Poparcie dla Unii Europejskiej w Polsce stopniowo słabnie, a na naszej scenie politycznej coraz trudniej znaleźć środowisko, które byłoby konsekwentnie i realnie prounijne. Z jednej strony rośnie eurosceptycyzm, z drugiej dominują narracje sprowadzające UE przede wszystkim do funduszy i dotacji. W efekcie coraz bardziej oddalamy się od rozmowy o tym, co dla Polski najważniejsze– o silnym wspólnym rynku i pogłębianiu integracji gospodarczej.

Polska prędzej czy później stanie się płatnikiem netto do budżetu UE – co samo w sobie powinno być symbolem sukcesu gospodarczego, a nie problemem

Korzyści ze wspólnego rynku większe od transferów

Przez lata w Polsce utrwalał się naiwny euroentuzjazm, który sprowadzał Unię Europejską do roli bankomatu: UE daje dotacje, finansuje drogi, dopłaca do projektów. A dopóki pieniądze płyną, nie trzeba zastanawiać się, co będzie dalej. Narracja ta była wygodna i skuteczna, bo opierała się na czymś namacalnym. Na każdym kroku można wszak napotkać tabliczki informujące, że dana droga, szkoła czy inwestycja została dofinansowana ze środków unijnych.

Rzecz jednak w tym, że taki sposób myślenia jest jednocześnie krótkowzroczny i ograniczony. Krótkowzroczny, ponieważ Polska prędzej czy później stanie się płatnikiem netto do budżetu UE – co samo w sobie powinno być symbolem sukcesu gospodarczego, a nie problemem. Ograniczony, ponieważ źródłem największych korzyści z członkostwa są nie transfery, lecz wspólny rynek, opierający się na swobodzie przepływu towarów, usług, kapitału i ludzi.

W latach 2004–2020 Polska otrzymywała średnio 7,7 mld euro rocznie z budżetu UE. To ogromne środki, które przyczyniły się do rozwoju kraju. Nadal jednak pozostają znacząco mniejsze od korzyści wynikających ze wspólnego rynku.

Według szacunków ekonomisty Komisji Europejskiej Jana in ’t Velda wynosiły one średnio 40,7 mld euro rocznie. To pokazuje skalę różnicy między transferami a efektami integracji gospodarczej. Niestety, o tym proeuropejscy politycy wspominają nader rzadko.

Z jednej strony mamy rosnącą niechęć wobec UE, z drugiej – naiwny euroentuzjazm sprowadzający integrację do funduszy europejskich.

Narracje polexitowe

Rosnący eurosceptycyzm już teraz staje się poważnym problemem. Pod koniec zeszłego roku aż 25 proc. Polaków deklarowało poparcie dla Polexitu. Co istotne, alarmują o tym także politycy kojarzeni z prawicą. Konrad Szymański, były minister ds. UE w rządzie Mateusza Morawieckiego, pisał na łamach „Rzeczpospolitej”, że dominujące dziś na części prawicy narracje mogą spychać Polskę na drogę prowadzącą do wyjścia z Unii.

Z jednej strony mamy więc rosnącą niechęć wobec UE, z drugiej – naiwny euroentuzjazm sprowadzający integrację do funduszy europejskich. Również rząd Donalda Tuska – mimo deklarowanej prounijności – nie przedstawia dziś szczególnie ambitnej wizji pogłębiania integracji gospodarczej. Sprzeciw wobec umowy UE–Mercosur, krytyczne podejście do części polityk unijnych czy działania utrudniające dalszą integrację wspólnego rynku pokazują, że także obecna władza chętniej buduje nowe bariery, niż likwiduje te, które już dziś ograniczają rozwój europejskiej gospodarki. Rząd chętnie opowiada o środkach z KPO i unijnych inwestycjach, nie przedstawia jednak szerszej wizji reform, które mogłyby realnie zwiększyć konkurencyjność polskiej gospodarki i wzmocnić wspólny rynek.

W Polsce dyskusja o kolejnych Wieloletnich Ramach Finansowych, czyli budżecie Unii Europejskiej, praktycznie nie istnieje. To symptomatyczne. Dopóki do Polski płyną pieniądze, większość klasy politycznej uznaje, że system działa prawidłowo. Rzadko zastanawiamy się nad tym, jak usprawnić samą Unię i jej gospodarkę.

Nie bez znaczenia jest fakt, że Polska przyłączyła się do apelu o „ambitny budżet” wraz z 15 innymi państwami. Ambitny budżet dla nich wiązałby się z większymi nakładami na wspólną politykę rolną oraz politykę spójności – to wydatki w dużej mierze o charakterze redystrybucyjnym, a nie nastawionym na rozwój wspólnego rynku.

Część proponowanych programów może stać się narzędziem polityki przemysłowej prowadzącej do tworzenia uprzywilejowanych grup interesu zamiast wzmacniania konkurencyjności europejskiej gospodarki

Jaki budżet Unii Europejskiej

Tymczasem budżet na lata 2028–2034 ma być wyraźnie większy niż poprzedni i sięgnąć nawet 1,26 proc. dochodu narodowego UE. Oznacza to również nowe źródła finansowania i większe obciążenia dla europejskich podatników. Dlatego warto zadawać pytania nie tylko o wysokość wydatków, ale także o ich sens. Część proponowanych programów może stać się narzędziem polityki przemysłowej prowadzącej do tworzenia uprzywilejowanych grup interesu zamiast wzmacniania konkurencyjności europejskiej gospodarki.

W ramach sieci EPICENTER przygotowaliśmy raport dotyczący nowych Wieloletnich Ram Finansowych. Proponujemy mniejszy budżet nie dlatego, że jesteśmy przeciwnikami Unii Europejskiej, ale dlatego, że chcemy skoncentrować go na tym, co naprawdę buduje europejską siłę gospodarczą – wspólnym rynku. Pieniądze same w sobie nie rozwiążą problemów Europy. Znacznie ważniejsze są reformy na poziomie krajowym i unijnym, które usuwają bariery i przyspieszają inwestycje.

Dobrym przykładem jest instrument „Łącząc Europę”. Rozwój kolei czy sieci przesyłowych wymaga finansowania, ale dziś równie dużym problemem są przewlekłe procedury i nadmierna biurokracja, które wydłużają inwestycje i podnoszą ich koszty. Deregulacja mogłaby w wielu przypadkach przynieść lepsze efekty niż kolejne miliardy wydawane bez równoległych reform.

Europa nadal finansuje istniejące układy gospodarcze

Raport pokazuje też obecne priorytety UE – dalej znacząca część środków trafi do rolników. Na wspólną politykę rolną przewidziano 296 mld euro, podczas gdy instrument „Łącząc Europę” ma otrzymać 81 mld euro, obronność i przestrzeń kosmiczna – 131 mld euro, a Horizon Europe wspierający naukę i innowacje – 175 mld euro. Ta struktura wydatków pokazuje, że Europa nadal w dużej mierze finansuje utrzymywanie istniejących układów gospodarczych zamiast wzmacniania konkurencyjności, innowacyjności i integracji rynku.

Oczywiście polscy rządzący będą z wielkim zapałem opowiadać o tym, że duża część tych środków trafi do polskich rolników. Problem zacznie się wtedy, gdy Unia zacznie wymagać od rolników czegokolwiek, a ci będą organizować kolejne protesty i blokady, których skutki odczują nie tylko decydenci, ale też wszyscy obywatele.

Potrzebujemy wizji integracji opartej na konkurencyjności

Polska potrzebuje liberalnego euroentuzjazmu – podejścia, które z jednej strony będzie odpierać antyunijne mity i narracje prowadzące do marginalizacji Polski w Europie, a z drugiej przestanie traktować Unię wyłącznie jako źródło pieniędzy, podejścia, które poważnie traktuje unijne wartości i walczy o rozwój całej Europy.

W spolaryzowanej debacie łatwo dziś zostać oskarżonym o eurosceptycyzm za samą krytykę działań UE. Tymczasem rzeczowa krytyka oparta na faktach, danych i realnych problemach nie jest atakiem na Unię, lecz wyrazem troski o jej rozwój i przyszłość Polski w ramach europejskiej wspólnoty. Czym innym jest bowiem krytyczne myślenie o konkretnych działaniach UE, a czym innym szerzenie emocjonalnych narracji opartych na strachu i dezinformacji. Potrzebujemy wizji integracji opartej na wspólnym rynku, konkurencyjności, wolności gospodarczej i realnym rozwoju całej Europy.

Pierwszym krokiem powinno być dokończenie budowy prawdziwie jednolitego rynku i temu właśnie celowi powinien być podporządkowany unijny budżet.

O autorze

Mateusz Michnik

Analityk ekonomiczny Fundacji FOR (Forum Obywatelskiego Rozwoju)