fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Gentleman. Podręcznik dla klas wyższych

AdobeStock
Bycie dżentelmenem to prawdziwe wyzwanie. Trzeba wiedzieć, co do czego i kiedy włożyć, jak do kogo się zwracać, a na dodatek umiejętnie tranżerować. Najtrudniej jednak być człowiekiem honoru.

Gentleman. Podręcznik dla klas wyższych" – tytuł książki Adama Granville'a może budzić obawę, że mamy oto kolejną dętą książkę o elegancji i dobrych manierach. Klasy wyższe? Jakie klasy wyższe? Ledwo dorobiliśmy się średniej. Niech nas nie zmylą pozory. Książka oferuje znacznie więcej niż porady, jak wiązać krawat i z której strony położyć widelczyk do tortu. To także w niej znajdziemy, ale i znacznie więcej. Ta solidna, obszerna i ciekawa pozycja napisana jest szerokim piórem, lekko, dowcipnie, z doskonałą znajomością tematu. Bardziej praca socjologa, a czasem historyka niż specjalisty od etykiety. 450 stron esejów obejmuje różne strony życia społecznego, rodzinnego, towarzyskiego.

Znajomość reguł klasy wyższej wskazuje, że te kręgi są autorowi dobrze znane. Tylko gdzie one jeszcze istnieją? Zapewne w Austrii, gdzie, jak wskazują poszlaki, mieszka dr Adam Nowak-Krogh alias Adam Granville, były informatyk, obecnie ekspert stylu życia. Publikował w magazynach, udzielał się w telewizji. Napisana po polsku książka „Gentleman. Mam zasady", nad którą autor pracował sześć lat, ukazała się kilka lat temu. Teraz w wydawnictwie Bosz ukazuje się jej drugie wydanie jako „Podręcznik dla klas wyższych".

Czyżby piszący o sobie: „niemieszkający w Polsce i niemający polskiego obywatelstwa", autor doszedł do wniosku, że klasa wyższa w Polsce już powstała? Na pewno Granville daje dowód, że zna realia polskiej rzeczywistości lepiej niż wielu naszych rodaków. Dlaczego więc pisze pod pseudonimem? „To bardzo niedżentelmeńskie, tak podglądać i relacjonować życie dżentelmenów" – powiedział w wywiadzie udzielonym Agnieszce Świst Kamińskiej. „Jest rzeczą naturalną, że chce się wiedzieć, kim jest autor, czytanie książki to przecież dialog z autorem. Względy towarzyskie nie pozwalały mi jednak na występowanie pod prawdziwym nazwiskiem, nie mógłbym wtedy opisywać różnych rzeczy jako insider. Proszę usprawiedliwić mnie wobec czytelników".

Ale czy zarzucając nas setkami reguł, przepisów, kodeksów, nienaruszalnych zasad pan Granville nie przebywa przypadkiem w rzeczywistości alternatywnej? Można się domyślić, że gdzieś naprawdę istnieje świat, w którym dama nie może podać swego adresu na wizytówce, żeby nie być posądzoną o najgorsze, i w którym każdy dżentelmen posiada ulubioną markę cygar. Przy czym, jeśli założyć, że wszystkich instrukcji nie potraktujemy z całkowitą powagą, to lekturze tej uroczej książki nie sposób się oprzeć. Oferuje ona błyskotliwą podróż w krąg zaginionej cywilizacji, przypomina przyjemności płynące z przebywania w eleganckim i honorowym świecie, zapewnia przy tym doskonałą zabawę.

Słowo „gentleman" w naszej rzeczywistości brzmi cokolwiek dęcie. Trochę lepiej spolszczone „dżentelmen", ale i to wydaje się pretensjonalne. Gdzież ci prawdziwi? Ziemiaństwo i arystokrację – jak wiadomo – wykończono w czasie wojny i niedługo po niej. Peerelowska urawniłowka trwała ponad 40 lat, chociaż aspiracje do klasy wyższej w polskim społeczeństwie drzemały pod socjalistyczną kołdrą. Serialowy czterdziestolatek powiesił sobie portret przodka, chcąc podnieść swój status przed wizytą ministra. Jak tylko transformacja pozwoliła na zakładanie prywatnych biznesów i zarabianie większych pieniędzy, aspiracje spuchły. Mówiono o genealogiach, budowano dworki, wszak, jak wiadomo, w Polsce każdy pochodzi ze szlachty. W latach 90. pojawili się pierwsi rodzimi biznesmeni, ci w za długich płaszczach i legendarnych już białych skarpetkach.

W poczuciu odniesionego sukcesu finansowego i potrzebie nostryfikacji meblowali gabinety skórzanymi fotelami i portretami cudzych przodków. Teraz zadęcie opadło, ale tęsknota do wyższych sfer pozostała, przynajmniej niektórym. O czym świadczy choćby powodzenie portali relacjonujących zachowanie brytyjskich wyższych sfer i popularność serialu „Downton Abbey".

Książka o butonierce

Kim są dżentelmeni? „Spotyka się najróżnorodniejsze definicje" – mówi Adam Granville. „Kardynał Newman powiadał, że dżentelmen to ktoś, kto nigdy nie zadaje innym bólu. W Związku Radzieckim uważano, że dżentelmen to mężczyzna, który, całując kobietę w rękę, wyjmuje najpierw papierosa z ust. Jak widać, w gruncie rzeczy chodzi o to samo".

Ale, pocieszmy się, pan Granville zostawia nam trochę luzu: „nadmierne przywiązywanie wagi do bycia dżentelmenem może okazać bardzo niedżentelmeńskie".

Luz luzem – autor książki jest bezlitosny dla współczesnych obyczajów. „Noszenie tiszertu z marynarką jest cofnięciem się w rozwoju cywilizacyjnym o stulecia. Nawet w Armii Radzieckiej dbano o to, aby kołnierz od munduru, który musiał być zapięty pod szyję, nie kontaktował się ze skórą. Zapobiegał temu śnieżnobiały wąski bawełniany pasek pod szyją zwany podworodniczokiem, który zgodnie z przepisami ubiorczymi miał być codziennie zmieniany".

Marynarka, jej rozliczne gatunki, wyliczenia rodzaju kroju, dziurek, miejsca i liczby guzików, kształtu i miejsca kieszeni, klap itp. otrzymują kilkanaście stron opisu. Ale cóż to jest, skoro Umberto Angeloni, szef krawieckiej firmy Brioni (ubierał Bonda), poświęcił butonierce całą książkę.

Biada tym, którzy nie wiedzą, co to skarpetki „executive length", czyli półkolanówki, a jeszcze większa tym, którzy ich nie noszą. Pan Granville wytknął to Edwardowi Gierkowi, który z wizytą u Geralda Forda w Białym Domu w roku 1974 zaświecił kawałkiem gołej łydki. Dżentelmen musi również pamiętać, żeby do wieczorowych strojów formalnych włożyć podkolanówki jedwabne. (Byłabym wdzięczna za radę, gdzie można w takowe się zaopatrzyć).

Gdyby panowie mieli wątpliwości, gdzie przypiąć ordery, to autor je rozwiewa. „Wstążeczki polskich orderów mają szerokość cztery milimetry, nosi się je przewleczone przez butonierkę i założone za klapę na skos".

Podobnie jak Balzac, także autor książki uważa, że „krawat to perfumy dla garnituru". A jednak drobiazgowa analiza pokrycia zewnętrznego, podszewki, kształtu, ściegów, wzorów i kolorów „zwisu męskiego" doprowadza nas do wniosku, że sztuki wyboru właściwego krawata żaden mężczyzna nie jest w stanie opanować. Już rozumiem, dlaczego panowie dzisiaj wolą w ogóle z niego zrezygnować. Pocieszające jest, że ludzie na tak zwanych stanowiskach też tego nie potrafią. Na przykład Bill Clinton, który paradował „w koszmarnym krawacie", wprawdzie ofiarowanym przez Monicę Lewinsky, więc można zrozumieć.

Buty, i tu całkowicie zgodzimy się z autorem, są czymś, po czym poznaje się eleganckiego mężczyznę. Zapewne dlatego otrzymują aż 17 stron opisu. Oksfordy, półbrogsy, ćwierćbrogsy, pełne brogsy, monki, lotniki, norwegi, loafery, eskarpiny... Można wybierać, pamiętając, że w obuwiu sznurowanym należy dochować staranności. Na szczęście jest instrukcja wiązania krzyżowego, drabinkowego, sznurowania Lydiarda, sznurowania wojskowego, jak również wiązania sznurowadeł w węzeł płaski lub babski. Zapamiętajmy jedno: „do fraka nosi się eskarpiny, do wszelkich pozostałych strojów oficjalnych oraz do garniturów konferencyjnych wyłącznie buty szkockie. Do wszelkich pozostałych strojów nie ma sztywnych reguł".

Uff, naprawdę można odetchnąć, bo o eskarpiny dzisiaj może być trudno. Podobnie jak o frak.

Sprawa honoru

Sztuka ubioru wydaje się dziecinnie prosta w porównaniu z tak delikatną sprawą jak honor. „Jeśli bandyci napadli na twój dom, zamierzają zgwałcić twoją żonę i wziąć dzieci na zakładników, jeśli elektrownia atomowa ma awarię i ktoś musi do tej elektrowni wejść, jeśli terroryści w samolocie grożą pasażerom poderżnięciem gardeł (...) to w tym miejscu powinien pojawiać się człowiek honoru, który stawi tym sytuacjom czoła, narażając swoje życie". „Honor to gotowość do bezkompromisowego narażenia własnych interesów, nawet własnego życia w interesie zbiorowości". No cóż, rozejrzawszy się wokół i nie dostrzegłszy ludzi zdolnych do powyższych czynów, można tylko westchnąć.

Natomiast ze znalezieniem dowodów na wyliczone przez autora rodzaje obrazy nie będzie problemu. Obecnie obraza jest nadmiernie dostępna. Nieważne, czy chodzi o uchybienie godności, zakwestionowanie prawdomówności, czy uwłaczanie czci zbiorowości. Na przykład: „Pan jest sk.. synem", autor kwalifikuje jako obrazę czwartego stopnia – zakwestionowanie przynależności całego rodu do towarzystwa. Ale uwaga panowie dżentelmeni! Niewinne zdawałoby się wsunięcie ręki pod ramię kobiety może także okazać się niebezpieczne. To zawłaszczenie, pogardliwe „chodź, mała", które jest gestem przemocy i jako takie stanowi obrazę czci trzeciego stopnia.

Problem zwracania się jest także kwestią honoru. Per ty można zwracać się tylko do osób niemających zdolności honorowej. Na przykład do dzieci. Dzieci jako niepełnoletnie nie mają tej zdolności, zatem na szczęście możemy do synka i córeczki zwracać się per Jasiu i Małgosiu. Za to do ojca i matki dzieci powinny zwracać się w trzeciej osobie. „Niech tata zobaczy, dostałem dzisiaj szóstkę z matmy".

Tańczyć walca w lewo

Jeśli z honorem daliśmy sobie radę, tor przeszkód czekający nas przy stole może okazać się nie do pokonania. Nieważne, czy sami zapraszamy gości, czy jesteśmy zaproszeni. Rafy czają się ze wszystkich stron. Przede wszystkim zaproszenia. Powinny być napisane czarnym atramentem i wysłane z czterotygodniowym wyprzedzeniem. Uwaga, młode pary! Przy zaproszeniach weselnych strzeżcie się stosowanej powszechnie formuły „Grażyna Igrekowska i Janusz Iksiński mają zaszczyt zaprosić na przyjęcie weselne". „Jak młoda para może zapraszać" – pisze Adam Granville – „skoro w momencie wystosowywania zaproszenia jeszcze nie istnieje, czyli nie ma osobowości savoir-vivre'owej"?

W przypadku gdy nie mamy akurat wesela, a przyjmujemy gości w domu, zdecydujmy, czy wolimy zaprosić ich na pierwsze śniadanie (dobra wiadomość jest taka, że rano można pić szampan z gwinta), drugie śniadanie (ubiór: garnitur konferencyjny lub strój miejski), śniadanie obiadowe (żakiet), aperitif i koktajl (czas pobytu 20–40 minut), herbatkę (impreza raczej damska), cocktail prolonge, czyli przyjęcie bufetowe... Czeka nas oczywiście ustalenie liczby i kolejności dań. Ich lista powinna znajdować się na wypisanym ręcznie menu na „specjalnym blankiecie rezydencji". „Najlepiej zlecić to zadanie profesjonalnemu kaligrafowi". No cóż, mogą wystąpić przejściowe trudności ze znalezieniem kaligrafa, ale damy radę.

Przystąpmy do menu: zimna przekąska, zupa, przekąska gorąca, sorbet, ryba, sorbet, drób, jarzyny, sorbet, pieczyste, lody, deser, ewentualne sery, owoce. Sporo tego, ale za to jaka rozmaitość, ponieważ uwaga – w menu nie powinno być powtórzeń! Jeśli pasztet z sarniny, to nie można potem podać pieczonego combra. Oprócz znajomości z kaligrafem powinniśmy zaopatrzyć się również w szczypce do szparagów oraz odpowiednią ilość bielizny stołowej.

Delikatności i zasad dyplomacji wymaga rozsadzenie gości przy stole. „Które miejsce jest honorowe, kto siada po prawicy gospodarza, a kto po ma usiąść naprzeciw, jeśli liczba gości jest wielokrotnością czterech, gdzie posadzić dusze towarzystwa, a gdzie milczków?".

Gdy już wszyscy usiedli i podano pieczyste, gospodarz będzie mógł popisać się znajomością tranżerowania, która – jak pisze Adam Granville – obok tańczenia walca w lewo, jazdy konnej i znajomości języków obcych należy do elementarnego wykształcenia dżentelmena. Żeby rozwiać wątpliwości, upewnijmy się, że tranżerowanie to po prostu krojenie i podział mięsa. Czynność tę wykonamy na specjalnym sprzęcie, czyli wózku do potraw zwanym gerydonem.

Żarty na bok

W powszechnym odczuciu tradycyjnym matecznikiem dobrego wychowania oraz czołowym eksporterem artykułu pt. „Dżentelmen" jest Anglia. Kluby, garnitury z Saville Road, uprzejmy język, wyrażanie poglądów w sposób nieurażający przeciwnika, nieokazywanie uczuć. Plus te wszystkie angielskie herbatki, boarding schools kształcące dżentelmenów, nie mówiąc o arystokratycznych siedzibach, których na wyspie mają setki. Te wszystko stereotypy, za którymi przepadamy, a w których jest równie dużo prawdy jak bujdy.

O tym zaczyna się myśleć inaczej, kiedy człowiek przejdzie się po ulicach Londynu w weekendowy wieczór i zobaczy hordy pijanej, wrzeszczącej młodzieży, tłukącej butelki po alkoholu. Kiedy posłucha obrad brytyjskiego parlamentu z posłami obrzucającymi się obelgami. Kiedy przeczyta książkę „Patrick Melrose", Edwarda St. Aubyna, której akcja toczy się współcześnie w sferach angielskiej arystokracji. To już nie Downton Abbey z czarującymi księżniczkami i poczciwymi ciotkami. To narkomani, alkoholicy i sfora chamów z ojcem potworem gwałcącym własne dziecko na czele.

Czy naprawdę jesteśmy w ojczyźnie good manners, herbatek o piątej i granatowych mundurków? Jakie szczęście, że Adam Granville mieszka w Austrii.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA