Niedawno pisałem o historycznej zmianie, którą mało kto w Polsce zauważył: kraj, który od dwóch wieków dostarczał światu emigrantów, stał się celem dla imigracji. Główną rolę odgrywał w tym nasz gospodarczy sukces, dzięki któremu realny dochód wzrósł od początku obecnego wieku niemal dwukrotnie, a bezrobocie spadło z 20 do 3 proc.
Wzrost realnych płac był rzeczywiście imponujący i należał do najszybszych w Europie. Na początku obecnego wieku polskie płace, nawet po skorygowaniu o wskaźnik poziomu cen (tak mierzy się realny poziom płac dla celów porównań międzynarodowych – jeśli poziom cen w danym kraju jest niższy niż w innym, za tyle samo euro można w nim kupić więcej), były niemal trzykrotnie niższe niż w Niemczech. Nawet najuboższe kraje zachodnioeuropejskie (Grecja i Portugalia) miały płace dwa razy wyższe od naszych, równie duży dystans dzielił nas od Czechów, nieco mniejszy od Węgrów. Dziś polskie realne płace wyprzedzają siłą nabywczą węgierskie, greckie czy portugalskie, zbliżyły się do czeskich i hiszpańskich, a od niemieckich są już tylko o jedną czwartą niższe.
Jednak to, co cieszy jednych, dla innych może być problemem. Wiele polskich firm płacze: coraz wyższe płace powodują, że ich produkcja przestaje być konkurencyjna. Z punktu widzenia konkurencyjności rzeczywista siła nabywcza płac, które są w danym kraju, nie ma znaczenia. Ważne jest tylko to, ile euro trzeba zapłacić za godzinę pracy. W Polsce jest to nadal o ponad połowę mniej niż w Niemczech, ale już tylko o jedną czwartą mniej niż w Hiszpanii, tyle samo, co w Czechach i więcej niż w Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech. W ciągu minionych pięciu lat wzrost polskich płac przeliczonych na euro sięgnął 75 proc. Spośród krajów unijnych nieznacznie wyprzedzała nas pod tym względem tylko Bułgaria. Średnio w Unii było to tylko 23 proc., w Niemczech 22 proc., we Włoszech zaledwie 10 proc.
Mówiąc krótko: nawet jeśli Niemcy wciąż dostają na rękę znacznie więcej euro od nas, Polska przestała być krajem taniej pracy. Na początku lat 90. ubiegłego wieku, kiedy przeliczone na marki (euro jeszcze nie było) polskie płace stanowiły jedną dziesiątą niemieckich, opłacało się uruchamiać u nas nawet obieralnię krewetek. Kiedy wstępowaliśmy do Unii, w przeliczeniu na euro stanowiły one wciąż jeszcze tylko jedną piątą, więc opłacało się przenosić do nas produkcję fabryk i centrów usługowych.
Dziś różnica spadła do poziomu, przy którym opłacalność takiego manewru nie jest wcale oczywista, zwłaszcza że inwestorzy nawet wewnątrz Unii mogą znaleźć liczne kraje o niższych kosztach pracy niż Polska. Nie mówiąc już o tym, że mogą zacząć zastanawiać się nad tym, czy tańsza od polskich pracowników nie staje się już praca robotów przemysłowych i komputerów wspieranych przez AI. A tymczasem niskie bezrobocie i kiepskie prognozy demograficzne każą sądzić, że na dłuższą metę polska praca będzie się stawała jeszcze droższa niż dziś.
Koniec cudu gospodarczego? Niekoniecznie, raczej konieczność zmiany strategii działania polskich firm. Jeśli praca jest droga, trzeba ją silniej automatyzować, stosując bardziej pracooszczędne technologie, niż do tej pory. Niska stopa inwestycji sugeruje, że część firm uważa, iż zamiast inwestować da się okres drogiej pracy przeczekać, aż znów wrócą wysokie bezrobocie i relatywnie niskie płace. Wszystko wskazuje jednak na to, że nie wrócą.
Czy wysokie płace są problemem? Wręcz odwrotnie, są celem rozwoju gospodarczego. Tyle że za wysokimi płacami musi iść odpowiednio wysoka wydajność pracy, którą osiąga się wyłącznie inwestycjami i szerszym wykorzystaniem wiedzy oraz talentów ludzi dla potrzeb produkcji. Czas to zrozumieć.