fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Tajlandia: wojsko chce do parlamentu

AFP
Po dokonaniu 12 zamachów stanu stanu w ciągu 80 lat, armia startuje w końcu w wyborach

Niedzielne głosowanie w turystycznym raju określi, kto będzie dominował w niższej izbie tajskiego parlamentu.

Juntę reprezentuje partia o dumnej nazwie „Siła Państwa Ludu" (Palang Pracha Rath). Jej jedynym kandydatem na premiera jest obecny szef rządu, były szef junty wojskowej, generał, który jednak formalnie odszedł do cywila, Prayuth Chan-ocha.

Nawet jeśli wojskowi – wraz z niewielkimi partiami, który przymknęły do nich – nie uzyskają zadowalającej większości, to i tak mają największą szansę na władzę. Po ostatnim zamachu stanu w 2014 roku, w 2017 wprowadzili w życie konstytucję, która powołała do życia izbę wyższą parlamentu, senat. A w nim wszystkie 250 miejsc obsadzanych jest przez nominantów junty, jednak by zostać premierem, trzeba zdobyć większość głosów z obu izb.

Ponieważ izba niższa – do której wybory odbywają się w niedzielę – liczy 500 miejsc, to ewentualny kandydat wojskowych na szefa rządu potrzebuje w niej tylko 126 deputowanych, by objąć władzę.

Najważniejszym przeciwnikiem wojskowych jest partia „Dla Tajlandii" (Pheu Thai), założona przez multimiliardera Thaksina Shinawatrę. Mimo, iż sam bogaty to politycznie odwoływał się do biedniejszej, statystycznie częściej mieszkającej na wsi części wyborców Tajlandii, których ominęły profity związane z gospodarczym wzrostem zapoczątkowanym po 2005 roku. Z tego też powodu Thaksin uważany jest za populistę.

W przeciwieństwie do wojskowych, którzy odwołują się w swej agitacji wyborczej do lepiej wykształconych i zarabiających mieszkańców miast. Ci zaś gotowi są nawet popierać kolejne zamachy stanów dokonywane przez generałów. A od początku stulecia wojsko już dwukrotnie wyprowadzało czołgi na ulice: najpierw, by w 2006 roku odsunąć od władzy Thaksina, a potem w 2014 – jego siostrę Yngluck Shinawatrę.

Dlatego też rodzeństwo byłych premierów obserwuje obecnie wybory z zagranicznej emigracji, mimo że ich partia – przynajmniej formalnie – ma największe szanse na zwycięstwo.

W Bangkoku utarło się, że zwolennicy Shinawatrów wychodzą na manifestacje w czerwonych koszulach, zaś ich wielkomiejscy przeciwnicy – w żółtych. Mimo niestabilnej sytuacji politycznej – która raczej nie stanie się lepsza po wyborach - Tajlandia zachowuje spokój, gdyż w kraju istnieje instytucja, która łączy wszystkich – monarchia. Kolejni władcy znajdują się poza codzienną walką polityczną, w zamian jednak ich krytykowanie jest karalne.

Ten porządek rzeczy zadowalający wszystkich został zakłócony w ubiegłym miesiącu, gdy monarcha Maha Vajiralongkorn musiał gwałtownie ingerować w życie polityczne. Jego rodzona siostra, księżna Ubolratana postanowiła walczyć o fotel premiera z ramienia partii Thai Raksa Chart Party („Partia Ratunku Narodowego"). Monarcha ostro ją skrytykował, księżna więc wycofała się z kampanii wyborczej, a sama partia została zdelegalizowana przez Trybunał Konstytucyjny.

Partia księżnej była sojusznikiem rodzeństwa Shinawatrów, wraz z jej zniknięciem Pheu Thai straciła raczej możliwość zdobycia bezwzględnej większości w wyborach. Wkrótce więc okaże się, że premierem znów zostanie (były) generał Prayuth Chan-ochoa. A to oznacza, że na ulice znów wyjdą Czerwone Koszule, by protestować przeciw wojskowym. Tradycji stanie się zadość.

W niczym na razie nie wpływa to na życie turystycznych kurortów w Tajlandii. Jedynie władze przeprosiły gości, że z powodu przedwyborczej prohibicji nie będą mogli kupić alkoholu w niedzielę. Wszystkim poradzono, by zrobili sobie zapasy w sobotę.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA