fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Leszek Balcerowicz: Sprawiedliwość i państwo prawa

Leszek Balcerowicz
Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Jakie moralne uzasadnienie miałoby generalne zdejmowanie z frankowiczów finansowych skutków ryzyka, jakie podjęli poprzez przerzucanie go na innych? – profesor ekonomii, były wicepremier i minister finansów odpowiada na krytykę.

Mój tekst w „Rzeczpospolitej" z 19 marca 2021 r. wywołał mnóstwo reakcji. Wiele osób podzielało moje poglądy o społecznych skutkach wyroków sądów i potrzebie sprawiedliwości w traktowaniu „frankowiczów" i „złotowiczów". Nie brakowało też wyzwisk i insynuacji. Od lat podchodzę do nich z dystansem i politowaniem.

Większego komentarza wymaga twierdzenie w artykule prof. Ewy Łętowskiej („Rzeczpospolita", 24 marca 2021 r.), jakoby mój tekst (oraz memorandum rektorów uczelni ekonomicznych) wpisywał się w „ofensywę medialną banków" o „interesownym lobbystycznym charakterze".

Osoby opiniotwórcze ponoszą większą niż inne moralną odpowiedzialność za swoje wypowiedzi. W swoim artykule podkreśliłem, że piszę go z poczucia moralnego obowiązku. Na jakiej podstawie prof. Ewa Łętowska kwestionuje moje słowa, podobnie deprecjonując memorandum rektorów? Następnie omawia ona argumenty, które – jak twierdzi – są używane przez „bankowych lobbystów". One nijak się nie mają do mojego tekstu, ale mogą potęgować wrażenie, że zalicza mnie ona do tego grona.

Pozorna polemika

Po tym wstępie prof. Łętowska prowadzi rozważania, które pomijają moje główne tezy, ale są tak napisane, że czytelnik może sądzić, iż są one polemiką:

1. Aby krótko nakreślić tło dyskusji o orzeczeniach w sprawie kredytów frankowych, wspomniałem o doktrynie tzw. słabszej strony oraz takich jej prawnych konkretyzacjach, które w ostatecznym rachunku szkodzą osobom uznawanym za słabsze. Na ten temat jest ogromna empiryczna wiedza opisana w literaturze, m.in. publikacjach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Prof. Łętowska nie odnosi się w ogóle do tych przypadków, a przedstawia wywód na temat ewolucji prawa cywilnego w XIX wieku, zakładając najwidoczniej, że nic na ten temat nie wiem. Co ważniejsze, opis doktryny prawnej i analiza ludzkich zachowań pod wpływem przepisów to dwa różne tematy.

2. Głównym celem mojego artykułu było ostrzeżenie opinii publicznej, że bardziej skrajne orzeczenia sądów (na czele z Sądem Najwyższym) prowadziłyby do obciążeń banków sięgających od 34,5 mld zł do 234,5 mld zł. Te sumy biorą się z podliczenia skutków ewentualnego upowszechnienia przez SN orzeczeń, które już zapadły. Kto wierzy, że obciążenia banków nie zostałyby przerzucone – poprzez swoje skutki – na ogromną większość społeczeństwa, która nie zaciągnęła kredytów frankowych?

Prof. Łętowska nie neguje, że korzyści dla frankowiczów obciążyłyby ostatecznie innych ludzi. Mówi wręcz: „każda indemnizacja w jakiejkolwiek postaci w makroskali zawsze prowadzi do tego" (tzn. do przerzucenia kosztów na osoby trzecie – LB). Pomija ona w ten sposób główny problem, jaki poruszyłem, a mianowicie ogromną zależność skali ewentualnych obciążeń społeczeństwa od decyzji Sądu Najwyższego i związaną z tym odpowiedzialność sędziów tej instytucji. Ewa Łętowska pomija też inną moją tezę, która wiąże się z tą odpowiedzialnością: otóż nie jest tak, że bardziej kosztowne społecznie orzeczenia SN miałyby wyższą jakość prawną niż mniej kosztowne. Można dowodzić tezy przeciwnej: im bardziej destruktywne społecznie byłyby orzeczenia SN, tym bardziej byłyby one wadliwe z punktu widzenia zasad prawa i logiki interpretacji odpowiednich przepisów, a także elementarnej sprawiedliwości.

3. Prof. Łętowska pomija problem sprawiedliwości. Generalnie szokuje mnie, że tak mało się o nim mówi, tym bardziej że jest on ignorowany w orzeczeniach sędziów dotyczących kredytów frankowych. Jakie moralne uzasadnienie mają wyroki torujące drogę do tego, że frankowicze zostaliby potraktowani lepiej niż ci, którzy nie ulegli pokusie niskiego oprocentowania kredytów frankowych i zaciągnęli kredyt w złotych? A na dodatek mieliby jednocześnie ponosić koszty orzeczeń sądów w sprawach kredytów frankowych! Jak miałoby się to do art. 32 naszej konstytucji i ogólnych klauzul prawa? Jakie moralne uzasadnienie miałoby generalne zdejmowanie z frankowiczów finansowych skutków ryzyka, jakie podjęli poprzez przerzucanie go na innych?

Sumaryczny wyrok?

Prof. Łętowska nie odniosła się do żadnej z moich głównych tez, ale wydała sumaryczny wyrok: „Powiedzmy jasno: banki łamały prawo przy zawieraniu umów o kredyty we frankach". Nie bronię banków jako takich, bronię elementarnego wymagania w państwie prawa, a mianowicie, że wyrok musi być oparty na rzetelnym uzasadnieniu. A co znajdujemy w wypowiedzi prof. Łętowskiej?

W swoim artykule i innych publikacjach Ewa Łętowska głosi, że orzecznictwo europejskie ewoluuje w kierunku większej ochrony konsumentów, a polskie sądy są w tej sprawie zapóźnione. Niezależnie od tego, ile jest prawdy w tych stwierdzeniach, nie mają one prawnego znaczenia dla rozstrzygnięcia roszczeń frankowiczów w Polsce. Tu liczy się bowiem stan prawny na dany moment, a nie jego rzekoma czy faktyczna ewolucja. Lektura tekstów takich polskich prawników, jak Maciej Gutowski, Piotr Kardas, Michał Romanowski, przekonuje mnie ponadto, że wbrew powszechnym twierdzeniom orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE z października 2019 r. nic istotnego w tym stanie prawnym nie zmieniło. Ukształtował się natomiast – pod wpływem rozmaitych przekazów – mit, że jakoby orzeczenie TSUE oznacza przełom na korzyść frankowiczów. Czy ten fałszywy przekaz wpłynął także na decyzje sądów?

Aby zilustrować swoją tezę, że za „indemnizację" płacą zawsze osoby trzecie, prof. Łętowska pisze: „pralnia odbije sobie na innych klientach odszkodowanie za zniszczone ubranie". Ale jakie ten przykład ma odniesienie do roszczeń frankowiczów? W przypadku zniszczonego przez pralnię ubrania szkoda jest oczywistym fizycznym faktem! Zupełnie inaczej jest w sprawie frankowiczów, którzy po latach korzystania z tańszego frankowego kredytu zgłaszają się do sądów z pozwami, gdy kredyt podrożał. Uznanie zasadności ich pozwów nie zależy od jakiegoś oczywistego faktu czy zdarzenia, lecz od interpretacji przepisów definiujących tzw. klauzule abuzywne. Tu docieramy do moim zdaniem szokujących faktów.

Artykuł 3851 kodeksu cywilnego, który odzwierciedla odpowiednie dyrektywy europejskie, definiuje cztery warunki, których zaistnienie jest konieczne, by można było uznać daną klauzulę za abuzywną, a wśród nich wymienia: (1) kształtowanie praw i obowiązków stron sprzeczne z dobrymi obyczajami i (2) naruszenie interesów konsumenta w sposób rażący.

A zatem każdy z tych warunków z osobna jest konieczny, choć niewystarczający, by można było uznać jakąkolwiek klauzulę za abuzywną. Z samego faktu, że ustawodawca odrębnie je wymienił, wynika, że uznał, iż mają one odrębną treść. Do tego samego wniosku prowadzi elementarna analiza logiczna zdania (1) i (2). Nie da się na jej gruncie w żaden sposób udowodnić, że zdanie (1) znaczy dokładnie to samo, co zdanie (2), ani też wykazać – bez semantycznej manipulacji – że zajście warunku (1) zawsze prowadzi do zaistnienia stanu opisywanego przez zdanie (2).

Tymczasem w licznych orzeczeniach sądów, włącznie z Sądem Najwyższym, pomijano odrębną analizę klauzuli warunku (2), przyjmując, że jeśli się uzna, iż spełniony jest warunek (1), to tym samym jest spełniony warunek (2). To jest niezrozumiałe ignorowanie kodeksu cywilnego, nieuzasadnione ani przez wiedzę logiczną, ani empiryczną. Przez taki manewr sędziowie dodają na szalę ciężarek na korzyść frankowiczów. Albowiem wyrażenie „sprzeczne z dobrymi obyczajami" pozostawia więcej pola dla uznaniowości sędziów niż wyrażenie „rażące naruszenie interesów konsumenta". Ponadto, elementarny rachunek prawdopodobieństwa dowodzi, że iloczyn dwóch prawdopodobieństw, z których każde jest mniejsze od jedności, jest mniejszy od każdego z nich. Sprzeczne z wolą ustawodawcy oraz logiką pomijanie warunku (2) dodatkowo przechyla więc szalę na korzyść frankowiczów. Ten zabieg usuwa z pola rozważań sędziów pytanie: od jakiego momentu został „rażąco naruszony interes" frankowicza. Czy od chwili zawarcia przez niego umowy, czy dopiero od momentu, gdy przestała mu się ona opłacać, bo kurs franka zaczął się umacniać. A jak w ogóle zdefiniować „rażące naruszenie interesów" frankowiczów, nie biorąc pod uwagę sytuacji złotowiczów?

Niektóre orzeczenia sądów, uznające, że doszło do „naruszenia dobrych obyczajów", wykazują szokującą niekompetencję odnośnie wiedzy o świecie, na temat którego się wypowiadają. Takim absurdem, który służy za uzasadnienie abuzywności, jest teza, że bank „naruszył dobre obyczaje", bo wykorzystał swoją przewagę w postaci lepszej wiedzy o przyszłym kursie franka szwajcarskiego wobec złotego. Zdrowy rozsądek i elementarna ekonomia dowodzą, że nikt nie jest w stanie przewidzieć kursów walutowych.

I takie oto podstawy logiczne, moralne i empiryczne mają orzeczenia sądów, których upowszechnienie generowałoby gigantyczne obciążenia dla społeczeństwa.

Abuzywna narracja mediów

A teraz parę zdań o narracji na temat kredytów frankowych, jaka dominuje niemal we wszystkich mediach. Można ją śmiało nazwać abuzywną, czyli nieuczciwą:

1. Problem przedstawiony jest jak pojedynek bokserski: banki kontra frankowicze. Nie ma reszty społeczeństwa, nieuchronnej ofiary wspaniałomyślności sądów. Nie ma kwestii sprawiedliwości, konstytucji itp.

2. Przeważają schematy: złe banki kontra oszukani frankowicze. Bardzo rzadko można spotkać porównanie sytuacji frankowiczów i złotowiczów, nie mówiąc już o jakimkolwiek wyważonym podejściu do tez frankowiczów i ich adwokatów.

3. Większość dziennikarzy tworzy wrażenie, że każdy upływ czasu do posiedzenia SN jest w „interesie banków", a szkodzi interesom frankowiczów. Nie podają przy tym żadnego uzasadnienia, ale mówią tak, jakby wiedzieli, jakie będzie orzeczenie Sądu Najwyższego. Skąd ta wiedza?

Prof. Łętowska, podobnie jak dziennikarze, też ubolewa nad przesunięciem terminu posiedzenia SN, bo jakoby sprzyja to „interesom banków". Jej dodatkowo muszę zadać jeszcze jedno pytanie. Otóż na mocy decyzji Małgorzaty Manowskiej w zwołanym przez nią składzie Izby Cywilnej SN mieliby uczestniczyć zarówno legalni sędziowie, jak i osoby wybrane z rażącym naruszeniem prawa przez nową Krajową Radę Sądownictwa. Czy dla prof. Łętowskiej nie jest to problemem?

Dlaczego się angażuję?

Przez ponad 30 lat wolnej Polski uczestniczę w publicznych debatach na tematy, które uważam za szczególnie istotne. Dotyczyły one nie tylko kwestii finansowo-ekonomicznych, ale i prawno-konstytucyjnych. W 2006 r., gdy byłem prezesem Narodowego Banku Polskiego, rządzący wówczas PiS powołał w Sejmie komisję śledczą „do zbadania rozstrzygnięć dotyczących przekształceń kapitałowych i własnościowych w sektorze bankowym oraz działań organów nadzoru bankowego w okresie od 4 czerwca 1989 r. do 19 marca 2006 r.".

Przedmiot badania tej komisji był kompletnie niezwiązany z głównym konstytucyjnym zadaniem NBP: utrzymywaniem stabilności pieniądza. Mimo to zostałem przez nią wezwany (bo o przesłuchanie mnie w gruncie rzeczy chodziło). Odmówiłem stawienia się przed tą komisją, bo uznałem, że idąc tam, stworzyłbym fatalny precedens – każdego mojego następcę można by szantażować przesłuchaniem w trybie komisji śledczej, by wymusić na nim zmianę polityki pieniężnej. To stanowisko nie od razu trafiło na zrozumienie w kręgach prawników. Zaangażowałem się jednak w jego publiczne uzasadnianie. We wrześniu 2006 r. ówczesny Trybunał Konstytucyjny orzekł, że wzywanie prezesa NBP przed komisję śledczą Sejmu było niezgodne z konstytucją.

Angażuję się w sprawę kredytów frankowych, bo ona również należy do kategorii zasadniczych ze względu na swoje aspekty prawno-konstytucyjne, skutki dla społeczeństwa, kwestie sprawiedliwości i reputację sądów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA