Z Viktorem Orbánem spotkałem się tylko raz, trzy dekady temu, kiedy był z wizytą w Banku Światowym, gdzie wtedy pracowałem. W Budapeszcie rządzili wtedy postkomuniści, a on mówił językiem obrońcy demokracji, euroentuzjasty i nowoczesnego liberała (i był o jakieś 30-40 kg lżejszy niż obecnie). Był rok 1996 i Nagy Viktor (czyli po polsku Viktor Wielki, przydomek, który jak do tej pory Węgrzy nadali jedynie średniowiecznemu królowi Ludwikowi) już dwa lata później został premierem. Po czterech latach stracił władzę, by ją odzyskać w roku 2010. I od tego momentu zaczął nieprzerwanie w sposób na poły dyktatorski rządzić krajem. Jak się do niedawna wydawało, aż do końca świata.
Jakim cudem Viktor Orbán zdołał przez 20 z ostatnich 28 lat utrzymać władzę na Węgrzech? Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że jest bardzo utalentowanym politykiem, skutecznie wykorzystującym wszystkie narzędzia władzy i podporządkowane sobie media. Po drugie, bo zna dobrze swój naród i umie mówić mu dokładnie to, co ten chce usłyszeć. Wbrew obiegowym opiniom (gulasz, czardasz, tokaj) Węgrzy są urodzonymi, smętnymi pesymistami, wciąż przeżywającymi narodową traumę z minionego stulecia. Podpisany po klęsce w I wojnie światowej traktat z Trianon okroił kraj o dwie trzecie, kolejna przegrana wojna światowa uczyniła z niego sowieckiego satelitę,
Budapeszt był dwukrotnie (w latach 1945 i 1956) niszczony przez sowieckie czołgi. Węgrzy nie ufają światu i podskórnie się go boją: i imigrantów, i obcych mocarstw, i swoich sąsiadów, i przede wszystkim wojny. A że w dodatku, mimo wyjątkowo niezdrowej diety, są społeczeństwem szybko starzejącym się (odsetek osób powyżej 65. roku życia przekracza 21 proc., wobec 20 proc. w Polsce), więc oferowane przez Orbána bezpieczeństwo, stabilizacja i konserwatywny nacjonalizm znaczą dla nich bardzo wiele… dla wielu więcej niż liberalna demokracja.
A dlaczego Viktor Orbán może wkrótce stracić władzę? Bo rządowa propaganda o kwitnącej gospodarce, taniej rosyjskiej energii i ściągniętych do kraju chińskich (i nie tylko chińskich) inwestycjach, a nawet plakaty informujące, że wspierana przez wrogą Unię i diabolicznego prezydenta Zełenskiego opozycja chce wciągnąć kraj do wojny – wszystko to może nie wystarczyć, kiedy za oknami widać coś nieco innego. Kiedy przed 30 laty jedyny raz rozmawiałem z Orbánem, na tle biednej i wciąż jeszcze omijanej przez turystów i inwestorów Warszawy Budapeszt lśnił zachwycającym blichtrem, w całym kraju powstawały nowe fabryki i autostrady, a PKB na głowę mieszkańca był o jedną trzecią wyższy, niż w Polsce.
Dziś to przeciętny Polak ma dochód o 14 proc. wyższy od Węgra. Co gorsza, zrównała się pod tym względem z Węgrami również lekceważona przez wieki Rumunia (prorządowe media w ślad za Orbánem oczywiście to wykpiwają, ale jest niewątpliwym faktem, że w ciągu 21 lat członkostwa w Unii Węgry odnotowały najwolniejszy wzrost PKB w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej). Szczycący się dawniej sprawniejszymi od sąsiadów instytucjami kraj jest dziś oceniany jako najbardziej (obok Bułgarii) skorumpowany w Unii, pogarszają się jakość usług społecznych i stan infrastruktury.
Ale niezależnie od tego, kto wygra niedzielne wybory, życzmy Węgrom jak najlepiej. Bo choć ich języka nie da się zrozumieć, a ich przywódcy mogą się bardziej lub mniej podobać, jest to naród, z którym od tysiąca lat wiąże nas głęboka, rzadko spotykana w Europie przyjaźń. Éljen Magyarország!