Słowo senatus wywodzi się od łacińskiego rzeczownika senex, oznaczając „starca”. Dosłownie zaś znaczy „rada starszych”. Tymczasem polski Senat miast konserwować dobre rozwiązania ucieka się do rewolucji. Czy rewolucji nad urną? Jeszcze nie, ale wiele wskazuje na to, że projekt senatorów Koalicji Obywatelskiej może głęboko przeorać kodeks wyborczy, a jego pomysłodawca senator Waldy Dzikowski może stać się nie senatorem, ale destruktorem jednej z podstawowych funkcji w demokracji, czyli wolnych wyborów nadzorowanych przez niezależne organy.

Projekt przewiduje bowiem przywrócenie wyłącznie sędziowskiego modelu komisarzy wyborczych, redukcję ich liczby ze stu do czterdziestu dziewięciu, natychmiastowe (!) wygaszenie kadencji obecnych komisarzy oraz – co najbardziej rewolucyjne – przekazanie ministrowi sprawiedliwości kompetencji do zgłaszania kandydatów na komisarzy. Nazwijmy rzecz po imieniu: to jest przebudowa infrastruktury wyborczej na rok przed wyborami parlamentarnymi. Cui bono?

Czytaj więcej

KO chce wymienić komisarzy wyborczych i zmienić zasady wyboru posłów

Uzasadnieniem projektu są nieprawidłowości stwierdzone w wyborach prezydenckich 2025 r. Tyle tylko, że kolejne jednostki prokuratury, którym polecono ściganie członków obwodowych komisji wyborczych na pęczki umarzają postępowania wszczęte – tak, nie obawiam się tego słowa – pod zapotrzebowanie publiczności. Znów wracamy do Rzymu, ale nie do Senatu, a na eliptyczne areny amfiteatrów. Laurów jednak senator Dzikowski chyba raczej nie zdobędzie.

Historia zatoczyła koło

Warto przypomnieć, co mówili ci sami politycy osiem lat temu. W 2017 r. posłowie KO podczas prac sejmowej komisji (nad ustawą o zmianie niektórych ustaw w celu zwiększenia udziału obywateli w procesie wybierania, funkcjonowania i kontrolowania niektórych organów publicznych) zacięcie bronili sędziowskiego modelu Państwowej Komisji Wyborczej. Podnosili, że zmiana to „trucizna, która zatruje demokratyczny sposób przeprowadzania wyborów” (poseł Mariusz Witczak). Twierdzili, że „domyka się ciąg technologiczny przejęcia władzy nad niezależnymi instytucjami” (poseł Marcin Kierwiński). Szli dalej, porównując proponowany skład PKW do tego z lat stalinizmu (poseł Piotr Zgorzelski). Ówczesny przewodniczący PKW sędzia Wojciech Hermeliński przestrzegał, że zasiądą w niej „osoby z namaszczenia politycznego”. Wysłannik rzecznika praw obywatelskich akcentował, że ćwierćwiecze sędziowskiego modelu gwarantowało separację od politycznych wpływów. Nie inaczej twierdziła i Krajowa Rada Sądownictwa (w której do marca 2018 r. zasiadał pan sędzia Waldemar Żurek) i pierwsza prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf.

Czytaj więcej

Katarzyna Batko-Tołuć: Quo vadis administracjo wyborcza?

Po drugiej stronie sporu stanęli posłowie Prawa i Sprawiedliwości – Łukasz Schreiber, Marcin Horała czy Szymon Szynkowski vel Sęk, którzy powoływali się na Kodeks Dobrej Praktyki w Sprawach Wyborczych Komisji Weneckiej, wskazując, że centralna komisja wyborcza powinna składać się (w większości) z przedstawicieli partii politycznych obecnych w parlamencie.

Podwójna ironia

Minęła prawie dekada i dziś można mówić o podwójnej ironii. Ci, którzy w 2017 r. twierdzili, że polityk nie może mieć wpływu na skład organów wyborczych, teraz proponują, by kandydatów na komisarzy zgłaszał polityk. Nie wiem, czy minister Żurek autoryzował, czy tworzył opinię KRS z 2017 r., ale dzisiaj już jako polityk ma diametralnie inne zdanie. Cóż, przyzwyczailiśmy się do tego, ale to ciągle uwiera i budzi niepokój. Ironia podwójna, bo ci, którzy chcą sędziów jako komisarzy, nie podważają (nie ma takiej propozycji legislacyjnej) mieszanego, zgodnego ze standardami międzynarodowymi składu PKW, gdzie na dziewięć osób mamy zaledwie dwóch sędziów delegowanych przez TK i NSA. Nota bene, to w dużej mierze dzięki nim, czyli sędziom Sylwestrowi Marciniakowi i Wojciechowi Sychowi organ pracuje we względnym spokoju, chociaż, jak mawia klasyk „inni szatani byli tam czynni”. A zatem trudno o większą niespójność, chwiejność i piwotalność decydentów, jeżeli chodzi o planowaną architekturę administracji wyborczej.

Czytaj więcej

Dariusz Lasocki: Chodzi o bezpieczeństwo głosu. Polemika z Wojciechem Hermelińskim

Minister „wybiera” sędziów na… wybory

Dotychczas kandydatów na komisarzy proponował minister spraw wewnętrznych i administracji, czyli resort odpowiedzialny za logistykę wyborczą, pozbawiony bezpośrednich uprawnień wobec sędziów. Senacki projekt przenosi tę kompetencję na ministra sprawiedliwości. Jest to organ sprawujący nadzór administracyjny nad sądami powszechnymi, decydujący o delegacjach sędziów, obsadzie funkcyjnej i budżetach sądów. To nie jest zmiana techniczna, to planowy i przemyślany krok w stronę zawłaszczenia, pod pozorem niezależności i profesjonalizmu, krytycznych elementów systemu wyborczego.

Niestety zmianie tej nie pomaga nie tylko osoba samego ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka, ale jego publiczna (od lat) krytyka i podważanie statusu około 3 tys. sędziów powołanych w procedurze z udziałem KRS ukształtowanej po 2018 r. Czy minister Żurek, zgłaszając kandydatów na komisarzy, będzie sięgał po sędziów z tej grupy? Czy zbalansuje korpus komisarzy i łaskawie dopuści sędziego z „okręgu” powołanego w 2021 r. do kandydowania? A dalej – czy PKW, której część członków kwestionuje powołanie sędziów i izb w Sądzie Najwyższym zabroni (!) kandydować temu sędziemu z „okręgu”?

Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to mamy do czynienia z dyskryminacją blisko 3 tys. sędziów w dostępie do funkcji publicznej. Tego nie da się obronić.

Wygaszenie kadencji: cel uświęca środki?

Budzi mój głęboki niepokój propozycja natychmiastowego wygaszenia kadencji stu komisarzy. Tu nie chodzi o politykę, tu chodzi o sprawność działania podstawowej funkcji państwa – możliwości sprawnego prowadzenia procesu wyborczego, który – co może być zaskakujące – odbywa się w kraju prawie w każdy weekend. Tu trzeba gwarantować nieprzerwany nadzór nad procesem. Na alarm bije Fundacja Odpowiedzialna Polityka, podkreślając, że „stabilność administracji wyborczej jest wartością samą w sobie”. Czy więc wybory przeprowadzone przez administrację wyborczą obsadzoną przez ministra sprawiedliwości będą wyborami wolnymi i bezpiecznymi?

Zamiast konkluzji

Debata o składzie PKW z 2017 r. odsłoniła fundamentalny spór o filozofię administracji wyborczej. W istocie o to, czy międzynarodowe standardy nas obowiązują czy też zamykamy się na argumenty i praktykę w Europie. Nie ma bowiem już czysto sędziowskich centralnych komisji wyborczych. Polska (gdyby wrócić do tego pomysłu) byłaby jedynym takim krajem. Senacki projekt nie jest kontynuacją tego starego sporu, ale jest jego całkowitym zaprzeczeniem. Izba refleksji zamiast poszukiwać modelu budującego zaufanie do organów wyborczych niszczy je. Zamiast profesjonalizacji proponuje ideologię. Zamiast stabilności oferuje wymianę kadr na rok przed wyborami, ze ścięciem liczebności komisarzy o połowę. I wreszcie, zamiast niezależności przedstawia ideę formowania korpusu komisarzy wyborczych spośród sędziów, którym minister sprawiedliwości musi udzielić zgody na tę dodatkową misję jako „przełożony”. Nie chodzi więc o zmianę pozytywną, ale o kontrolę, żeby nie powiedzieć, krótką smycz, tu jednak sam gryzę się w język…

Autor jest radcą prawnym, byłym członkiem Państwowej Komisji Wyborczej (2020-2024)