fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Tajemnicze zgony ludzi Kremla

Domena publiczna
W ciągu sześciu miesięcy ośmiu reprezentantów Kremla zginęło lub zmarło. Okoliczności śmierci niektórych do dziś pozostają niejasne.

Ostatnim z tragicznej serii był zastępca naczelnika departamentu współpracy w Azji i regionie Pacyfiku. Aleksandr Sz. popełnił samobójstwo w swoim moskiewskim mieszkaniu, przedtem jednak zastrzelił swoją żonę i pięcioletnią córeczkę.

Przypadek 44-letniego dyplomaty byłby kolejną, rodzinną tragedią gdyby nie to, że jest on drugim wysokim urzędnikiem rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który ginie w Moskwie w ciągu pół roku, i ósmym – wliczając zagraniczne placówki.

Przed nim w rosyjskiej stolicy zginął w grudniu ubiegłego roku szef wydziału w departamencie Ameryki Łacińskiej Piotr Polszikow. Znaleziono go we własnym mieszkaniu z raną postrzałową głowy. Początkowo ministerstwo poinformowało, że był to „nieszczęśliwy wypadek niezwiązany z działalnością zawodową", później – samobójstwo. Broń znaleziono pod zlewem w kuchni, był to pistolet zwany w Rosji „traumatycznym" (na gumowe kule, pociski gazowe etc. W każdym razie to broń, z której nie można strzelać ostrą amunicją). W dodatku okazało się, że w chwili śmierci dyplomaty w mieszkaniu była też jego żona. Oficjalnie jednak pozostało to samobójstwem.

Polszikow zginął w tym samym dniu, w którym w Ankarze były turecki policjant 22-letni Mevlut Mert Altintas na wystawie fotograficznej zastrzelił rosyjskiego ambasadora Andrieja Karłowa. Wina zamachowca i okoliczności śmierci nie budzą żadnych wątpliwości. W przeciwieństwie jednak do Romana Skrylnikowa, którego ciało znaleziono 12 dni później w kazachskim Ust Kamieniogorsku. Skrylnikow był tam szefem „tymczasowej grupy" rosyjskiego konsulatu generalnego (zakładanego w tym mieście). Jego ciało leżące w wynajętym mieszkaniu, gdzie mieszkał, znalazł szofer „grupy". Według miejscowej policji Skrylnikow zmarł na zawał.

W ten sposób dyplomata otwiera listę rosyjskich przedstawicieli, którzy padli ofiarą tej choroby. Trzy tygodnie po nim zmarł również na zawał rosyjski konsul w Atenach 55-letni Andriej Małanin. Jego ciało znaleziono na podłodze w łazience własnego mieszkania. Policja zaalarmowana przez rosyjskich dyplomatów zaniepokojonych tym, że Małanin nie przyszedł do pracy, musiała się włamywać do jego mieszkania– było zamknięte na klucz od wewnątrz. On również miał umrzeć z przyczyn naturalnych.

Tak jak i 67-letni ambasador Rosji w Indiach Aleksandr Kadakin. Ministerstwo poinformowało, że 28 stycznia 2017 r. zmarł „po krótkiej chorobie". „Unikalny, legendarny" – powiedziała o nim rzeczniczka ministerstwa. Rzeczywiście, od 1971 roku pracował na różnych stanowiskach w ambasadzie w Delhi. Liczba zmarłych nagle dyplomatów zaczęła niepokoić dziennikarzy w Moskwie, jednak nie uzyskali z ministerstwa żadnych wyjaśnień.

Ale 20 lutego zmarł nagle rosyjski przedstawiciel przy ONZ w randze wiceministra spraw zagranicznych Witalij Czurkin. Oficjalnie on też padł ofiarą zawału. Już jednak w dniu śmierci moskiewska dziennikarka Julia Łatynina poinformowała, że ambasador zmarł tuż po telefonicznej rozmowie z Władimirem Putinem. Za to mieszkający w USA rosyjski publicysta Andriej Piontkowskij poinformował, że amerykańscy lekarze zażądali dodatkowych badań ciała zmarłego i w końcu mieli dojść do wniosku, że ambasador został otruty. – Truciznę zażył 10 godzin przed śmiercią, czyli podczas obiadu w ambasadzie – powiedział. W Moskwie za to o spowodowanie śmierci Czurkina oskarżono... amerykańskich dziennikarzy. „Artykuł tak zdenerwował Czurkina, że przez kilka dni nie mógł się uspokoić i w końcu zmarł" – napisała „Komsomolskaja Prawda" o tekście opublikowanym przez portal „BuzzFeed".

Feralny artykuł zaś dotyczył pracownika nowojorskiego konsulatu Rosji Sierigieja Kriwowa, który, umierając w dniu prezydenckich wyborów w USA, otworzył „czarną listę" zmarłych nagle rosyjskich przedstawicieli. Według pierwszej wersji 8 listopada 2016 roku miał spaść z dachu i zabić się na chodniku przed konsulatem.

Kolejna mówiła o tym, że wypadł z okna. Policjanci wstępnie stwierdzili, że ma ranę głowy. Zgodzili się jednak w końcu z rosyjskimi dyplomatami, że Kriwow zmarł na zawał na swoim miejscu pracy. Ciało błyskawicznie wydano rodzinie, a ta kazała je skremować i zwykłym samolotem odwiozła do Rosji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA