fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Święto bez strachu o kasę

Sandro Kulenović – to na niego stawia ostatnio w ataku trener Legii, ale goli w zamian dostaje mało
EAST NEWS
Od trzech lat nie było w Warszawie równie oczekiwanego meczu. Legia gra z Rangers FC w ostatniej rundzie eliminacji Ligi Europy i nie jest faworytem.

Ostatnie mecze z tak uznaną europejską firmą jak Rangers Legia grała w Lidze Mistrzów, gdy za rywali miała Borussię Dortmund, Sporting Lizbona i przede wszystkim Real Madryt.

W ostatnich latach kibice z Łazienkowskiej przeżywali raczej frustrację i gniew, związane z porażkami w eliminacjach pucharów. Lepsze od mającej mocarstwowe ambicje Legii, okazywały się drużyny takie jak Spartak Trnava ze Słowacji, Dudelange z Luksemburga, czy jeszcze wcześniej kazachska Astana i mołdawski Sheriff Tyraspol.

Pełne trybuny

Mecz z Rangersami z Glasgow – choć na tym samym etapie boju o Europę, co pojedynki z Sheriffem dwa lata temu, czyli w czwartej rundzie eliminacji LE – to jednak inne emocje. Wtedy z jednej strony było przekonanie Legii, że miejsce w fazie grupowej Ligi Europy jej się należy, z drugiej jednak strach przed kompromitacją, bo drużyna nie rozpieszczała swą grą. Jak się okazało, strach był uzasadniony.

Dziś panuje nastrój wyczekiwania i święta, porażka nie będzie kompromitacją, chociaż oczywiście wpłynęłaby na na budżet klubu. Co ciekawe, prezes Legii Dariusz Mioduski podczas środowej konferencji prasowej lekceważył finansowe znaczenie starcia z Rangersami.

Zainteresowanie meczem jest olbrzymie, trybuny będą pełne, pomimo że Legia była ostatnio krytykowana za styl i za wyniki.

Problem w ataku

W dotychczasowych meczach w eliminacjach LE zawodnicy Aleksandara Vukovicia nie stracili jeszcze bramki. Nawet biorąc pod uwagę słabość rywali, to sześć meczów bez strat jest wynikiem więcej niż przyzwoitym. Jeśli dodamy do tego bezbramkowy remis ze Śląskiem Wrocław i wygraną 1:0 z Zagłębiem Lubin w ostatniej kolejce ekstraklasy, okaże się, że Legia traciła w tym sezonie gole tylko w dwóch meczach.

Jednak w ofensywie jest dużo gorzej. Vuković od kilku tygodni prowadzi trudną do rozszyfrowania politykę personalną. Z ławki rezerwowych nie podnosi się hiszpański napastnik Carlitos, który w poprzednim sezonie był najlepszym strzelcem zespołu – we wszystkich rozgrywkach zdobył 19 goli, zaliczył siedem asyst.

29-letni napastnik niemal jednoosobowo odpowiada za socjologiczny fenomen, jakim stała się moda na Hiszpanów w ekstraklasie. To po jego fantastycznym sezonie w Wiśle Kraków (który zaowocował transferem do Legii) niemal każdy klub naszej ligi postawił sobie za punkt honoru, by znaleźć własnego Carlitosa – wyłowioną w niższych hiszpańskich ligach perełkę, piłkarza, który nie był w stanie przebić się w ojczyźnie, ale umiejętności ma wystarczające, by zostać gwiazdą w Polsce.

W tym sezonie tylko w trzech klubach ekstraklasy nie ma Hiszpanów – w Lechu Poznań, Lechii Gdańsk i w Zagłębiu Lubin. Doszło do tego, że w Cracovii kontrakt dostał nawet brat Carlitosa – Ruben Lopez Huesca, występujący jako Rubio.

Gdy więc cała ekstraklasa odczuwa „efekt Carlitosa", Vuković niczym zbuntowany nastolatek postępuje wbrew modzie. Hiszpan po raz ostatni w podstawowej jedenastce zagrał 1 sierpnia w meczu z Finami z KuPS. Po godzinie gry musiał ustąpić miejsca na boisku defensywnemu pomocnikowi Domagojowi Antoliciowi. Później jeszcze dwukrotnie wchodził z ławki w meczach z Atromitosem Ateny, ale w lidze nie dostał szansy.

Vuković w sposób niespecjalnie zawoalowany narzeka na Carlitosa – podważa nie tyle jego umiejętności, ile charakter i zaangażowanie. Zamiast Hiszpana w podstawowej jedenastce gra więc ostatnio 20-letni Sandro Kulenović. Problem z Chorwatem jest taki, że to jeszcze nieoszlifowany zawodnik. Powinien pracować nad techniką, przyjęciem piłki, uderzeniem, wyjściem na pozycję, bo wciąż popełnia szkolne błędy.

Bukmacherzy stawiają na Rangers

Vuković ma swoje powody, oraz pełną dowolność doboru wykonawców – w końcu to on będzie rozliczany z wyników. Uparcie stawia jednak na wysokiego Chorwata, mimo iż w odwodzie ma jeszcze Jarosława Niezgodę oraz Jose Kante (odpowiednio 160 i 36 minut w tym sezonie).

Doszło do tego, że w meczu z Zagłębiem Lubin, gdy Kulenović opuszczał boisko, został wygwizdany przez własnych kibiców. W dużej mierze były to gwizdy w kierunku trenera, który w dodatku w miejsce jedynego napastnika wprowadzał stopera. Widać jednak było, że 20-latek mocno tę reakcję trybun przeżył.

Według bukmacherów Szkoci są faworytem nie tylko dwumeczu, ale i dzisiejszego spotkania. Największą gwiazdą gości pozostaje trener Steven Gerrard, większość kibiców doskonale kojarzy Jermaine'a Defoe, który do niedawna grywał w reprezentacji Anglii. Wątpliwe, by wyszedł on jednak w podstawowym składzie. Ale brak innych wielkich nazwisk nie oznacza wcale, że wracający do elity Rangersi będą łatwym rywalem.

Najwięcej nadziei szkoccy kibice wiążą z 23-letnim Kolumbijczykiem Alfredo Morelosem, który w ośmiu spotkaniach w tym sezonie zdobył już dziewięć goli. Dobre wrażenie robi też wypożyczony z Liverpoolu (te znajomości Gerrarda) 22-letni skrzydłowy Sheyi Ojo.

Pilnować porządku

Gdy Legia ostatni raz grała z wielkim klubem z Glasgow – Celtikiem – rozbiła go niespodziewanie u siebie 4:1, a wynik mógł być jeszcze wyższy, bo dwa rzuty karne zmarnował Ivica Vrdoljak. W rewanżu było 2:0 dla Legii po golach Michałów Żyry i Kucharczyka. Trzy minuty przed końcem na boisku pojawił się jednak nieuprawniony do gry Bartosz Bereszyński, a finał tamtej decyzji pamiętają wszyscy – walkower dla Celticu i awans Szkotów do Ligi Mistrzów. Wystarczyło trochę lepiej pilnować porządku w papierach albo lepiej wykonywać rzuty karne w Warszawie.

Oby teraz przy okazji kolejnego meczu z drużyną z Glasgow emocje były wyłącznie sportowe.

Legia Warszawa – Rangers FC, transmisja w TVP 2 od 20.00 i studio w TVP Sport od 19:00.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA