fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Jacek Tomkiewicz: Odporność gospodarek UE na kryzys

Fotorzepa, Robert Gardziński
Od wprowadzenia radykalnych ograniczeń w działalności biznesowej minęło już dwa miesiące, a wciąż nie znamy faktycznej skali strat dla poszczególnych gospodarek Europy.

Jest trochę informacji o spadku produkcji przemysłowej i wzroście bezrobocia, ale wciąż czekamy na dane o tym, co się dzieje w sektorze usług, a to przecież ponad 70 proc. PKB. Niedawno Komisja Europejska opublikowała prognozy sytuacji gospodarczej w krajach UE w tym i w przyszłym roku. Patrząc na te dane i strukturę poszczególnych gospodarek europejskich, można zauważyć pewne prawidłowości, które powinny dać do myślenia przedsiębiorcom i rządowi wdrażającemu kolejne tzw. tarcze antykryzysowe.

Europa ucierpi bardziej niż USA

Po pierwsze nie ma wątpliwości, że jest to najpoważniejszy kryzys gospodarczy w historii najnowszej. Żadna z gospodarek UE nie uniknie recesji, a gospodarka całej Unii ma się skurczyć w tym roku o 7,4 proc. Warto zauważyć, że spodziewana zapaść gospodarki europejskiej jest głębsza niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie przecież kryzys zdrowotny jest równie dramatyczny, ale recesja ma tam sięgnąć 6,5 proc.

W dużej mierze wynika to z gospodarczych relacji ze światem. UE notuje, głównie za sprawą Niemców, nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących rzędu 3 proc. PKB, podczas gdy w USA utrzymuje się deficyt 3 proc. PKB.

Gospodarka Unii jest więc w większym stopniu zależna od popytu zagranicznego, w tym z USA, więc w sytuacji globalnych problemów z funkcjonowaniem gospodarczych połączeń międzynarodowych kraje UE ucierpią bardziej niż Stany Zjednoczone, które opierają się głównie na rynku wewnętrznym.

Problemy Południa

Po drugie wiele wskazuje na to, że najgorzej poradzą sobie gospodarki Europy Południowej, które mogą mówić o prawdziwym pechu, bo jeszcze na dobre nie wyszły na prostą po kryzysie zadłużenia, który dotknął strefę euro dziesięć lat temu. To w Grecji i Hiszpanii gospodarki w dużej mierze opierają się na usługach, które siłą rzeczy praktycznie zamarły. Inaczej jest w Niemczech, Czechach i na Węgrzech, które w większym stopniu oparte są na przemyśle, mającym problemy związane chociażby z zerwaniem międzynarodowych łańcuchów dostaw, ale mogącym jednak funkcjonować.

Warto też pamiętać, że w przypadku produkcji przemysłowej można „nadrobić" czas zastoju albo produkować i magazynować niesprzedane produkty z nadzieją na ich sprzedaż po ustąpieniu pandemii. W przypadku usług jest to niemożliwe. Niezamówione posiłki czy brak gości w hotelach to bezpowrotnie utracony dochód, a usług fryzjerskich czy dentystycznych nie da się produkować i składować.

Ekspansja fiskalna

Po trzecie widać, że praktycznie wszystkie kraje starają się łagodzić skutki recesji ekspansją fiskalną, ale znowu na Południu sytuacja wygląda inaczej niż na Północy. Największy wzrost deficytu notują Włochy, ale jednocześnie tam spodziewana jest głęboka recesja. Pogłębiająca się nierównowaga budżetowa w połączeniu z dużym spadkiem PKB to raczej wynik niekorzystnych okoliczności, jak kurczenie się bazy podatkowej i spadek odniesienia, czyli nominalnego PKB, niż oznaka działań antykryzysowych ze strony rządu.

Polska i Niemcy zamierzają zwiększyć deficyt w większym stopniu niż np. Grecja czy Hiszpania, ale u nas i naszych zachodnich sąsiadów skala spadku PKB nie będzie tak głęboka. Rosnące zadłużenie bardziej wynika więc z hojności programów ratunkowych niż z kurczenia się wpływów podatkowych.

Odpowiedzią na kryzys Włochów czy Hiszpanów powinna być więc jeszcze większa ekspansja fiskalna, ale poziomy długu publicznego im na to nie pozwalają.

Polska droga

Patrząc na Polskę, widać, że obraz jest niejednoznaczny, ale w sumie struktura naszej gospodarki sprawia, że to u nas recesja ma być najpłytsza w UE. Z jednej strony mamy duży udział usług podatnych na kryzys epidemiczny (to tutaj działa większość małych i średnich firm, w których pracuje 60 proc. zatrudnionych), ale mamy też znaczny udział przemysłu w PKB.

Jeszcze więcej przemysłu mają Węgrzy i Czesi, ale tam gospodarki w dużo większym stopniu zależą od popytu zewnętrznego, co widać w udziale eksportu w PKB. Stosunkowo niski dług publiczny pozwala nam na hojną politykę wsparcia przedsiębiorców, która mocno zwiększy nierównowagę finansów publicznych, ale złagodzi recesję spowodowaną epidemią.

Nawiasem mówiąc, widać, że zabiegi pozwalające ukryć zadłużenie publiczne poprzez np. wykorzystywanie Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR) do wsparcia firm nie odnoszą się do unijnych statystyk.

PFR nie jest częścią sektora finansów publicznych w rozumieniu polskiej ustawy o finansach publicznych, więc jego zadłużenie nie powiększa państwowego długu publicznego, ale ten dług „widać" w danych Eurostatu według tzw. ESA 2010.

Oczekiwane odbicie

Komisja Europejska prognozuje, że w przyszłym roku gospodarka Unii nie tylko wyjdzie z kryzysu, ale dynamicznie będzie nadrabiać straty. Produkt brutto całej UE ma urosnąć aż o 6,1 proc., a najszybciej mają rosnąć Ci, którzy zanotują największe spadki w tym roku. Rekordzistą ma być Grecja, której PKB w 2021 r. ma się zwiększyć aż o 7,9 proc. Hiszpania i Włochy też mają sobie dobrze radzić – ze wzrostem odpowiednio 7 proc. i 6,5 proc.

Pozostaje mieć nadzieję, że prognozy Komisji Europejskiej się sprawdzą i faktycznie odbicie gospodarcze w przyszłym roku będzie dynamiczne, szczególnie na południu Europy, gdzie sytuacja w bieżącym roku jest najgorsza. Można jednak mieć poważne obawy, czy tak się stanie.

Trudno oczekiwać, że międzynarodowi turyści masowo wrócą do Wenecji czy Barcelony, a wysoki dług publiczny będzie coraz bardziej ciążył na budżetach Włoch czy Grecji. Trzeba więc pilnie szukać rozwiązań na poziomie UE, które pozwolą na wsparcie unijnych gospodarek bez zwiększania zadłużenia poszczególnych krajów.

Wiele wskazuje na to, że Polska ma szansę na stosunkowo płytką i krótką recesję. Dziesięć lat temu udało nam się uniknąć kryzysu dzięki osłabieniu złotego i zwiększeniu zadłużenia publicznego. Teraz sytuacja wydaje się być podobna: złoty osłabł i szykuje się nam rekordowy przyrost długu publicznego – więc miejmy nadzieję, że wyjdziemy z kryzysu obronną ręką.

Jacek Tomkiewicz jest profesorem ekonomii, wykładowcą w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA