawybory w Platformie Obywatelskiej, które wygrałem. Szykowałem się do konkurowania o prezydenturę z Lechem Kaczyńskim, który miał w sondażach stosunkowo niskie notowania. Katastrofa smoleńska zmieniła wszystko. Przyszło mi się zmierzyć z Jarosławem Kaczyńskim, który korzystał z naturalnego ludzkiego współczucia z powodu śmierci brata bliźniaka. Cała kampania odbywała się w cieniu narodowej żałoby, a ja musiałem ją łączyć ze sprawowaniem funkcji marszałka Sejmu i głowy państwa w sytuacji kryzysu. Bo przecież w katastrofie zginął nie tylko prezydent, ale i dowódcy sił zbrojnych, szef banku centralnego, szef BBN i wielu innych ważnych urzędników.

Pamiętam, że PiS miało panu za złe, iż nie poczekał pan na werdykt wyborczy, tylko od razu obsadzał pan wakujące stanowiska.

Głupi zarzut, wynikający z nieznajomości państwa i konstytucji. Nie można czekać miesiącami na obsadzenie stanowiska prezesa NBP czy dowódców wojsk. To nakazywała obowiązująca konstytucja. Uważałem, że moim obowiązkiem jest jak najszybsze ustabilizowanie państwa, również poprzez wyznaczenie następców osób, które zginęły w katastrofie smoleńskiej.

Jaki był klimat tamtej kampanii?

Pamiętam jedno znamienne spotkanie – w ramach kampanii razem z mamą odwiedziłem miasto, w którym się urodziłem, czyli Oborniki Śląskie koło Wrocławia. Poszliśmy na ulicę, gdzie stał dom moich dziadków, w którym przyszedłem na świat. I ku mojemu zdumieniu na jednym rogu ulicy spotkałem jednego Czartoryskiego, naszego sąsiada, który był pełen entuzjazmu i życzliwości dla mnie, a na drugim rogu stał jego brat Tytus Czartoryski, związany z PiS, z transparentem przeciwko mnie.

Nie zdawał pan sobie sprawy z tego, że w społeczeństwie funkcjonowały tak ostre podziały?

Nie sądziłem, że polityka nie tylko dzieli społeczeństwo, ale i unieważnia stare przyjaźnie. Bo państwo Czartoryscy przyjaźnili się z moimi dziadkami i rodzicami. No, ale można powiedzieć, że skoro jeden Czartoryski mnie witał, a drugi protestował, to demokracja zwyciężyła i w kręgach arystokratycznych. (śmiech). Pamiętam też moment, kiedy poczułem, że wygrywam batalię z Jarosławem Kaczyńskim. To było na spotkaniu w Ostrowcu Świętokrzyskim, na które dotarłem ostatniego dnia kampanii, potwornie już zmęczony. Wprowadzono mnie na plac szczelnie wypełniony ludźmi i nagle ogarnęła mnie fala sympatii i pozytywnych emocji. Ludzi było tak dużo, że nie mogłem przejść przez tłum. Wiedziałem, że wygrałem... Oczywiście dostrzegłem też w czasie kampanii podział i konflikt. Mój największy zarzut wobec Jarosława Kaczyńskiego i środowiska PiS dotyczy tego, że oni rozbili proces wzmocnienia wspólnoty narodowej zachodzący podczas wspólnego przeżywania żałoby. Zrobili to na zimno, z politycznego wyrachowania... Tyle że się przeliczyli w tych kalkulacjach i przegrali.

Po pierwsze, konflikt polityczny w tamtej kampanii był bardzo silny, a po drugie, Jarosław Kaczyński miał ogromne pretensje do PO, że źle traktowała jego brata w okresie jego prezydentury.

To niczego nie usprawiedliwia. Konflikt polityczny istniał, ale jednocześnie zaistniała przecież wspólnota przeżywanej żałoby. I to zostało świadomie rozbite. Otoczenie Jarosława Kaczyńskiego uznało, że należy zmonopolizować żałobę i wykorzystać ją na rzecz PiS.

Mówiono, że nominując Marka Belkę, byłego premiera z SLD, na stanowisko szefa NBP przed wyborami prezydenckimi, kupił pan głosy lewicy.

Uważam, że słuszne jest zaznaczanie otwartości na inne środowiska polityczne, a nie tylko na własne. Szefem BBN został u mnie Stanisław Koziej, wiceminister obrony narodowej w pierwszym rządzie PiS, jednym z moich doradców był Krzysztof Król z KPN. A osobą, która miała symbolizować otwarcie na lewą stronę, był przede wszystkim Tomek Nałęcz.

No tak, jego pojawienie się u pana boku w 2010 roku było szeroko komentowane. W pana Kancelarii odpowiadał za politykę historyczną. Prawica była oburzona, że dawny członek PZPR będzie wytyczał standardy polityki historycznej.

Tomasz Nałęcz jest świetnym historykiem i świetnym specjalistą od marszałka Piłsudskiego. A dla mnie miał jeszcze ten atut, że jako przewodniczący komisji badającej tzw. aferę Rywina nie ulegał pokusie myślenia partyjnego. Postawił, w imię prawdy, oskarżenia dotyczące własnego środowiska politycznego. Widać było, że jest państwowcem, a nie partyjniakiem. Poza tym nie kamuflował własnej przeszłości jak wielu innych działaczy PZPR. Nie pomijał czasów komunistycznych i nie ulegał pokusie łatwego ich usprawiedliwiania. To właśnie Tomek optował za pomysłem, żeby na marsz 11 listopada zapraszać ludzi o różnych tradycjach, również o tradycji endeckiej. Cenię go bardzo. A PiS przypomnę jego PZPR-owców, np. wiceministra sprawiedliwości, sędziego Andrzeja Kryże, który mnie i moich kolegów z podziemia antykomunistycznego skazał za organizowanie manifestacji 11 listopada 1979 roku.

Roman Giertych, który maszerował w pochodach 11 listopada obok pana, również wzbudzał sporo emocji.

Był on, ale też Olek Hall, Tomasz Wołek, Krzysztof Król, Michał Kamiński i różni ludzie związani z tradycją narodową. Nie chcieliśmy zawłaszczać 11 listopada, tylko iść do wspólnego świętowania jak najszerzej, choć bez radykałów, fundamentalistów i ksenofobów. Trzeba pamiętać, że obóz narodowy reprezentował przed wojną połowę społeczeństwa. Nie można wyrzucić do lamusa połowy narodu. Tomek Nałęcz miał ten właśnie sposób patrzenia na kwestie historyczne. A prawica się złościła, bo sama nie potrafiła przekraczać tych barier natury historycznej.

Dlaczego jako prezydent zdecydował się pan zamieszkać w Belwederze, a nie w Pałacu Prezydenckim? Plotka głosiła, że nie chce pan oglądać tłumów żałobników przed pałacem.

To bzdury. Zadecydowały względy estetyczne. Apartamenty w Pałacu Prezydenckim są po prostu brzydkie, umeblowane w pompatycznym, eklektycznym stylu. Są tam wielkie rzeźbione biurka, jakieś boazerie, a wszystko to w pomieszczeniach stosunkowo niskich, bo na drugim piętrze. Ktoś, kto je urządzał, nie wykazał się dobrym gustem. A Belweder od razu nam się spodobał. Przede wszystkim jest tam wszędzie klasyczne piękno, otoczenie jest też śliczne, a poza tym jest to miejsce przepełnione ciekawą historią, co dla mnie jako historyka miało znaczenie. Belweder to legenda powstania listopadowego, marszałka Józefa Piłsudskiego, a Pałac Prezydencki – w czasach zaborów Pałac Namiestnikowski, a w czasie wojny – klub dla oficerów niemieckich. A więc zadecydowały względy historyczne i estetyczne.

W 2015 roku przegrał pan walkę o prezydenturę z Andrzejem Dudą. Wtedy głośne były słowa Adama Michnika, redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej", że musiałby pan przejechać ciężarną zakonnicę na pasach, żeby przegrać te wybory. Czy myślał pan: kurczę, gdzie była ta zakonnica?

Nie jest rzeczą przyjemną przegrywać, ale gdy jest się z przekonania demokratą, to nie powinno się mieć problemu z pogodzeniem się z werdyktem wyborczym. Ja takiej trudności nie miałem. Pomyślałem sobie, a potem to nawet powiedziałem, nawiązując do poety: Chcieliście PiS-u, no to go macie, skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie, pstrąg! ©?

—rozmawiała Eliza Olczyk dziennikarka tygodnika „Wprost"

Bronisław Komorowski Urodzony w 1952 r. W czasach PRL działacz opozycji związany ze środowiskami niepodległościowymi. Sceptyczny wobec Okrągłego Stołu. Po 1990 r. wieloletni poseł na Sejm, a także m.in. szef Ministerstwa Obrony Narodowej. Marszałek Sejmu, od 2010 r. – prezydent. W 2006 r., wbrew swoim kolegom z PO, głosował przeciw likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA