fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Bezpartyjni do Sejmu w 2019?

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Postulaty ustrojowe, w tym kwestia pogłębienia reformy samorządowej, mogą być podstawą sejmowego programu Bezpartyjnych Samorządowców.

Sukces wyborczy Bezpartyjnych Samorządowców – którzy współrządzą z PiS na Dolnym Śląsku i uzyskali dobre wyniki w woj. lubuskim i zachodniopomorskim – sprawił, że zaczęły padać coraz poważniejsze pytania o polityczną przyszłość ruchu. Bezpartyjni w jesiennych wyborach po raz pierwszy zarejestrowali ogólnopolski komitet oraz listy w ponad 60 na 85 okręgów wyborczych do sejmików.

Ich 15 mandatów i 5,28 proc. ma być zaliczką na przyszłość, na wybory do Sejmu. Bo takie plany są już poważnie rozważane. – W przyszłym tygodniu mamy spotkanie ogólnopolskie. Będziemy decydować o formie pójścia do wyborów parlamentarnych. Rozmawiamy z różnymi środowiskami, w tym środowiskami przedsiębiorców i organizacji pozarządowych – mówi „Rzeczpospolitej" Patryk Hałaczkiewicz, koordynator krajowy Bezpartyjnych.

Już na początku przyszłego roku może odbyć się konwencja Bezpartyjnych. Nie jest wcale wykluczone, że projekt wokół Roberta Raczyńskiego – prezydenta Lubina – może wystartować z nową nazwą do wyborów parlamentarnych lub też w formie koalicji z innymi podmiotami. Wszystkie decyzje mają zapaść w najbliższych tygodniach. Przygotowania obejmują też tworzenie struktur i formuły całego projektu.

Postulaty, z którymi Bezpartyjni mogą iść do Sejmu, to przede wszystkim kwestie ustrojowe. W tym deglomeracja (rozproszenie urzędów poza Warszawę), dalsza reforma samorządowa, wybory bezpośrednie na wszystkich szczeblach. To ma być rdzeń ich wyborczego programu. A jak pokazało kilka ostatnich wyborów do Sejmu, niemal w każdym z nich udało się zdobyć mandaty nowemu ugrupowaniu, które zdobywało je dzięki kilku chwytliwym postulatom. Politolog dr Jarosław Flis nazywa je „tymczasowym ugrupowaniem protestu", w skrócie TUP. – To zupełnie nowi gracze, którzy nie tasują tych samych kart, ale przebijają się z nowymi atutami – tak, jak to wcześniej zrobili Lepper, Palikot czy Kukiz. – tak pisał o formacie TUP w „Rzeczpospolitej" Flis w ubiegłym tygodniu.

Politycy sejmowej opozycji, z którymi rozmawialiśmy, przewidują, że Bezpartyjni mogą ponownie połączyć siły z ruchem Kukiz'15. Ich drogi rozeszły się dość gwałtownie po wyborach prezydenckich w 2015 r. W wyborach do Sejmu środowisko Bezpartyjnych powołało komitet JOW Bezpartyjni, ale nie odniósł żadnego sukcesu.

Teraz większość polityków sejmowej opozycji przewiduje w kuluarach, że Bezpartyjni mogą odegrać rolę „języczka u wagi". Przede wszystkim jako koalicjant dla PiS, ale nie tylko. Bo obecnie Bezpartyjni współpracują z Koalicją Obywatelską w dwóch województwach. Na Dolnym Śląsku weszli w koalicję z PiS, co sprawiło, że partia Jarosława Kaczyńskiego współrządziła w tym województwie.

Nie wszyscy są jednak przekonani, że Bezpartyjnym uda się przekuć swój sukces na wybory parlamentarne. Najczęściej padają zastrzeżenia dotyczące niskiej rozpoznawalności polityków tworzących ruch. – To drugi najważniejszy ruch poza projektem Roberta Biedronia dla przyszłego układu sił – mówi nam ważny polityk opozycji. Bo rozgrywka o władzę w 2019 r. dopiero się zaczyna. Zarówno Robert Biedroń, jak i Robert Raczyński odegrają w nim jedną z ważniejszych ról.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA