Ulubioną platformą polityczną jest X (dawny Twitter) Elona Muska. W ręce dziwacznego miliardera, pochodzącego jakby z pełnych grozy baśni fantasy, oddano w Polsce całą komunikację polityczną.
Nie można być politykiem, jeśli się nie jest na X. Nie można, bo przeciwnicy polityczni nie będą mogli zareagować na to, co zostało powiedziane. A jak nie będzie przeciwników, to człowieka tym bardziej nie ma. Polityka sprowadzona do krótkich złośliwości, ciężkich oskarżeń bez pokrycia, haseł, hasztagów i rolek jest wygodna dla jej twórców, ale wyklucza debatę i prawdziwe spory, a jeśli nie ma sporu na argumenty, to niemożliwe jest także porozumienie.
Czytaj więcej
Słabością KO jest Polska niemetropolitalna, a teraz okazuje się, że partię zaskakują również potrzeby i aspiracje mieszkańców dużych miast. Ani PiS...
Pewien młody dziennikarz, przekonany, że dużo wie o polskiej polityce, bo śledzi media społecznościowe, zwierzył mi się kiedyś, że nie mógł wyjść z szoku, kiedy trafił na posiedzenie komisji sejmowej, gdzie toczyła się rozmowa i wymieniano argumenty. To tak można? – pytał młody człowiek z bezbrzeżnym zdumieniem. Można, pod warunkiem, że nikt nie transmituje posiedzenia live na YouTubie, ani nie robi filmików na TikToka czy feeda na Insta. Bo jak robi – to umarł w butach. Nic się nie uda.
Do czego polskim politykom służą wpisy na X?
X służy też do komunikowania się w ramach własnego obozu. Ale to ryzykowne. Jarosław Kaczyński napisał wyraźnie, że nie życzy sobie, by sędzia, który brał udział w procesie lustracyjnym Lecha Wałęsy, został I prezesem Sądu Najwyższego. Mimo to prezydent następnego dnia mianował Zbigniewa Kapińskiego, nie przejmując się wyraźnym wskazaniem politycznego mentora. W ten sposób prezes PiS, korzystając z X, postawił na szali swój autorytet – i przegrał.
Takich błędów nie popełnia premier Donald Tusk, który komunikuje się ze swoimi ludźmi bardziej dyskretnie. W razie buntu – śladów w przestrzeni publicznej nie ma. Choć, jak przyznają po cichu politycy KO, dyscyplina w partii jest taka, że polecenia premiera są wykonywane jeszcze zanim on zdąży je sformułować.
Jak politycy w mediach społecznościowych przejęli czwartą władzę
Jednak największą zaletą takiej komunikacji dla polityków jest fakt, że działa ona tylko w jedną stronę. Nie można o nic dopytać, nie można udowodnić pomyłki czy kłamstwa. Wiadomość idzie w świat, a zdolność do obrony kogoś oskarżonego o największe bezeceństwa sprowadza się do pojedynku na zasięgi. W ten sposób świat polityki zawłaszczył wraz z właścicielami platform kolejny kawałek rzeczywistości i przejął władzę, kiedyś nazywaną „czwartą”, czyli wolne media.