Co jakiś czas ktoś ogłasza koniec globalizacji. Pandemia miała ją zabić, wojna w Ukrainie dobić, a cła i geopolityczne przepychanki Trumpa – pochować ostatecznie. Świeży raport OECD „Trends in Global Value Chains” każe tę tezę mocno zrewidować. Otóż globalne łańcuchy wartości miały się w 2024 r. lepiej niż kiedykolwiek – w ujęciu realnym, oczyszczonym z inflacji, ich udział w światowym PKB sięgnął historycznego szczytu, około 17 proc. Firmy – owszem – dywersyfikują dostawców i zabezpieczają się przed szokami, ale nie wracają masowo do produkcji lokalnej. Zmienia się nie tyle skala globalizacji, co jej struktura.

Między 2011 a 2024 rokiem 49 z 80 gospodarek objętych raportem zwiększyło udział zagranicznej wartości dodanej w swoim eksporcie. Polska jest w tej grupie

Jak głęboka jest nasza integracja międzynarodowa 

Dla Polski i całego regionu Europy Środkowej to wiadomość z gatunku tych, które trzeba czytać uważnie, bo diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Z jednej strony potwierdza się to, co wiemy z doświadczenia: jesteśmy głęboko wciągnięci w przemysłowe sieci dostaw, montujemy samochody, produkujemy podzespoły elektroniczne, jesteśmy zapleczem fabrycznym dla Niemiec i reszty Unii. Z drugiej strony, dane OECD pokazują wyraźnie, że to wciąż za mało, by mówić o dojrzałej integracji na własnych warunkach.

Zacznijmy od liczby, która najbardziej rzuca się w oczy: między 2011 a 2024 rokiem 49 z 80 gospodarek objętych raportem zwiększyło udział zagranicznej wartości dodanej w swoim eksporcie. Polska jest w tej grupie – nasz wskaźnik tak zwanej backward participation, czyli udziału importowanych komponentów i usług w tym, co wysyłamy za granicę, wzrósł z 32 do 35 proc. To wzrost, ale skromny na tle sąsiadów. Węgry mają już 53 proc., Słowacja 49 proc., Czechy 47 proc. – to poziomy, które każą zadać pytanie, ile w eksporcie tych krajów zostaje właściwie ich własnego.

Estonia w ciągu dekady poszła najdalej – z 44 do 51 proc. Polska rośnie wolniej i z niższego pułapu, co można czytać dwojako: albo jako oznakę mniejszej głębi integracji, albo jako sygnał, że nasza gospodarka jest odrobinę mniej jednostronnie uzależniona od importowanych podzespołów niż region wokół nas.

Świat coraz mniej sprzedaje usługi przez granicę, a coraz więcej dostarcza je lokalnie, przez firmy, które fizycznie obecne są w danym kraju

Zmiany w eksporcie usług 

Drugi wątek raportu, mniej oczywisty, ale chyba ważniejszy z punktu widzenia polityki gospodarczej, dotyczy usług. OECD pokazuje, że handel usługami rósł w ostatniej dekadzie znacznie szybciej niż handel towarami – 64 proc. skumulowanego wzrostu wobec 26 proc. dla towarów.

Co więcej, największym kanałem międzynarodowej dostawy usług nie jest już klasyczny eksport, tylko obecność handlowa za granicą, czyli działalność zagranicznych filii. Innymi słowy: świat coraz mniej sprzedaje usługi przez granicę, a coraz więcej dostarcza je lokalnie, przez firmy, które fizycznie obecne są w danym kraju.

To ważne, bo pokazuje, gdzie faktycznie rodzi się dziś przewaga konkurencyjna. Nie tylko w fabryce, która składa gotowy produkt z zagranicznych części, ale w usługach, które tę produkcję otaczają – logistyce, finansowaniu, projektowaniu, informatyce, badaniach i rozwoju. I tu pojawia się ciekawy, dość pocieszający wątek dla Polski. Spośród krajów Grupy Wyszehradzkiej to właśnie u nas krajowa treść usługowa w eksporcie przemysłowym jest najwyższa – 13,3 proc., podczas gdy na Węgrzech, Słowacji i w Czechach to zaledwie 9-10 proc. Wciąż daleko nam do Niemiec (18,9 proc.) czy średniej unijnej (25,7 proc.), ale w regionalnym peletonie nie jesteśmy ostatni. To sygnał, że polskie firmy usługowe: od centrów IT po biura projektowe i księgowe, wnoszą do eksportu przemysłowego więcej niż ich odpowiedniki u sąsiadów.

Węgry i Słowacja to dziś w Europie Środkowej najbardziej „montownie”: gospodarki z bardzo wysokim udziałem importowanych komponentów i usług, i relatywnie niskim udziałem własnej wartości dodanej

Na co postawić 

Dodajmy jeszcze, że według UNCTAD napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych do Polski wyniósł w 2025 r. 13,9 mld dol., wobec 14,2 mld dol. w 2024 r. i szczytowych 35,5 mld dol. w 2022 r., co jest spadkiem o 1,9 proc. r/r i o 60,8 proc. względem maksimum sprzed czterech lat. Mimo to Polska pozostaje relatywnie atrakcyjną lokalizacją dzięki dużemu zapleczu przemysłowemu.

Wartość zapowiedzianych inwestycji typu greenfield jest niezmiennie najwyższa w regionie CEE i wzrosła w 2025 r. o 9 proc., podczas gdy w innych krajach regionu odnotowano spadki, a dla całej UE wzrost sięgnął blisko 30 proc. Globalna konkurencja o kapitał przesuwa się w stronę AI, centrów danych, półprzewodników, baterii – utrzymanie atrakcyjności inwestycyjnej będzie wymagało wzmocnienia pozycji Polski właśnie w tych obszarach.

Zestawiając te dane, rysuje się dość jasny obraz. Węgry i Słowacja to dziś w Europie Środkowej najbardziej „montownie”: gospodarki z bardzo wysokim udziałem importowanych komponentów i usług, i relatywnie niskim udziałem własnej wartości dodanej. To model, który świetnie sprawdzał się przy niskich kosztach pracy i stabilnej globalizacji, ale robi się kruchy, gdy koszty rosną, a łańcuchy dostaw trzeba przeorganizowywać.

Konkurencyjność opartą wyłącznie na montażu i imporcie gotowych komponentów łatwo stracić – wystarczy, że koszty pracy w regionie dalej będą rosły, a inwestor przeniesie linię montażową o kilkaset kilometrów dalej

Polska, choć wciąż mocno zintegrowana z regionalnymi sieciami produkcyjnymi jako baza wytwórcza, ma w tej układance odrobinę więcej własnej wartości dodanej. To jest kapitał, który warto pomnażać, zamiast pogłębiać zależność importową w samym montażu.

Raport OECD wprowadza też pojęcie „gospodarek-łączników” – krajów, które montują, przetwarzają i reeksportują cudze komponenty, stając się węzłami w sieci produkcji rozproszonej między Chinami, Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. To rola, którą region Europy Środkowej pełni od dawna, ale która nie jest dana raz na zawsze. Bilateralny handel wartością dodaną między Chinami, Unią a USA rośnie inaczej niż handel brutto – co sugeruje, że gospodarki pośredniczące zyskują na znaczeniu tam, gdzie potrafią oferować coś więcej niż tanią siłę roboczą przy taśmie. Musimy umieć ten produkt przetworzyć.

 Nasza przyszłość

Jest w tym wszystkim przesłanie dla polityki przemysłowej, które trudno przecenić. Konkurencyjność opartą wyłącznie na montażu i imporcie gotowych komponentów łatwo stracić – wystarczy, że koszty pracy w regionie dalej będą rosły, a inwestor przeniesie linię montażową o kilkaset kilometrów dalej na wschód (np. do odbudowującej się Ukrainy) lub południe (do Turcji, niespętanej polityką klimatyczną UE).

Konkurencyjność opartą na krajowych usługach dla przemysłu – logistyce, IT, finansach, projektowaniu, badaniach i rozwoju – dużo trudniej przenieść, bo wymaga ona kompetencji, kapitału ludzkiego i instytucji, które buduje się latami. Polska ma tu, jak pokazują dane OECD, niewielką, ale realną przewagę nad najbliższymi sąsiadami. Pytanie, czy potrafimy ją zamienić w coś więcej niż statystyczną ciekawostkę w raporcie międzynarodowej organizacji.

Polska stoi dokładnie na granicy przeskoczenia do bardziej zaawansowanego klubu, bo mamy skalę, bo mamy usługi, bo nadal mamy inwestycje zagraniczne. Musimy te usługi dla przemysłu i bycie gospodarką łącznikiem wykorzystać. Nasza przyszłość może bardziej zależeć nie od decyzji o kolejnej fabryce, którą uda się przyciągnąć nad Wisłę, ale od inwestycji w usługi dla przemysłu.

O autorze

Piotr Arak

Główny ekonomista VeloBanku, adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW