fbTrack

Plus Minus

Michał Szułdrzyński: PiS i sądy. Daleko od konserwatyzmu

Fotorzepa/ Grzegorz Rutkowski
Nic chyba bardziej niż zmiany w systemie sądownictwa nie pokazuje rozbratu, jaki wzięło w ostatnich latach PiS z konserwatyzmem.

Wszak doktryna konserwatywna zakłada, warto przypomnieć choćby Edmunda Burke'a, że w instytucjach państwa zapisana jest pewna mądrość. Burke miał dość ograniczone zaufanie do racjonalności obywateli i podporządkowania władzy chwilowym zachciankom ludu. Wbrew zwolennikom rewolucji francuskiej, którzy przekonywali, że burzenie instytucji i rewolucja dają człowiekowi wolność, wierzył, że zapewnia ją raczej silna, ale ograniczająca się wzajemnie władza, instytucje i naturalne wspólnoty.

Konserwatyści bowiem od dawna byli elitarystami, przekonanymi, że poddawanie kolejnych dziedzin życia procesowi demokratyzacji to droga prowadząca na manowce. Owszem, demokratycznie należy wybierać parlament, ale wiele sfer życia i instytucji należy trzymać z dala od demokracji. Tak powinno się dziać np. z rodziną, Kościołem czy uniwersytetem. Elementem elitaryzmu jest również sądownictwo.

Podobnie na tę sprawę patrzył twórca koncepcji trójpodziału władz Monteskiusz. Władza sądownicza była według niego komponentem arystokratycznym w państwie. I konserwatyści, i republikanie powoływali się bowiem w swych rozważaniach na Arystotelesa, który za najlepszy uważał ustrój mieszany, czyli taki, który zawiera pozytywne cechy rozmaitych rozwiązań – demokratycznych i arystokratycznych. Ale wszystkie te różne koncepcje miały na celu swoistą równowagę pomiędzy różnymi siłami społecznymi, różnymi żywiołami. Demokratyzacja na oślep jest równie niebezpieczna jak oligarchizacja całego życia państwowego.

W pracach nad kolejnymi ustawami zmieniającymi polskie sądownictwo głównym uzasadnieniem, jakim posługiwała się partia rządząca, była właśnie walka z oligarchizacją sądownictwa i poddanie go demokratycznej kontroli. Takie było sedno walki z Trybunałem Konstytucyjnym – krytykowano nie konkretną instytucję, ale prawo sędziów do uchylania ustaw przegłosowanych przez wyłoniony w powszechnych wyborach parlament. Identyczna była argumentacja przy wprowadzaniu zasady głoszącej, iż to Sejm (a nie sędziowie) wybiera większość członków Krajowej Rady Sądownictwa. Wybór sędziów przez polityków miał właśnie – zdaniem polityków PiS – przywrócić demokratyczną kontrolę nad sędziowską kastą.

Oczywiście, wymiar sprawiedliwości w Polsce wymagał zmian. Problem w tym, że PiS przyjęło rozwiązanie zupełnie odstające od koncepcji konserwatywnej. I nie chodzi tu o konserwatyzm rozumiany potocznie jako zwykły tradycjonalizm. Po 1989 r. paradoksalnie tradycjonalistami byli postkomuniści, którzy nie chcieli wprowadzać istotnych zmian. Po wielkim zerwaniu ciągłości, jakim był komunizm, konserwatyści stali rzeczywiście przed poważnym dylematem. Tyle tylko, że czas nie zatrzymał się 30 lat temu, po drodze odbudowywano państwo i jego instytucje.

Robiąc w nich dziś rewolucję, PiS wyrzeka się konserwatyzmu. Ma to jeszcze jedną konsekwencję. Otóż dla konserwatysty to tradycja jest źródłem legitymizacji moralności i władzy. Niszcząc zakorzenione w politycznym obyczaju instytucje czy poddając je „demokratycznej" kontroli, PiS pokazuje, jak arbitralnie podchodzi do tradycji. To nie ona jako taka staje się źródłem legitymizacji, tylko władza. To władza arbitralnie decyduje, co do tradycji należy, a co nie; że 4 czerwca 1989 r. jest dniem wstydu, a powodem do chwały jest tylko postawa Żołnierzy Wyklętych.

Chodzi bowiem nie o powrót do przeszłości, lecz o przeprowadzenie rewolucji, która zbuduje nowe państwo i nowe społeczeństwo. Historia jest tu tylko dekoracją. Bliżej tej rewolucyjności do lewicowego konstruktywizmu społecznego niż konserwatyzmu.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL