fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Długi cień „nocnej zmiany”

Jan Olszewski w Sejmie w dniu powołania jego rządu, 23 grudnia 1991 r. Pięć miesięcy później Janusz Korwin-Mikke (na dole z lewej) zgłosi uchwałę lustracyjną, w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 r. gabinet zostanie odwołany, a premier stanie się legendą.
Reporter, Andrzej Iwańczuk
25 lat po obaleniu rządu Jana Olszewskiego i kryzysie lustracyjnym trudno mieć wątpliwości: to właśnie te wydarzenia ukształtowały, a zarazem zabetonowały podział polityczny w Polsce. Mimo zupełnej atomizacji ówczesnej sceny politycznej powstała oś konfliktu, która zaowocowała wyłonieniem się dwóch zwalczających się po dziś dzień środowisk.

Na pierwszy rzut oka Sejm wyłoniony w wyborach z października 1991 r. różnił się diametralnie od tego, który znamy dziś. Poselskie mandaty zostały podzielone między dziesięć jako tako liczących się frakcji oraz 14 zupełnie kanapowych podmiotów, z czego siedem wprowadziło po jednym pośle (w związku z czym chyba powinniśmy mówić o „stronnictwach fotelowych"). W Sejmie znalazły się tak egzotyczne ugrupowania jak Związek Podhalan czy Partia X Stana Tymińskiego – biorąca swoją wpadającą w ucho nazwę od lidera Czarnych Panter Malcolma X – co z dzisiejszej perspektywy trudno jakkolwiek skomentować. Winny temu stanowi rzeczy był postsolidarnościowy rozwód skłóconych ze sobą liderów coraz to mniejszych frakcji, a także kulawa, skrajnie proporcjonalna ordynacja wyborcza.

Finalnie w październiku 1991 r., podczas pierwszych wyborów, w których Polacy mogli samodzielnie obsadzić wszystkie mandaty Sejmu i Senatu, frekwencja wyniosła zaledwie 43,2 proc. Wymownie pokazało to stosunek pozostałych 57,8 proc. wyborców do reform pogrobowca Miltona Friedmana, niestrudzonego Leszka Balcerowicza.

Mamy zatem rok 1991 – Anthony Hopkins wciela się w rolę Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec", Michael Jordan zdobywa swój pierwszy tytuł mistrzowski z Chicago Bulls, a polski parlament stoi przed karkołomnym zadaniem stworzenia nowego rządu.

Koalicja Kaczyńskiego

Drugie spojrzenie pozwala wśród wydarzeń owego roku dostrzec sylwetki starych znajomych. Twarze, do których Polacy przywykli tak bardzo, że zaczęli stosować wobec nich słynną zasadę inżyniera Mamonia z „Rejsu" Marka Piwowskiego - najbardziej lubiącego piosenki, które już raz słyszał.

Światło pada na prezydenta Lecha Wałęsę, choć to z naszej strony uszczypliwość, gdyż legendarny przewodniczący Solidarności był jedną z centralnych postaci polskiej polityki przynajmniej od 1980 r. Prezydent, strapiony faktem, że żadna frakcja nie zdobyła jednoznacznej przewagi (dwa głosy przewagi Unii Demokratycznej nad SLD to de facto remis), a zarazem trwający w marzeniu o byciu politycznym demiurgiem, wpadł na jeden z wielu swoich „genialnych" pomysłów (kolejnymi będą idee NATO- i EWG-bis): na czele rządu stanie on sam, działając według zasady „korony raz zdobytej nie oddam już nigdy". Tym samym serię wizyt w Belwederze złożyli Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki, Wiesław Chrzanowski, Donald Tusk i Jarosław Kaczyński namawiani do poparcia kandydatury superkanclerza z Gdańska (sic!). Bezskutecznie.

Niepocieszony Wałęsa spróbował jeszcze wysunąć kandydatury „sterowalnego liberała" Jana Krzysztofa Bieleckiego, a następnie swego dawnego doradcy i byłego szefa Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego Bronisława Geremka. Liczył zapewne na ponowne związanie ze sobą czołowych polityków UD, przypominając sobie nagle o ich lojalności z czasów obrad Okrągłego Stołu. To, że później toczył z nimi „wojnę na górze" – tradycyjnie wyrzucił z pamięci. Zwycięska w wyborach Unia, bezsensownie podzielona z Kongresem Liberalno-Demokratycznym, nie potrafiła zbudować koalicji rządowej. SLD osiadło na bezpiecznej mieliźnie życia opozycyjnego i czujnie śledziło przepychankę w trójkącie prawica–centrum–Belweder. I wtedy, gdy pat zaczął robić się niepokojący, objawił się zmysł polityczny człowieka, którego nie trzeba dzisiaj państwu w ogóle przedstawiać. Jarosław Kaczyński skorzystał z rachitycznej postawy swoich dawnych znajomych z Unii Demokratycznej i naprędce zbudował koalicję wokół pięciu ugrupowań prawicowych. Tym samym powrócił do forsowanego niegdyś pomysłu uczynienia premierem Jana Olszewskiego.

Prezydent Wałęsa jasno zakomunikował, że spróbuje podporządkować sobie Olszewskiego wzorem wszystkich prezesów Rady Ministrów i wysłał mu listę z propozycjami „swoich" ministrów, rozpoczynającą się od wicepremiera Balcerowicza. Tymczasem nowy kandydat na premiera nie dał się zwasalizować. Jan Olszewski – pochodzący z rodziny o PPS-owskim rodowodzie adwokat, a prywatnie posiadacz najbardziej krzaczastych brwi w Polsce (obok Czesława Miłosza), po licznych perturbacjach wystąpił ze swoim exposé 21 grudnia 1991 r. Najważniejszym politykiem półrocznego jego gabinetu okazał się być współtwórca KOR, wtedy działacz ZChN Antoni Macierewicz, dający upust swojej największej życiowej pasji – paleniu fajki.

Tyle dramatis personae. Jest już rok 1992, a na Wiejskiej słychać pohukiwania: lustracja, lustracja.

Zwarcie ze wszystkimi

Widzieli państwo niemiecki film „Życie na podsłuchu"? Jeśli tak, to pewnie już wiecie, dlaczego nawiązujemy do niego w tekście o kryzysie lustracyjnym z 1992 r. A jeśli nie, to koniecznie go obejrzyjcie – to po pierwsze kawał świetnego kina, a po drugie film w ostatnich scenach pokazuje pracę urzędu, który w byłym NRD nosi nazwę Instytutu Gaucka i jest odpowiednikiem naszego IPN. Miał on jednak nad IPN znaczną przewagę, gdyż społeczeństwo niemieckie weszło w posiadanie akt Stasi, fizycznie przejmując jeden po drugim budynki bezpieki. Ponadto miejsce wyrzucanych komunistów i aparatczyków mogły zajmować nowe kadry przyjeżdżające zza zachodniej granicy.

W Polsce o podobnym przygotowaniu lustracji nie było mowy. W wywiadzie rzece zatytułowanym „Przerwana premiera" Jan Olszewski jasno deklarował, że zgłoszona 28 maja „uchwała lustracyjna" była samowolą Janusza Korwin-Mikkego. Tym samym starał się przedstawić siebie i swój gabinet jako będących w sytuacji bez wyjścia, w której po prostu musiał wykonać wolę zdecydowanej większości parlamentu.

Już „pierwszego dnia końca" gabinetu Olszewskiego atmosfera była rozgrzana do granic możliwości. Henryk Wujec i Władysław Frasyniuk zarzucili Antoniemu Macierewiczowi i Piotrowi Naimskiemu, że w latach 80. ugięli się pod naciskiem esbecji, a zatem nie mają etycznego mandatu do lustrowania kogokolwiek. Następnego dnia rozpoczęły się prace komisji wiceministra spraw wewnętrznych Andrzeja Zalewskiego mającej wyłonić listę „tajnych współpracowników" wśród posłów, senatorów, sędziów i wojewodów. W tle tej wojny nerwów zrodziły się podejrzenia sugerujące, że Macierewicz wykorzysta listę do gry politycznej, albo te do dziś typowe dla środowiska PiS - że istnieje siatka byłych esbeków odpowiedzialnych za afery FOZZ i Art-B (a także wiele innych).

Grzechem pierworodnym uchwały z 28 maja był brak jakiekolwiek procedury odwoławczej. W chwili ujawnienia zasobów MSW jedyną osobą rozstrzygającą był sam Macierewicz. To ogromna władza, która w naturalny sposób musiała rodzić obawy. Szef MSW co prawda próbował stworzyć ad hoc coś na wzór instancji odwoławczej, zwracając się 1 czerwca poprzez premiera Olszewskiego do I prezesa Sądu Najwyższego Adama Strzembosza z prośbą o powołanie ciała nadzorującego. Niestety, polityczny czas tak przyspieszył, że mimo zgody Strzembosza projektowana komisja nigdy nie podjęła działalności. Pytanie, czy jej potencjalne decyzje byłyby wiążące, czy jednak była to zasłona dymna – jest nie do rozstrzygnięcia. Trudno też powiedzieć, że rozesłane przez MSW „listy proskrypcyjne" były rzetelną próbą lustracji, jakiej dokonano choćby w Czechosłowacji czy wspomnianym NRD. Kurtuazyjne udostępnienie ich jedynie do wiadomości Zgromadzenia Narodowego (co de facto musiało się skończyć upublicznieniem) było pójściem na zwarcie ze wszystkimi opcjami politycznymi w kraju.

Wydarzenia 4 czerwca 1992 r. rozpoczęły długi i trwający do tej pory serial związany z oskarżaniem Lecha Wałęsy o współpracę z SB. Po odkryciach z szafy Kiszczaka można już dziś powiedzieć, że sprawa ta nie była wymyślona, a Kazimierz Świtoń (w wielu sprawach człowiek szalony) mówił w Sejmie prawdę. Niemniej słynna historia teczki „Bolka", dotyczącej współpracy Wałęsy z bezpieką w latach 1970–1976 (co w żaden sposób nie podważa jego osiągnięć od okresu Porozumień Sierpniowych po Okrągły Stół) mogłaby się już wtedy raz na zawsze zakończyć. Niestety, były przewodniczący Solidarności zdecydował się w tej sprawie kluczyć, odrzucając idealny moment, by wyznać prawdę.

Przypomnijmy: jeszcze 4 czerwca prezydent skierował list do premiera Olszewskiego, a w południe w oświadczeniu dla PAP wprost przyznał się do kontaktów z SB. „Aresztowano mnie wiele razy" – pisał. „Za pierwszym razem, w grudniu 1970 roku, podpisałem 3 lub 4 dokumenty. Podpisałbym prawdopodobnie wtedy wszystko, oprócz zgody na zdradę Boga i Ojczyzny, by wyjść i móc walczyć. Nigdy mnie nie złamano i nigdy nie zdradziłem ideałów ani kolegów". W tekście odnajdujemy tradycyjne „za, a nawet przeciw" i typowe wałęsowskie deklaracje, że „nigdy mnie nie złamano", niemniej jest także zalążek tak potrzebnego, a po dziś dzień niewypowiedzianego, przyznania się do agenturalnego epizodu.

Po chwilowej konsternacji Wałęsa otrząsnął się i doszedł do wniosku (po uprzednich rozmowach telefonicznych m.in. z Geremkiem, Kuroniem i Moczulskim), że najlepiej pozbyć się problemu, doprowadzając wrogi mu gabinet do upadku. Prędko się okazało, że w Sejmie na takie rozwiązanie można się pokusić. Dlatego też pierwotna depesza została wycofana z serwisu i zastąpiła ją deklaracja zwiastująca, że prezydent przechodzi do kontrataku: „Teczki ze zbiorów MSW uruchomiono wybiórczo. (...) Znajdujące się w nich materiały zostały w dużej części sfabrykowane. (...) Zastosowana procedura jest działaniem pozaprawnym. Umożliwia polityczny szantaż. Całkowicie destabilizuje struktury państwa i partii politycznych".

Z perspektywy lat można tylko żałować, że u Wałęsy górę wziął „syndrom Nixona" z czasów afery Watergate. Gdyby wtedy odważnie i w świetle jupiterów przyznał się do grzechu z lat 70., mógłby jedynie zaskarbić sobie uznanie. Sytuacja ta nadałaby Wałęsie szekspirowskiego kolorytu, pokazując go jako człowieka może nie z żelaza, lecz z gliny. Zyskalibyśmy piękny i prawdziwy obraz prostego robotnika z ludzkimi słabościami, potrafiącego się jednak do nich przyznać i ograć system, który chciał go zgnoić. Niestety, stało się inaczej. Dość powiedzieć, że 20 lat po tych wydarzeniach Andrzej Wajda nakręci film, którego jedynym celem będzie uzasadnienie podpisania przez legendę Solidarności „jakichś tam papierów".

Wyrok wydany wcześniej

Wałęsa przejął inicjatywę. Skierował do Sejmu pismo, w którym domagał się odwołania rządu. Następnie wieczorem, jak przystało na „twardego gracza", przybył do parlamentu, by osobiście dopilnować wykonania egzekucji na „tych, którzy chcieli zaszantażować prezydenta". Ten emocjonalny blitzkrieg (dobrze oddają go późniejsze słowa Wałęsy: „O, kolesie, tu się miarka przebrała! (...) jeszcze parę asów mam w rękawie") okazał się nieoczekiwanie zbawienny również dla ekipy Olszewskiego. Nocne okoliczności upadku gabinetu stały się bowiem doskonałym argumentem do uczynienia zeń trwałej legendy o ciemnych siłach bezpieczniackiego układu, które na drodze spisku zagrodziły drogę „prawym i sprawiedliwym".

Nie chcemy przez to powiedzieć, że byli współpracownicy SB nie cieszyli się z upadku Olszewskiego (casus Michała Boniego) – to osobna sprawa. Po latach tezy o zmowie niezwykle mocno scementowały obóz późniejszych zwolenników IV RP. Przyczyniła się do tego zarówno książka „Lewy czerwcowy", jak również doskonale zrealizowany dokument „Nocna zmiana". Trzeba przyznać, że podczas owej nocy (co świetnie ukazuje film) genialnym wyczuciem oratorskim i dramaturgicznym popisał się Jan Olszewski. Jego wystąpienie, podczas którego ze znaczącą pauzą mówił do posłów, że chciałby po wyjściu z Sejmu jedynie „móc normalnie popatrzeć ludziom w oczy" przeszło do historii polskiego parlamentaryzmu.

Rzeczywiste powody obalenia rządu aktorzy tamtych wydarzeń podają rozmaite, zgodnie natomiast twierdzą, że nie była nią lustracja. I tak premier Olszewski twierdził, że chodziło o prywatyzację. W wywiadzie dla „Gazety Polskiej" mówił: „Jedna z naszych ustaw (...) powoływała instytucję – akcjonariat narodowy, która miała się zajmować procesem prywatyzacji. Jednak trudno sobie wyobrazić, by ci, którzy chcieli zarabiać na uwłaszczeniu, dopuścili do takich zmian. Uderzenie w ich interesy było do przewidzenia. Wyrok na mój rząd został wydany". Z kolei Piotr Naimski stwierdził, iż gabinet „padł z powodu układu z Rosją o bazach po Armii Radzieckiej". Inni politycy dowodzili, że krzyżyk na Olszewskim postawił Wałęsa przez spór z szefem MON Janem Parysem, a sprawa „Bolka" jedynie go rozjuszyła.

Niezależnie od tego, który z tych motywów był rozstrzygający, pewne jest, że od początku istnienia mniejszościowego rządu Olszewskiego jego los wisiał na włosku. Ostatecznie gabinet upadł, gdyż premier okazał się słabym negocjatorem, niezdolnym do poszerzenia wspierającej go koalicji. Przyznaje to szczerze sam Jarosław Kaczyński, który na próżno starał się przekonać do wsparcia „rządu przełomu" Unię Demokratyczną, PSL, a potem KPN. Los gabinetu został przesądzony przed przyjęciem przez Sejm uchwały lustracyjnej – co dobitnie zaznacza prof. Antoni Dudek. „Wstępna decyzja o podjęciu próby obalenia rządu Olszewskiego" – dowodzi historyk – „zapadła jeszcze 9 maja podczas posiedzenia prezydium UD". Waldemar Kuczyński, wspomina, że to „wtedy rozważano pomysł sojuszu z PSL i w tym kontekście kandydaturę Pawlaka na premiera".

Minęło właśnie 25 lat od tamtych wydarzeń. Wiele się zmieniło. Polska okrzepła, formacje polityczne się ustabilizowały, a kanapowe partie w parlamencie pojawiają się tylko w barwnych anegdotach o początkach III RP. Część bohaterów „nocnej zmiany" już nie żyje. Część z racji wieku jest na emeryturze. Mimo to wciąż mamy nieodparte wrażenie, że oś sporu, tak ostro zarysowana na przełomie maja i czerwca 1992 r., pozostaje z niewielkimi fluktuacjami jakby niezmienna. To dziwi tym bardziej, że także sprawa lustracji (nie tylko z racji powstania IPN, ale i upływających lat) w zasadzie się zdezaktualizowała. Wojny o przeszłość zbrzydły polskiej opinii publicznej.

Donald Tusk i Jarosław Kaczyński towarzyszą nam przez ostatnie ćwierć wieku, a to i tak na pewno nie ostatni sezon serialu z ich udziałem. I choć w trakcie ich zmagań o władzę Polska się zmieniła, to duchy przeszłości wciąż rzucają długie cienie na polskie społeczeństwo. Nic to, że część z nich przybrała nowe formy, część zmalała i wyblakła. Wiele pytań wciąż czeka na odpowiedzi. Czy ostatnie zdanie w sprawie lustracji zostało powiedziane? Czy jesteśmy wolni od peerelowskiego dziedzictwa? Trudno powiedzieć, wszak najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy.

Mikołaj Mirowski jest historykiem i publicystą, pracuje w Domu Literatury w Łodzi, w Muzeum Powstania Warszawskiego prowadzi cykl „Warszawa dwóch powstań".

Jan Rojewski jest poetą, laureatem nagrody poetyckiej im. Rafała Wojaczka, w przyszłym roku ukaże się jego debiutancki tom.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA