fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Apel ekonomistów ważny, ale niewystarczający

Fotolia
Nawet jeśli uda się obronić regułę wydatkową, to dużo większe zagrożenie dla finansów publicznych stanowi rozmontowywanie całkiem dobrze funkcjonującego polskiego modelu kapitalizmu.

W tytule wywiadu, w którym premier Mateusz Morawiecki próbował uzasadnić sens „piątki Kaczyńskiego („Rzeczpospolita", 6 marca 2019 r.), znalazło się wielce obiecujące określenie „chcemy dać Polakom święty spokój i dostatnie życie". Być może część Polaków uwierzy, że dostatnie życie zależy od tego, co partia i rząd chcą dać, a nie od sprawnego systemu gospodarczego. Pewne jest natomiast to, że najnowsze obietnice przedwyborcze nie dają i nie powinny dawać „spokoju na co dzień" ekonomistom.

Polityka, a także strategia gospodarcza rządu od dawna budziły poważny niepokój części ekonomistów, ale większość środowiska wydawała się milcząco akceptować przyjęty przez władze kierunek zmian. Apel, jaki skierowany został ostatnio przez kilkunastu znanych ekonomistów do „wszystkich sił politycznych w Polsce, do rządzących i opozycji", aby „priorytetowym celem rządu było utrzymanie stabilności finansów publicznych przy wspieraniu inkluzywnego wzrostu gospodarczego", rodzi nadzieję, że tym razem oddźwięk w środowisku będzie silniejszy i bardziej trwały.

Nowe wątki

Apel jest wydarzeniem bardzo ważnym i potrzebnym, ale siłą rzeczy niewystarczającym do pełniejszego zrozumienia dylematów i zagrożeń, przed jakimi stoi polska gospodarka. Wspierając mocno apel, chciałbym dlatego rozszerzyć go o dwa wątki:

a) potrzebę powiązania obrony stabilności finansów publicznych z obroną dorobku polskiej transformacji i

b) charakterystyczne dla rządu oderwanie propozycji (obietnic) budżetowych od rozsądnych podstaw teoretycznych ekonomii.

Chciałoby się wierzyć, że ekonomiści wykażą się podobną determinacją i stopniem zorganizowania w obronie gospodarki rynkowej (i ukształtowanego przed 2015 r. modelu kapitalizmu) jak środowisko prawników w obronie praworządności. Z punktu widzenia przyszłości kraju symboliczne założenie koszulki z napisem „gospodarka rynkowa" powinno być w zasadzie tak samo ważne jak z napisem „konstytucja". Jest tu zresztą istotne iunctim w postaci konstytucyjnego zapisu o społecznej gospodarce rynkowej. Zapis ten to zresztą ciągle wyzwanie i nieodrobiona lekcja: jak wyjaśnić jego właściwy sens, aby nie stawał się ogólną inspiracją czy uzasadnieniem dla populistycznych postaw i programów gospodarczych w rodzaju „piątki Kaczyńskiego".

Różnica w stopniu zaangażowania i jedności obydwu środowisk wynika w dużej mierze stąd, że proces rozmontowywania systemu gospodarczego i odwracania dorobku transformacji jest stopniowy, podczas gdy w przypadku systemu prawnego radykalne działania zostały znacznie bardziej skoncentrowane w czasie. Na trochę niższym poziomie ogólności można więc powiedzieć, że chodziłoby o zjednoczenie się ekonomistów wokół obrony ukształtowanego do 2015 r. polskiego modelu kapitalizmu oraz członkostwa Polski w UE.

Te dwa elementy czy cele są ze sobą powiązane przede wszystkim w tym sensie, że nasz model kapitalizmu jest jednym z wariantów kapitalizmu unijnego i to ciągle jednym z najlepiej się spisujących. Wariant ten cechowała dbałość o stabilność makroekonomiczną i makrofinansową, stworzenie niezłego klimatu dla konkurencji i przedsiębiorczości, otwarcie na zagranicę oraz niedopuszczenie do nadmiernego wzrostu różnic dochodowych.

Co najważniejsze, w tym wariancie kapitalizmu udawało się utrzymać względną autonomię gospodarki od polityki: gospodarka nie była narzędziem do utrzymywania za wszelką cenę władzy politycznej. Na marginesie warto zaznaczyć, że ciągle nie doceniamy, jak wiele dla dynamiki i stabilności gospodarki Polski oznaczało przyjęcie dorobku prawnego UE (acquis).

Dużą zaletą apelu jest mocne osadzenie argumentów w danych empirycznych. Przekonująco pokazano w nim, że pogłębianie przez rząd nierównowagi w finansach publicznych przełoży się negatywnie na długookresowe perspektywy wzrostu. Równie ważna jest jednak odwrotna zależność. Im szybciej będzie przebiegać erozja dorobku transformacji, tym większe będą napięcia w finansach publicznych ze względu na osłabienie mechanizmów podażowej strony gospodarki i w rezultacie niższe tempo wzrostu jej potencjału. Będzie to skłaniać rząd do jeszcze silniejszego stymulowania gospodarki wydatkami socjalnymi w celu podtrzymania swojej popularności wśród części wyborców.

Brak nadrzędnej narracji

Słabszą stroną apelu jest jego osadzenie w teorii i wynikające stąd wyeksponowanie problemu nierównowagi budżetowej niejako w oderwaniu od oceny stanu równowagi makroekonomicznej i makrofinansowej. W apelu brakuje pewnej nadrzędnej, spójnej narracji, która pozwoliłaby umiejscowić ryzyko i skutki odejścia od reguły wydatkowej w kontekście szerszych zagrożeń dla polskiej gospodarki.

Sytuacja gospodarcza ani w Polsce, ani na świecie nie jest na tyle klarowna, aby bez przyjęcia takiej narracji można sensownie dyskutować. Trudno jest na przykład na podstawie głównych wielkości makroekonomicznych w miarę jednoznacznie scharakteryzować sytuację koniunkturalną Polski, a używane często pojęcia „faza cyklu" czy „cykliczność" przestały być adekwatne ze względu na nieregularność współczesnych procesów gospodarczych. Gdy twierdzi się, że mamy przegrzanie koniunktury, to jest to bardzo przekonujące, jeśli posłużymy się danymi z rynku pracy, ale zdecydowanie mniej patrząc na dane dotyczące inflacji (również na rynku aktywów) oraz bilansu na rachunku bieżącym i kursu walutowego.

Oczywiście trzeba próbować uwzględnić problem opóźnień, kumulatywność i inercję pewnych procesów, ale diagnoza jest trudna. Wynika to w dużej mierze z oddziaływania głębszych procesów w gospodarce światowej (globalizacji, zmian technologicznych i demograficznych), które utrudniają określenie, jak trwała okaże się „nowa normalność", szczególnie w postaci wyraźnie niższych stóp procentowych równowagi. Co istotne, gdyby te niskie stopy miały się utrzymać, to mniejsze byłoby ryzyko kumulacji długu publicznego.

W takiej sytuacji korzystne dla przyszłych pokoleń mogłyby też być finansowane długiem publiczne inwestycje (np. infrastrukturalne), oczywiście jeśli decyzje rządu nie zaburzałyby w istotny sposób rynkowego mechanizmu alokacji. Co jednak, jeśli światowe stopy wrócą na poprzedni wyraźnie wyższy poziom lub gdy z Polski zacznie nagle uciekać kapitał wystraszony niespójną polityką rządu i NBP będzie musiał zareagować silnym wzrostem stóp krajowych?

Dobrze byłoby wiedzieć, jak premier rządu ocenia stan gospodarki. Część znanych polskich ekonomistów podkreśla w wypowiedziach, że zarówno on, jak i wielu innych polityków obozu władzy traktuje gospodarkę w cyniczny sposób. U podstaw takiej opinii leży jednak optymistyczne założenie, że politycy ci rozumieją zagrożenia wynikające z podejmowanych przez siebie decyzji i w pewnym momencie potrafią się zatrzymać i nie dopuszczą do prawdziwej katastrofy gospodarczej.

Argumenty premiera pod lupą

Moim zdaniem sytuacja jest dużo poważniejsza, ponieważ cynizm nie wyklucza ignorancji i w efekcie może powstać prawdziwie wybuchowa mieszanka. Przyjrzyjmy się bowiem, jaki obraz gospodarki rysuje nam premier w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" i jaką politykę nam proponuje. Kluczowe są tu następujące fragmenty: „Doszedłem do wniosku, że właśnie klasyczny impuls antycykliczny jest najlepszym działaniem" (...) „Zwiększamy wydatki, gdy wymaga tego sytuacja. To jest właściwe posunięcie makroekonomiczne" (...) „Państwo nie ma lepszego narzędzia niż stymulacja finansowa".

Chciałbym to skomentować w następujący sposób. Otóż wydaje się, że w tej i w innych swoich publicznych wypowiedziach premier próbuje podeprzeć się teorią Keynesa. Pomińmy już niefortunne użycie w tym kontekście słowa „klasyczny" czy utożsamianie polityki fiskalnej (budżetowej) z finansową. Najważniejszy błąd polega na tym, że w warunkach rekordowo niskiego bezrobocia „piątka" jest jednoznacznie uznaniowym działaniem procyklicznym, a nie antycyklicznym.

Keynes tworzył swą teorię w reakcji na Wielki Kryzys lat 30., a nie w reakcji na przewidywane stosunkowo niewielkie spowolnienie tempa wzrostu. W obecnej naszej sytuacji gospodarczej powinny zadziałać automatyczne stabilizatory koniunktury, a rząd powinien gromadzić rezerwy, by uruchomić je w bardzo przemyślany sposób w wypadku nowego kryzysu światowego.

Co prawda w wypowiedzi premier użył ogólnego słowa „sytuacja". Być może mówił więc szczerze o tym, że zwiększenia wydatków wymaga sytuacja polityczna – zbliżające się wybory. Bo dlaczego zwiększać wydatki, jeśli mamy „minicud gospodarczy"? A jeśli już tak nowatorsko podpierać się Keynesem, to przynajmniej należało postawić na wydatki zwiększające krańcową skłonność do inwestycji, których udział w PKB spada. Jeśli natomiast koniecznie chciało się jeszcze bardziej pobudzić konsumpcję, to nie należało dawać trzynastej emerytury osobom bardziej zamożnym, których krańcowa skłonność do konsumpcji jest mniejsza.

Równie niespójna jest argumentacja premiera związana z sytuacją gospodarczą w Niemczech. Z jednej strony pogorszenie się tam koniunktury jest dla niego istotnym uzasadnieniem zastosowania w Polsce „impulsu antycyklicznego". Z drugiej mówi jednak, że „spowolnienie będzie tam być może bardziej krótkotrwałe, niż się nam wydaje" oraz „że w obecnym cyklu koniunkturalnym jesteśmy mniej zależni od Niemiec, niż byliśmy poprzednio".

W ostatnich dniach doszło do eskalacji niespójności w narracji rządu, co można uznać za dosyć szczególny wyraz skuteczności apelu ekonomistów. Media podały mianowicie, że w urzędach państwowych zaczęto szukać oszczędności, żeby móc sfinansować „piątkę". Mamy więc w ciągu kilku dni przykład polityki równoczesnego zastosowania pro- i antycyklicznej polityki budżetowej.

Przestroga dla opozycji

Wracając do kwestii odpowiedzialności środowiska ekonomistów, uważam, że ich rola powinna polegać nie tylko na pokazywaniu, że łącznym efektem nadmiernych wydatków może być kryzys finansów publicznych. Równie ważne jest analizowanie konkretnych propozycji rządu pod kątem zarówno ich spójności wewnętrznej, jak i zgodności z zasadami „zdrowej ekonomii", której rozumienie też trzeba uzgodnić. Przyjęta w tytule apelu zasada „wygrana nie za każdą cenę" musi obowiązywać również opozycję, bo jej złamanie zemści się na gospodarce niezależnie od tego, kto wygra wybory.

Uzasadnień ekonomicznych nie powinno się też zbyt pochopnie zastępować argumentami etycznymi. Jeśli prof. Marek Belka mówi w audycji „Onet Rano", że nikt, kto w przyszłości przejmie władzę, nie odważy się na likwidację 500+, ponieważ byłoby to niemoralne, to nie mówi jako ekonomista.

Rola ekonomisty powinna bowiem polegać na próbie przekonania polityków, że przy lepszym zaprojektowaniu programu można osiągnąć te same, a także dodatkowe cele niższym kosztem. Zaniedbując ten aspekt, opozycja dała się uwikłać w niepotrzebną licytację obietnic.

Podsumowując, nawet jeśli w wyniku apelu ekonomistów oraz „acyklicznej" postawy pani minister finansów uda się obronić na jakiś czas regułę wydatkową, to na dłuższą metę dużo większe zagrożenie dla finansów publicznych stanowi, po pierwsze, rozmontowywanie ukształtowanego w czasie transformacji, całkiem dobrze funkcjonującego, polskiego modelu kapitalizmu i po drugie, nasilające się traktowanie gospodarki i jej instytucji jako narzędzi do osiągania celów politycznych, również na poziomie lokalnym. Zbliżający się Kongres Ekonomistów Polskich powinien sprzyjać wyjściu szerszego środowiska ze swoistego letargu oraz większemu zaangażowaniu się w obronę dorobku transformacji i członkostwa w Unii Europejskiej.

Prof. Andrzej Wojtyna pracuje na Uniwersytecie Ekonomicznym  w Krakowie. W latach 2004–2010 był członkiem RPP.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA