fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Leszek Balcerowicz: Destrukcyjne odszkodowania dla frankowiczów

Leszek Balcerowicz
Leszek Balcerowicz jest profesorem SGH w Warszawie, prezesem fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju. Był wicepremierem, ministrem finansów i prezesem NBP
Fotorzepa, Robert Gardziński
Rozstrzygnięcia w sprawie kredytów frankowych nie mogą naruszać fundamentów sprawiedliwości i równości – pisze ekonomista.

Rozwiązanie problemu kredytów frankowych będzie miało fundamentalne znaczenie dla Polski. Dlatego piszę ten tekst – z poczucia moralnego obowiązku. Wedle szacunków Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF) straty dla banków wynikające z bardziej skrajnych rozstrzygnięć sądowych (gdyby one upowszechniły się) sięgałyby od 34,5 do 234 mld złotych. Takie decyzje sądów miałyby destrukcyjne skutki, tym większe, im do większych strat by prowadziły.

Frankowicze a reszta

Wbrew demagogicznej retoryce uprawianej między innymi przez ministra Ziobrę, organizacje tzw. frankowiczów i wielu dziennikarzy, sprawa nie rozgrywa się tylko między frankowiczami a bankami, ale nade wszystko – miedzy frankowiczami a resztą społeczeństwa. A im bardziej skrajne byłoby rozstrzygnięcie, tym bardziej naruszałoby ono elementarne zasady prawa i sprawiedliwości, i tym bardziej destrukcyjne byłoby dla gospodarki i – w efekcie – dla społeczeństwa. Nie jest więc tak, że im bardziej uwzględni się argumenty nazywane „ekonomicznymi", tym bardziej narazi się na szwank względy prawne.

Oto główne potencjalne skutki bardziej skrajnych orzeczeń.

1. Najbardziej skrajne rozstrzygnięcia przeanalizowane przez UKNF podważyłyby stabilność systemu bankowego. Tylko człowiek prymitywny lub manipulant może głosić, że to byłaby sprawa samych banków. System bankowy to kluczowy składnik rynkowej gospodarki, a jego kryzys prowadzi do głębokich recesji bijących w całe społeczeństwo.

2. Banki najbardziej dotknięte stratami mogłyby stać się na mocy ustawy o „Przymusowej restrukturyzacji....", będącej w dyspozycji KNF i Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (BFG), celem przejęć przez państwowe banki, tak jak to się stało z Idea Bankiem Leszka Czarneckiego. W efekcie wzrósłby udział banków narażonych na wpływy polityków, co byłoby ustrojowym wstrząsem. A już teraz, po nacjonalizacji PEKAO i Alior Banku tylko Białoruś i Rosja wyprzedzają nas w Europie pod względem udziału w sektorze bankowym banków kontrolowanych przez rządzących polityków.

3. Nawet w mniej skrajnych przypadkach koszty wyznaczonych przez sądy rekompensat dla frankowiczów musieliby ponieść – m.in. poprzez podwyższone opłaty bankowe wszyscy klienci banków, a więc przede wszystkim ci, którzy powstrzymali się od zaciągania kredytów we frankach szwajcarskich. To byłaby rażąca niesprawiedliwość.

4. Rozstrzygnięcia, które by oznaczały, że frankowicze zostaną potraktowani lepiej niż ci, którzy zaciągnęli kredyty w złotych (tzw. złotowicze) byłyby kolejną drastyczną niesprawiedliwością. Albowiem ci, którzy w dążeniu do uzyskania specjalnych korzyści (niższych stóp procentów od zaciągniętych kredytów frankowych) zdecydowali się na dodatkowe ryzyko, zostaliby zwolnieni z kosztów tego ryzyka i potraktowani lepiej niż złotowicze. Niezgodne z poczuciem sprawiedliwości byłoby też generalne zwolnienie frankowiczów od odpowiedzialności za podjęte ryzyko kursowe, zwłaszcza że jego koszty, jak wspomniałem spadłby na innych.

5. Rozstrzygnięcia wymienione w pkt. 4 gwałciłyby też kardynalną zasadę zdrowej gospodarki i elementarnej moralności, wedle których ludzie odpowiadają za swoje dobrowolne czyny. Byłyby one ze strony sądów zachętą do nieodpowiedzialności, nazywanej w ekonomii „ryzykiem moralnym" (ang. moral hazard).

6. Skrajne stanowiska byłyby sprzeczne z ogólnymi klauzulami prawa, takimi jak: zasada współżycia społecznego czy zasada proporcjonalności, o czym dalej.

7. Wreszcie, społeczno-gospodarcze, ustrojowe i moralne skutki któregoś z bardziej skrajnych rozstrzygnięć roszczeń frankowiczów nie dałyby się ukryć, a stawałyby się dotkliwie jasne – najpierw pod wpływem nieuchronnie krytycznych komentarzy, na które takie rozstrzygnięcia by zasługiwały, potem, gdy owe skutki zaczęłyby się materializować. Nie trudno sobie wyobrazić wstrząs dla autorytetu sądów, których niezależność jest przecież od lat atakowana przez obecną władzę. Na czele tych ataków stoi Z. Ziobro, który jednocześnie jest agresywnym obrońcą interesów frankowiczów. Trudno byłoby więc uniknąć wrażenia, że sądy głosują pod presją ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, a wbrew podstawowym zasadom.

Rozstrzygnięcia ustrojowe

Wielokrotnie wypowiadałem się na temat fundamentalnego znaczenia niezależności sądów od władz politycznych i grup prywatnych jako podstawy praworządności i demokracji. Jakiekolwiek skrajne orzeczenie w sprawie frankowiczów musiałoby poprzez swoje skutki ograniczyć społeczne poparcie dla niezależności sądów. W ten sposób ułatwiłoby obecnym władzom przejmowanie kontroli nad sądami.

Walcząc o to, by sądy były niezależne, trzeba jednocześnie pamiętać, że takie sądy wymagają stałej, w razie potrzeby krytycznej analizy ze strony rozmaitych fachowych środowisk. To jest jedyny zewnętrzny mechanizm kontroli jakości decyzji sędziów. Bez niego środowisko sędziowskie zamieniłoby się w kastę. Sędziowie nie mogą więc zasłaniać się autorytetem swoich instytucji przed merytoryczną krytyką ich własnych decyzji. Przeciwnie, powinni być na taką krytykę otwarci, utrzymywać kontakt z rozmaitymi fachowymi środowiskami i nabywać wiedzę na temat dziedzin, których dotyczą ich decyzje, w tym gospodarki.

W swoim zawodowym życiu zajmowałem się nie tylko problemami pieniądza i finansów, z którymi wiąże się kwestia kredytów frankowych, ale także badaniem różnych ustrojów i ich wpływu na warunki życia ludzi, nie tylko ekonomiczne, ale i na przykład natężenie strachu w relacji między władzą a obywatelami, czy też zaufanie dla państwa i prawa. A najbardziej drastyczne w skutkach ustrojowe różnice dotyczą właśnie treści państwowego prawa i mechanizmów (instytucji) jego egzekwowania. Rdzeniem wielkiej przemiany w Polsce po 1989 roku było przecież przejście od państwa bezprawia do państwa prawa, co miało ogromne pozytywne skutki dla warunków życia ludzi. Ale nawet daleko mniejsze różnice w treści i egzekwowaniu prawa, np. wśród krajów OECD, wywierają wielki wpływ np. na stopę bezrobocia, o czym za chwilę.

Chcę wreszcie zaznaczyć, że przed napisaniem tego artykułu przeczytałem wiele tekstów prawnych na temat kredytów frankowych. W sumie więc uważam, że jestem nie tylko moralnie zobowiązany do zabrania głosu w tej sprawie, ale i, że jestem do tego upoważniony od strony zawodowej.

Warto podkreślić, że sądowe sprawy i rozstrzygnięcia dotyczące kredytów frankowych mają aspekt ustrojowy – dotyczą bowiem ingerencji w treść umów, które w każdym cywilizowanym kraju są źródłem prawa, ale i podstawą swobodnego i odpowiedzialnego kształtowania stosunków między ludźmi. Bez wzrostu zakresu wolności gospodarczej (eliminacji przywilejów władców i cechów) nie byłoby zjawiska bezprecedensowego w historii świata: pojawienia się w XIX wieku w krajach Zachodu systematycznego wzrostu gospodarki – jedynego mechanizmu wyprowadzania mas z biedy.

Granice ochrony „słabszych"

Później, pod wpływem rozmaitych prądów, do prawa zaczęła przenikać doktryna „słabszej" strony umowy, wedle której pracobiorcy, lokatorzy i konsumenci mają immanentnie „słabszą" pozycję negocjacyjną i z tego tytułu należy im się specjalna ochrona prawna. Nie ma tu miejsca na analizę tej doktryny. Zwrócę tylko uwagę na fakt zasadniczy, istotny dla problemów frankowiczów. Z owej doktryny nie mogą wynikać, na drodze logicznej analizy, żadne jednoznaczne i uniwersalne ustalenia, bo użyte w niej kluczowe terminy (słabsza strona, nierównowaga kontraktowa, klauzula abuzywna, itp.) są immanentnie nieostre. Przypomina się tu elementarna logika z jej podręcznikowym przykładem na niemożność precyzyjnej odpowiedzi na pytanie, które zawiera nieostry znaczeniowo termin: „czy 30-letni Jan jest młody?". Na dodatek podszyte emocjami słowa: „słabszy", „nierównowaga", mogą wpływać na emocje, i w efekcie – na decyzje.

Zastosowanie doktryny „słabszej" strony nieuchronnie rodzi więc rozmaite interpretacje, przepisy i rozstrzygnięcia, włącznie z takimi, które są korzystne dla grupy uznanej za słabszą, ale bardzo niekorzystne dla innych słabszych osób. Ograniczę się do dwóch przykładów.

W dziedzinie prawa pracy wspomniana doktryna doprowadziła np. w Grecji, Hiszpanii, Włoszech do takiej ochrony pracownika przed zwolnieniem, że praktycznie nie dawało się go zwolnic. Było to niewątpliwie bardzo korzystne dla każdego pracownika z osobna, ale bardzo niekorzystne dla młodych ludzi poszukujących pracy i bardzo niesprawiedliwe. Albowiem firmy, obawiając się, że nie pozbędą się niesumiennych osób, ograniczały tworzenie miejsc pracy i zatrudnienia. W niektórych krajach, np. Hiszpanii, zamiast przeprowadzić całościową liberalizację prawa pracy, ograniczano skrajną ochronę pracowników tylko do tych, którzy ją nabyli. Rezultat? Gdy Hiszpania wpadła w kryzys po 2008 r., to firmy, musząc ograniczać koszty, zwalniały głównie młodych. W efekcie nastąpił wybuch bezrobocia wśród młodych.

Nadmierna ochrona lokatora przed eksmisją sprawia, że prywatni deweloperzy, obawiając się, że stracą kapitał, nie mogąc się pozbyć niesumiennego lokatora, wolą inwestować w budowę domów i mieszkań własnościowych. To głownie dlatego mamy w Polsce mało mieszkań na wynajem, bardziej przecież potrzebnych osobom mniej zamożnym. A więc i w tym przypadku ochrona jednych słabszych bije w innych słabszych.

Trzy kluczowe pytania

Zjawisko skrajnych interpretacji niektórych terminów (typu „nierównowaga kontraktowa") wystąpiło w orzeczeniach niektórych sądów w sprawach frankowych. Np. takich, wedle których za użycie własnej tabeli walutowej bank ma po latach zwrócić klientowi nie tylko marżę handlową, ale także zwrócić zapłacone raty i umorzyć cały dług („mieszkanie ma pozostać własnością klienta a kredyt ma zniknąć", R. Kozłowski, „Dziennik Gazeta Prawna", 18 marca 2021). Takie orzeczenia są nie tylko szokująco niesprawiedliwe, ale i sprzeczne z Kodeksem cywilnym, o czym za chwilę. Ostanie orzeczenie TSUE w sprawach frankowych nie koliduje w żadnej mierze z polskim Kodeksem cywilnym

Sędziowie rozpatrujący pozwy frankowiczów wobec banków muszą odpowiedzieć na trzy pytania:

1. Czy jakąkolwiek klauzulę w umowach kredytów frankowych uznać za abuzywną?

2. Jeśli tak, to którą i dlaczego?

3. Jakie prawne wnioski wyprowadzić z uznania określonej klauzuli za abuzywną?

Co do pyt. 1, to przypomnę niejasność kluczowych terminów, takich jak: abuzywność, nierównowaga kontraktowa itp. Na szczęście kodeks cywilny w art. 385 zasadniczo redukuje dowolność interpretacji pojęcia klauzuli abuzywnej, stwierdzając, że odnosi się ono tylko do przypadków, gdy doszło do „rażącego naruszenia interesów konsumenta". Nie jestem pewien, czy wszyscy sędziowie się to tego stosują.

Biorąc pod uwagę niektóre szokujące orzeczenia pewnych polskich sędziów w sprawie frankowiczów, trzeba przypomnieć, że nie jest zadaniem sądów występowanie w roli Robin Hooda i ignorowanie szerszych skutków swoich decyzji. Nie jest też zadaniem sędziów wcielać się w rolę Zorro i brać odwet na pozwanych bankach za przypisywane im nieprawości. Tym bardziej, że te z nich, które się szczególnie zaangażowały w udzielanie kredytów frankowych poniosły już w tego powodu poważne finansowe konsekwencje z tytułu rozmaitych obostrzeń regulacyjnych. Zadaniem sądów jest stanie na straży praworządności i sprawiedliwości.

Co do pyt. 2, to trzeba zaznaczyć, że gdy dochodziło do uznania przez sądy jakiejś klauzuli za abuzywną, to chodziło zwykle o tzw. klauzule przeliczeniową: stosowanie przez pozwane banki w umowach frankowych własnych tabel kursowych do przeliczeń CHF/PLN. To rozwiązanie zostało już ustawowo skorygowane w 2009 roku. Ale, o czym za chwilę, trudno znaleźć racjonalne argumenty, by generalnie uznać tę klauzulę za abuzywną.

Najpoważniejsze skutki przynosi odpowiedź na pyt. 3. Od tego, jaka byłaby odpowiedź Sądu Najwyższego na to pytanie, zależy rozmiar strat banków – i szerszych społecznych konsekwencji.

Trzeba podkreślić, że klauzula przeliczeniowa nie oburzała frankowiczów wtedy, gdy kurs złotego do franka był dla nich korzystny, bo korzystali oni wówczas z niższych stóp procentowych związanych z kredytem we frankach oraz umacniającego się przez długi czas złotego. Trudno zakładać, że nie zdawali sobie wówczas sprawy, że decydują się na ryzyko kursowe, a nawet jeśli tak było, to jakim to może być usprawiedliwieniem? Dodatkowo, po wprowadzeniu w 2006 roku przez ówczesną Komisję Nadzoru Bankowego tzw. rekomendacji S, frankowicze musieli podpisywać specjalne oświadczenia, że zostali zapoznani z charakterem ryzyka związanego z wyborem kursu walutowego i że świadomie dokonują tego wyboru.

Odszkodowanie czy korekta

Klauzula przeliczeniowa stała się dla niektórych frankowiczów (i pewnych sędziów) abuzywna dopiero wtedy, gdy złoty się osłabił wobec franka i – w efekcie – zobowiązania kredytobiorców w ujęciu złotowym wyraźnie wzrosły. Ale to nie klauzula przeliczeniowa była przyczyną tej zmiany, lecz klauzula indeksacyjna (powiązanie kredytu z walutą obcą), której nie da się zakwestionować ani na gruncie prawa polskiego, ani europejskiego. Nie sposób tu się powstrzymać od opinii, że uznawanie klauzuli przeliczeniowej za abuzywną jest dla niektórych frankowiczów pretekstem, by ubiegać się o pokrycie przez innych skutków podjętego przez siebie ryzyka kursowego.

I wreszcie, finansowe skutki stosowania tabel kursowych banków (zamiast zastosowania tabeli kursów NBP), były zwykle dla frankowiczów znikome. I niewspółmiernie mniejsze od konsekwencji osłabienia się złotego. Tu docieramy do fundamentalnej reguły proporcjonalności. A mianowicie, jeżeli ktoś nawet uznaje klauzulę przeliczeniową za abuzywną, to nie powinien na gruncie tej reguły przyznawać pozywającemu odszkodowania wielokrotnie większego od ewentualnej szkody, jaka powstała wskutek zastosowania tej klauzuli. Jeśli w ogóle uznaje się klauzulę przeliczeniową za abuzywną, to jedyne rozwiązanie zgodne z zasadą proporcjonalności, to korekta tej klauzuli poprzez zastąpienie jej przez np. kursy z tabeli NBP.

Obietnice prezydenta

Na koniec chcę wspomnieć o konstytucyjnej i moralnej zasadzie równego traktowania. One nie dopuszczają, by ustawodawcy czy sędziowie dzielili kredytobiorców na lepszych i gorszych. Odsetek kredytów zagrożonych wśród frankowiczów, który może (choć nie musi) pokrywać się z odsetkiem osób w trudnej sytuacji finansowej wynosił na koniec 2020 r. tylko 4,08 procent, a w wypadku kredytów złotowych wynosił 2,04 procent. Ale tych drugich było trzy razy więcej. Trzeba ponadto pamiętać, że udział frankowych kredytów zagrożonych jest zawyżony, bo dotyczy wygasającego portfela. Ponadto wszyscy kredytobiorcy w trudnej sytuacji, niezależnie od waluty kredytu, mogą skorzystać z ustawy o upadłości konsumenckiej.

W sumie, nie widać żadnych: moralnych czy prawno-konstytucyjnych powodów dla uprzywilejowanego traktowania osób, które zaciągnęły w bankach kredyty frankowe, obciążając kosztami takiego traktowania innych ludzi.

W toku kampanii prezydenckiej w 2015 roku Andrzej Duda, ubiegając się o głosy różnych grup nacisku, złożył m.in. kosztowne – dla innych – obietnice frankowiczom. Na tej podstawie przekazał w 2016 roku Sejmowi propozycję ustawy. Jej bezpośrednie koszty, w postaci strat banków, zostały ocenione przez KNF na sumę od 44 do 103 mld złotych (zależnie od wariantu). Pod wpływem tej informacji PiS słusznie wycofał się z finansowania ustawy prezydenta.

Czy to teraz sędziowie mają urzeczywistnić jego obietnice?

Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA