fbTrack

Polityka

Krzysztof Łapiński: W 2019 r. wybory będą o wszystko

Krzysztof Łapiński
Fotorzepa/Piotr Guzik
- PiS często przypomina dziś tłustego kota, któremu się już nie chce łapać myszy – mówi były poseł PiS Krzysztof Łapiński

Rzeczpospolita: Czy przemówienie prezesa PiS w Jachrance było tym, czego Pan się spodziewał?

Krzysztof Łapiński: W zasadzie były dwa przemówienia, jedno transmitowane przez media i drugie za zamkniętymi drzwiami. To pierwsze w moim przekonaniu było skierowane głównie do stałego elektoratu PiS. A w skrócie sprowadzało się do przesłania: nie dajcie sobie wmówić, że nie ma różnic między nami a politykami PO, nie wierzcie, że jesteśmy tacy sami. Nie, my jesteśmy formacją ludzi uczciwych, która zwalcza afery, nawet jeśli zaplącze się w nie ktoś z naszego obozu. Zaś poprzednia władza tolerowała afery, wielu z jej członków było w nie zamieszanych. My jesteśmy uczciwi i prawi, a PO jest naszym przeciwieństwem. To ma przekonać wyborców, że władza PiS nie zepsuła, że PiS nie dotyczy sentencja Lorda Actona, że „każda władza deprawuje". Ciekawsze jest jednak co prezes Jarosław Kaczyński powiedział parlamentarzystom jak nie było kamer, jaki przekaz poszedł do wnętrza partii.

Czy można z tego przemówienia wyciągnąć wniosek PiS jest w defensywie?

Większość ostatnich działań Prawa i Sprawiedliwości jest reaktywnych, są odpowiedzią na różnego rodzaju ataki czy sytuacje kryzysowe. Może poza konwencją na 3-lecie rządu, kiedy premier Morawiecki pokazał, że rząd chce rozmawiać z Polakami i ich słuchać. Ale proaktywnych działań jest niewiele zważywszy na liczne instrumenty jakie ma każda włada żeby takie działania prowadzić.

PiS ma nadal dobre notowania. Jednak nagle pojawia się "syndrom 2007 roku" i przypominanie porażki z 2007. Dlaczego?

Wybory samorządowe udowodniły, że jeśli PiS chce wygrać wybory parlamentarne i rządzić samodzielnie, to nie może zmobilizować elektoratu który nie jest wprost anty-PiS, który wcale tak ochoczo nie popiera opozycji, a najczęściej nie chodzi do wyborów. Pod warunkiem, że nie jest do tego sprowokowany poprzez ostre konflikty polityczne, kontrowersyjne tematy, mocne wypowiedzi. Czy PiS ma strategię wyciszania emocji? Tego pewny nie jestem.

Tak odebrałem przemówienie premiera Morawieckiego z konferencji "Praca dla Polski".

Dobra strategia to jedno, ale równie ważne jest, żeby była konsekwentnie realizowana. Oczywiście na poziomie deklaracji można mówić o schładzaniu emocji. Ale pytanie, czy to można wyegzekwować w klubie liczącym prawie 300 parlamentarzystów, którzy mają różne charaktery, w różny sposób wyrażają swoje opinie. Pytanie, czy PiS będzie w stanie okiełznać tych posłów znanych z kontrowersyjnych wypowiedzi, wystąpień, ataków na innych, czy będzie skutecznie potrafił pozamykać niektóre fronty, które kosztują wiele sił potrzebnych gdzie indziej, choćby na zbliżające się kampanie wyborcze. Ale to jest pytanie, czy w tak dużym klubie taką strategię da się realizować. W 2015 roku się udało.

To była kampania, nie rządzenie.

Tak. Z jednej strony każdy z posłów już myśli o przyszłych wyborach: może dostanę 4 czy 5 miejsce, muszę być wyrazisty by zdobyć te 10 tys. głosów i mandat. Z drugiej: im bliżej wyborów tym bliżej właśnie skutecznego stosowania narzędzia dyscyplinującego jakim jest układanie list. To zasadnicze pytanie: czy uda się utrzymać dyscyplinę, czy uda się tą strategię - jeśli ona jest - realizować. Politycy Zjednoczonej Prawicy muszą sobie odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: czy ważniejsze jest dobro całej drużyny, zwycięstwo w wyborach i kolejne cztery lata rządów, czy moje 10 tysięcy jest ważniejsze, by zdobyć mandat - to pytanie stojące przed każdym posłem i senatorem.

Wracając do 2007, czy ten rok nadal żyje w zbiorowej pamięci PiS?

Ja doskonale to pamiętam. Już wtedy pracowałem w sztabie. Wówczas PiS przegrało, mimo że PiS zdobyło o 5 pp więcej niż w 2005. Przegrał, mimo zdobycia 2 mln więcej głosów. Chociaż w czasie rządów PiS bezrobocie spadło, gospodarka była w bardzo dobrym stanie. PiS przegrało, mimo że obiektywne czynniki na to nie wskazywały. Pamiętam doskonale, że po tamtej przegranej prezes PiS wielokrotnie podkreślał, że PiS przegrało bo w kampanii nie wstrzeliło się w ówczesne emocje Polaków i na dodatek zmobilizowało wyborców przeciwko sobie. Wtedy ludzie konsumowali pierwszą fazę zamożności, wzrost PKB był na poziomie 6 proc rdr a mimo tego w kampanii podnoszno wątki antykorupcyjne, mimo że dla Polaków nie był to najważniejszy temat. PO zaczęła straszyć PiS - mówiła, że PiS to obciach, to wstyd, to była kampania negatywna, ale bardzo skuteczna. To PO lepiej się wstrzeliła w przekaz. Zapewne kto jak kto, ale prezes Jarosław Kaczyński to doskonale pamięta i chce uniknąć powtórki z roku 2007.

Załóżmy nawet, że strategia zostanie wykonana. Czy nie grozi to demobilizacją elektoratu PiS? Bo co jeśli akurat w 2019 będzie chodziło tylko o to, kto bardziej swoich zmobilizuje?

Wybory wygrywa się przede wszystkim mobilizacją własnego elektoratu plus pozyskaniem elektoratu mniej zaangażowanego, takiego który głosuje kierując się bardzo różnymi motywami, często bardzo kontekstowymi. Ale czy mobilizacja własnego elektoratu musi polegać na mocnych i ostrych wystąpieniach, na mocnych tweetach? Czy tylko tym się mobilizuje wyborców? Nie. Trzeba pokazać realizację programu, przekonywać, że nawet jak nie wszystko się udało, to po to właśnie są potrzebne kolejne cztery lata. Wyborca PiS doskonale wie jaka jest stawka wyborów..

Ale wyciągnięcie słusznych wniosków z 2007 roku może nadal skończyć się przestrzeleniem emocji, jeśli akurat zwiększenie emocji, a nie ich zmniejszenie będzie potrzebne w 2019.

Wtedy PiS nie tylko przestrzelił w kampanii wyborczej z emocjami, ale też udała się kampania PO straszenia PiS. W 2019 roku stawka wyborów będzie wysoka, dużo wyższa niż tych z 2015.wie to każda ze stron. Moim zdaniem twardy elektorat będzie to wiedział, nawet jeśli jest trochę rozczarowany, że PiS wszystkiego nie zrobił – to sobie to zracjonalizuje, że tego wymagała taktyka. Prezes Jarosław Kaczyński ma umiejętność mówienia twardemu elektoratowi, żeby zaufali, że PiS nie schodzi z wytyczonej drogi. Da tego elektoratu słowa prezesa partii są czymś w rodzaju Roma locuta, causa finita, zresztą znaczna część tego elektoratu głosuje na PiS właśnie dlatego, że na jego czele stoi Jarosław Kaczyński. Taki przekaz pewnie do tego elektoratu trafi. Ale do zwycięstwa potrzebne jest jednak 40 proc. Twardy elektorat to nie jest 40 proc.

Co dla wyniku w 2019 r. będzie ważniejsze - strategia PiS, czy opozycji?

Teoretycznie powinna być ważniejsza strategia PiS – pod warunkiem, że taka będzie. Dlatego, że władza ma zawsze szersze pole manewru. Może nie tylko składać obietnice jak opozycja ale pokazywać, że je realizuje. PiS ma wszelkie narzędzia do tego, by wejść w 2019 rok w innej sytuacji niż w 2015. Wtedy PiS było po w opozycji od ośmiu lat. Teraz ma narzędzia, by realizować obietnice, pokazywać sukcesy, na dodatek te możliwości wzrosły bo partia współrządzi lub rządzi w 8 sejmikach, to też konkretne zasoby, które mogą być pomocne w roku wyborczym. Inaczej wygląda też sytuacja medialna. PiS ma nieporównywanie lepsze niż wtedy możliwości narzucania tematów kampanii wyborczej i dyktowania tematów. Żeby było jasne, samo rządzenie nie daje gwarancji wygranej. Gdyby tak było, to nie dochodziło by do zmiany rządów, a w 2015 znowu wygrałoby PO. Ja tylko chcę zwrócić uwagę nad przewagi jakie daje rządzenie, zawsze jednak kluczowe będzie to czy te przewagi rządzący będą potrafili wykorzystać.

Robi to? W tym roku było z tym średnio.

Biorąc pod uwagę zasoby, które ma jako partia rządząca, to PiS powinien wyznaczać trendy, organizować grę na boisku. Jeśli tego nie robi, to pytanie dlaczego. Rządzenie dało możliwości, które wyrównały np. sytuację medialną.

Brakuje kogoś takiego jak Igor Ostachowicz?

Nie wiem, kto dziś odpowiada za strategię PiS. Ale wiem, że jeśli na rok wyborczy PiS nie będzie miał solidnej ekipy na kampanię tak jak na 2015, to będzie PiS ciężko. To będzie starcie o wszystko. PiS wie, że jeśli przegra te wybory, to nowa władza w tydzień wyczyści wszystkich prezesów spółek, instytucji. Jestem przekonany, że już teraz opozycja ma dobrze opracowaną mapę, kto w danej firmie jest z rekomendacji PiS. Będzie totalna de-Pisizacja w instytucjach, spółkach. A z drugiej strony opozycja wie, że jeśli przegra w 2019 roku to może nastąpić tąpnięcie, przetasowanie wśród obecnych liderów. Kolejne 4 lata w opozycji np. PO może nie przetrwać w obecnej formule. Każda z partii wie, że to wybory o wszystko. To nie będą wybory o zwykłą zmianę władzy.

A wyborcy PiS to wiedzą?

Moim zdaniem tak. CI tzw. twardzi wyborcy wiedzą, że aby utrwalić pewne zmiany - potrzebna jest kolejna kadencja. Jeśli PiS wygra II kadencję, to rządy tej partii nie będą traktowane jako incydent, coś co może się zdarzyć, ale nie trwa dłużej niż jedna kadencja. Dla PiS to niezwykle ważne nie tylko z przyczyn wizerunkowo-symbolicznych, wzmocnienia partii, realizowania programu, ale także pokazania całemu kompleksowi urzędniczo-mundurowemu, a wiec setkom tysięcy osób w kluczowych instytucjach, że jest partią, której rządy mogą trwać dużej niż tylko jedna kadencja.

A nowe pomysły które ponoć szykuje przez PiS jeszcze mogą zadziałać?

Aby składać obietnice każda poważna partia musi mieć wcześniej bardzo dobrze zdiagnozowane problemy. Np. poprzez sondaże, które wskazują czego Polakom brakuje, czego oczekują od władzy, czego nie chcą by władza wprowadzała. Nie można rzucać haseł ot tak.

Czyli nie nastąpiła dewalucja obietnic?

Mówię tylko, że jeśli pojawią się kolejne obietnice, to muszą być mocno zdiagnozowane problemy, które mają rozwiązywać. To muszą być obietnice, z których musi być uzysk w postaci poparcia. PiS powinien mieć to jasno zmapowane. Np. rodzice dzieci mogą się dziś martwić, czy ich dziecko dostanie się do tego liceum, które sobie zaplanowało. Ta kwestia będzie dotyczyć ok.720 tysięcy osób. To grupa, która ma rodziców, dziadków itd., którzy na co dzień będą żyć tymi sprawami. To duża grupa. Od 1 stycznia będzie 3 niedziele bez handlu - pytanie, czy to ludzi nie wkurzy, bo mocno zaburzy sposób spędzania wolnego czasu, ich styl życia. Sondaże pokazują, że Polacy nie chcą dalszych ograniczeń w tej materii, a tymczasem za chwilę tak będzie. To kolejny przykład, który może spowodować, że jakaś część wyborców mniej zdecydowanych nie poprze PiS. Tu 1 pp, tam 2 pp i nagle się robi 3 pp, które odpływają do innych partii. A na koniec może okazać się, że wynik jest dobry, nawet jest wygrana, ale za mała do samodzielnego rządzenia.

A nie ma ogólnego wrażenia, że PiS przestało być autentyczne? W 2015 tak było - uchodźcy, 500 Plus. Jak jest teraz?

W 2015 PiS szedł z dobrze zdiagnozowanymi problemami i pomysłami. Był świeży. Po drugiej stronie było PO, w której nie było widać energii potrzebnej do wygrywania. Może poza nielicznymi politykami - jak np. Michał Kamiński - którzy mieli, by użyć języka piłkarskiego ciąg na bramkę. PiS miał power wtedy. Dziś często PiS przypomina tłustego kota, któremu już nie chce się łapać myszy, bo nie jest tak zwinny jak niegdyś. Czy dziś struktury partii, ludzie partii będą tak zdeterminowani, żeby walczyć o zwycięstwo? Czy może wielu z nich rozsiadło się w wygodnych fotelach w spółkach, różnych instytucjach i mówią sobie: trwaj chwilo, jesteś piękna.

Czy wybory samorządowe nie zakończyły tematu słabości opozycji?

Grzegorze Schetyna na pewno dużo zyskał. Był szefem koalicji, która wygrała w dużych miastach. Teraz rozdaje karty. Nowoczesna tych kart nie ma. Na pewno wyszedł z tych wyborów umocniony kosztem np. Nowoczesnej, dodatkowo ostatnio rozgrywając te partię wewnętrznie. Choć pozyskał kilku posłów, to odbyło się to kosztem jakim jest pewnie utarta zaufania Katarzyny Lubnauer. Ze strony PO i przewodniczącego Schetyny będzie duża presja – ale także części mediów i tzw. establishmentu - na wspólną listę. Największym beneficjentem wspólnej listy jest PO. Pytanie, czy takiemu PSL opłaca się startować ze wspólnej listy na której będą politycy i hasła obce elektoratowi tej partii. Wypada w to wątpić.

PSL może zdobyć centrum idąc samodzielnie?

PSL pewnie swoje kilka procent ugra, jak to było w 2015. Raczej pytanie, kto w 2019 zagospodaruje nowych wyborców - będzie ich kilka roczników, ponad 700 tysięcy wyborców, którzy w 2015 nie mieli jeszcze praw wyborczych. Teraz będą mogli po raz pierwszy głosować. No i pytanie, kto zagospodaruje elektorat ludzi którzy czują się w jakiś sposób wykluczeni, rozczarowani zarówno władzą jaki i partiami opozycji, przekonani, że klasa polityczna o nich zapomniała. Kto zagospodaruje elektorat buntu, kto będzie Lepperem, Palikotem, Kukizem z poprzednich elekcji.

Biedroń?

Ma potencjał. Jeśli zachowa dynamikę, będzie cały czas jeździć i spotykać się z ludźmi, zbuduje struktury. On nie mówi do nich postulatami działacza skrajnej lewicy nie eksponuje zbyt mocno postulatów środowisk LGBT. Widać, że na tych spotkaniach daje ludziom poczucie sprawczości, daje im się wyżalić, wygadać, widać w tym pewien pomysł na dotarcie do pewnej części wyborców. Jako osoba z zewnątrz widzę, że jest zdeterminowany w tym co robi, jego działanie jest przemyślane.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL