fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Wyborcy totalni, medialni i lokalni

W głosowania do Sejmu oraz do sejmików różnie angażują się poszczególne grupy wyborców
AFP, Janek Skarżyński
W odróżnieniu od Węgier, Turcji czy Rosji zbliżające się wybory w Polsce będą naprawdę wyrównane

Tegoroczne wybory samorządowe przyciągnęły uwagę jak żadne wcześniej. Dotyczy to zarówno mediów, jak i samych wyborców, jeśli mierzyć to rosnącą frekwencją oraz malejącą liczbą pustych głosów wrzucanych do urn. Wybory potraktowane zostały nie tylko jako walka o władzę w samorządach, ale też próba sił przed przyszłorocznym starciem sejmowym.

Odmienności stałe

Do tej pory wybory samorządowe miały swoje stałe odmienności względem wyborów ogólnokrajowych. Składały się na to inna frekwencja w poszczególnych częściach kraju, a także liczne głosy nieważne. Jedno i drugie wpływało na ostateczny wynik partii w głosowaniu sejmikowym. W wyborach gminnych obraz zacierała rozproszona personalizacja wyborów. Przez nią nigdy nie było to jedno wielkie starcie, ale tysiące indywidualnych pojedynków. Lecz na obu poziomach podobna była umiarkowana medialność – czyniąc wszystkie odmienności w miarę przewidywalnymi.

Dodatkowa trudność przy stawianiu prognoz wynika z odmiennych regularności, jakie widać w wyborach sejmowych. Na zmianę wyniku wyborczego mają wpływ dwie siły. Pierwsza to przesuwanie sympatii tych, którzy zawsze biorą udział w wyborach. Druga – mobilizacja tych, którzy zawsze głosują na tę samą stronę, ale nie za każdym razem idą do urn.

Sejm i sejmiki różniły się do tej pory pod względem zaangażowania trzech grup wyborców. Wyborcy totalni to ta część Polaków (można ją szacować na 1/4 obywateli), która głosuje we wszystkich typach wyborów, nawet w europejskich. Jest ich więcej w większych miejscowościach, lecz i na obszarach o większej religijności, szczególnie w Galicji. Oprócz nich o realnej frekwencji w wyborach przesądzają dwie inne grupy – wyborcy medialni i wyborcy lokalni. Każdy z tych typów ma wątpliwość co do wagi innego rodzaju głosowania. Wyborcy medialni nie chodzą na wybory władz, które nie są regularnie pokazywane w krajowych mediach – być może oznacza to dla nich, że tam nie dzieje się nic ważnego. Wyborcy lokalni mają natomiast wątpliwość, czy ich głos znaczy cokolwiek w wyborach wyższych instancji – władz, z którymi nie mogą spotykać się bezpośrednio.

Obecność lub nieobecność obydwu tych grup wyborców ma wpływ na równowagę pomiędzy partiami. Wyborcy medialni są znacznie bardziej spolaryzowani od wyborców lokalnych. Sprawiają, że siły dwóch głównych antagonistów – partii walczących o urząd premiera – rosną w wyborach, w których biorą udział. Wyborcy lokalni najbardziej interesują się wyborami gminnych włodarzy i radnych. Ale część z nich przy okazji oddaje głos w wyborach sejmikowych. Kierują się więzami sąsiedzkimi, ale i pewnymi generalnymi tożsamościami. Tę część wyborców lokalnych można nazwać wyborcami okazjonalnymi.

Pierwszą zmianą w 2018 r. było to, że nastąpiła bardzo silna mobilizacja wyborców medialnych. Przyczyniła się do tego samorządowa ofensywa z niezwykłym zaangażowaniem premiera i liderów PiS. Efektem tego jest parokrotne zmniejszenie skali spadków, jakie zwykle w wyborach samorządowych były udziałem duetu głównych sejmowych rywali. Ci, którzy spodziewali się wzrostu poparcia na skutek zjednoczenia Koalicji Obywatelskiej, mogli odczytywać ten wynik jako osłabienie. Podobnie ci, którzy spodziewali się czterdziestoprocentowego wyniku PiS. Warto jednak pamiętać, że spadki sejmikowego poparcia zawsze z udziałem obu partii – były jednak dotąd wyraźnie większe.

Poza skokowym wzrostem frekwencji istotne było także wyraźne zmniejszenie liczby głosów nieważnych – zwłaszcza tam, gdzie masowo pojawiali się wyborcy lokalni. Widać tu większe zaangażowanie i większą liczbę wyborców okazjonalnych. Do tej pory odpowiadali oni głównie za wzrost poparcia dla ludowców. Tym razem też nastąpił wzrost poparcia dla PSL, choć nie był tak duży jak w 2010 r. (nie wspominając już o roku 2014, gdy dołączyło się do tego ukierunkowanie uwagi części wyborców przez książeczkę). Był natomiast większy niż w 2006 r., za poprzednich rządów PiS. Lecz widać także, że i PiS dostało tu swój kawałek tortu, nawet jeśli wyraźnie mniejszy.

Tym samym mamy do czynienia z dwoma bardzo wyraźnym impulsami – mobilizacją medialnych i większym zaangażowaniem lokalnych wyborców. Nie jest łatwo oszacować siłę każdego z nich, bo efekty się wzajemnie zacierają. Lecz ta świadomość pozwala tworzyć scenariusze – dla każdej partii można przedstawić optymistyczną i pesymistyczną wersję przyszłych zdarzeń.

Z punktu widzenia PiS optymistyczny scenariusz jest taki, że zyski kosztem PSL są trwałe i nie sprowadzają się do krzyżyków postawionych przez wyborców okazjonalnych, którzy nie wezmą udziału w wyborach, gdy nie będzie równoległego głosowania na wójtów. W tej wizji jesteśmy świadkami przekształcenia wyborców lokalnych w totalnych. Można też wierzyć, że spadki w średnich i większych gminach to tylko chwilowa demobilizacja wyborców medialnych. Gdy od wyniku wyborów będzie bezpośrednio zależał los rządów, ci wyborcy znów się ruszą.

Dla Koalicji Obywatelskiej optymistyczną wersją jest to, że widoczny napływ wyborców medialnych stanowi tylko namiastkę tego, co czeka nas w przyszłym roku. Rezerwy mobilizacyjne, widoczne dalej nie tylko w największych miastach, zostaną dopiero wtedy wykorzystane w pełni. Powtórzy się rok 2007 – pod jej sztandarem skoncentrują się „antykaczyści", ze szczególnym uwzględnieniem tych, którzy obawiają się antyeuropejskich tendencji w obozie rządzącym.

Mniejsi partnerem

Inaczej wygląda sytuacja w przypadku mniejszych partii – ugrupowań, które nie są może rycerzami, ale jako bardzo ważni giermkowie mogą przesądzić o wyniku pojedynku. Kluczowa jest w tym rola PSL. Czy podobnie jak w 2007 r., w obliczu eskalacji napięć między wrogimi obozami, stanie się on „soft-PiS", czyli partią dla tych, którzy mają dość codziennego armagedonu? Taka partia będzie przyciągać umiarkowanych konserwatystów z szeregów PO i PiS. Do tego jeszcze dołoży niedobitki SLD z partii władzy oraz tradycyjnej lewicy – ekonomicznej, a nie obyczajowej. Wybory samorządowe pokazały dobitnie, że PSL pozostaje najwygodniejszym partnerem koalicyjnym, jeśli tylko ktoś takowego potrzebuje.

Z punktu widzenia SLD, partii o najbardziej stabilnej liczbie wyborców, w najmniejszym stopniu podatnej na wahania wynikające z mobilizacji i demobilizacji różnych elektoratów, optymistyczną opcją jest w zasadzie utrzymanie status quo i uniknięcie powtórki z 2011 r. Wtedy istotna część jego wyborców została skutecznie przyciągnięta przez nowe inicjatywy. To oczywiście wymagałoby uniknięcia osobnego startu nowych projektów lewicowych – czy to Partii Razem, czy ruchu Biedronia.

Scenariusze pesymistyczne nie wymagają szczegółowych wyjaśnień. W przypadku wszystkich partii powtórzenie starych wyników oznacza bardzo duże kłopoty, szczególnie przy ziszczeniu się optymistycznego scenariusza głównego konkurenta. Dla PiS powrót do poparcia z 2007 r. to nieuchronna utrata samodzielnej większości. Od trzech lat partia prowadzi – jak to najlepiej ujął w powyborczym tweecie Tomasz Poręba – „mecz PiS kontra reszta świata". Stąd brak samodzielnej większości stawia pod wielkim znakiem zapytania możliwość utrzymania nawet ograniczonej władzy. Dla Koalicji Obywatelskiej powrót do sytuacji z 2015 r., nawet w scenariuszu przełamania ówczesnego rozbicia, nie daje gwarancji obalenia rządu PiS. Zaś dla PSL i SLD pesymistyczne scenariusze oznaczają groźbę unicestwienia.

Gdyby przeliczać to na realne poparcie i mandaty, to kombinacje tych scenariuszy każą widzieć duże partie wahające się w skali poparcia pomiędzy 40 proc. a 32 proc. Różnica ta na pierwszy rzut oka nie wygląda tak dramatycznie, ale w polityce jest ona kolosalna i fundamentalnie zmienia możliwości. Jeszcze większy rozrzut dotyczy giermków, którym różne scenariusze dają poparcie od 10 proc. do mniejszego niż 5 proc. To, który z tych scenariuszy uzna się za wiarygodny, zależy w dużej mierze od wypadkowej chciejstwa i obaw. Niemniej wiara w utrzymanie samodzielnej większości przez PiS wydaje się wymagać samozaparcia. Noga musiałaby się powinąć wszystkim, tylko nie partii rządzącej. Lecz przecież nie ze skutecznego unikania kłopotów zapamiętaliśmy ją w tej kadencji. Bardzo niepokojący dla PiS – a szczególnie dla prezydenta – powinien być wynik drugich tur w miastach średniej wielkości. Te miasta są w Polsce wyznacznikami trendów – odchylenia na wsi i w większych miastach zwykle się uśredniają. Kandydatom PiS na burmistrzów poszło znacznie gorzej nie tylko w stosunku do 2014 r., lecz nawet 2010. Mnożenie sobie wrogów nad potrzebę raz jeszcze okazało się w polityce samobójczą strategią.

W kalkulacjach pozostają trzy niewiadome. Pierwsza to zupełnie nowi gracze, którzy nie tasują tych samych kart, ale przebijają się z nowymi atutami – tak, jak to wcześniej zrobili Lepper, Palikot czy Kukiz. Te inicjatywy można określić skrótem TUP – tymczasowe ugrupowanie protestu. Jakiś TUP może się stać kluczowym elementem przyszłej sceny, który przesądzi o scenariuszach dla stabilnych partii.

W kalkulacjach można jeszcze uwzględniać ruch Kukiza. Lecz choć wciąż jest obecny w sondażach, to w realnym poparciu stracił w trzy lata 3 pkt proc. Kolejny stracony punkt procentowy zaprowadzi go już pod próg wyborczy.

Bezpartyjni Samorządowcy niewątpliwie cierpią nie tylko na brak rozpoznawalnego przywództwa, ale także na braki organizacyjne. Nie byli w stanie zarejestrować list we wszystkich okręgach, a ich część i tak miała bardzo słabe wyniki, wynikające z niezdolności przyciągania kandydatów o wyrobionej pozycji. Pozostaje więc wielką niewiadomą, na jaką nutę będzie możliwe nowe gniewne tupnięcie sfrustrowanej części elektoratu.

Niepewne są efekty innego czynnika, jednoznacznie uwidocznionego w wynikach sejmikowych – „pana d'Hondta". Wszyscy już się przekonali, jak silnym impulsem integracyjnym może być system wyborczy. Bywa on nawet przeceniany, gdy snuje się wizję stworzenia jednego bloku przeciw PiS jako warunku skuteczności. Warto pamiętać, że mechanizm działania naszego systemu jest taki, że zyski ze zjednoczenia są odwrotnie proporcjonalne do wielkości łączących się podmiotów. Małe partie zyskują na połączeniu dużo więcej – im większy jest blok, który powstał po fuzji dwóch sił, tym mniejsze korzyści one z tego odnoszą.

Natomiast matematyczne straty zwycięzcy wyborów z aliansu dwójki liczących się przeciwników są zawsze takie same – w polskich realiach wygląda to tak: jeśli grupa partii ma za rywala ugrupowanie o czterdziestoprocentowym poparciu, to przyłączenie się każdej z nich do wspólnego bloku odbiera zwycięzcy dziewięć mandatów.

Jednak trudności rosną wraz z każdym kolejnym poszerzeniem koalicji. Zwłaszcza że ustawienie PiS na scenie politycznej sprawia, że jego przeciwnicy muszą mieć znacznie szerzej rozwarte skrzydła, co bardzo wyraźnie potęguje napięcia wewnętrzne. Nie jest zatem łatwo przewidzieć, czym skończą się wezwania do integracji w obozie „anty-PiS".

A na ile główni gracze, w szczególności dwie największe partie, poradzą sobie same ze sobą? W tych wyborach bardzo wyraźnie pokazały się ich wewnętrzne koleiny – dominacja dworskości i kolesiostwa. Priorytetem są interesy poszczególnych frakcji, troska o wewnętrzny układ sił czy zabiegi o przychylność wewnątrzpartyjnego hegemona. Liderzy najchętniej odczytują te informacje, które nie psują im wizji świata, ale utwierdzają w przekonaniu, że to, co robili do tej pory, było świetne. Pomagają im w tym bardzo wewnętrzni oraz medialni kibice, formułując na swój użytek tezy, że wszystko poszło wspaniale.

Jeden wniosek wydaje się oczywisty. W odróżnieniu od wyborów na Węgrzech, nie wspominając o Turcji czy Rosji, zbliżające się wybory w Polsce będą naprawdę wyrównane. Napisanie przeciwstawnych scenariuszy nie wymaga wielkiego wysiłku wyobraźni. Samo w sobie jest to bardzo pozytywną informacją o stanie polskiej demokracji. Jest ona nieprzewidywalna, zaś kierujące nią reguły są stabilne. Nic nie wskazuje na to, by reguły te miały się zmienić, choć wielu miało takie obawy i pokusy. Po wecie prezydenta wobec zmiany ordynacji do parlamentu europejskiego i niepowodzeniach prób ręcznego wpływania na wynik ostatnich wyborów w Łodzi i Działoszynie powinno tu przyjść uspokojenie. Nie bacząc na emocjonalne rozchwianie, jesteśmy całkiem blisko ideału demokracji, rozumianej jako stałość reguł i niepewność wyniku. ©?

Autor jest doktorem habilitowanym nauk społecznych na UJ

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA