Poniższy tekst został napisany do tygodnika „Sieci”, ale
wobec odmowy publikacji autor zakończył swoją trzynastoletnią współpracę z tą
redakcją.
Prezes PiS Jarosław Kaczyński oskarżył wyznaczonego przez siebie kandydata na premiera Przemysława Czarnka o działalność godzącą w „polską rację stanu i polskie bezpieczeństwo”. W ustach byłego wicepremiera, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo państwa, jest to być może najcięższe oskarżenie polityczne, jakie w ogóle daje się sformułować. Tym bardziej że Kaczyński to polityk, który z pilnowania interesu i suwerenności państwa uczynił sedno swojej misji, często zarzucając brak respektu dla tych wartości swym politycznym wrogom, choćby Donaldowi Tuskowi. Tym razem jednak rzecz jest odmienna i precedensowa. W polskiej polityce nie było dotąd przypadku, aby przywódca partyjny, który sam wylansował swego współpracownika jako lidera i kandydata na szefa rządu, raptem cztery miesiące później zarzucił mu publicznie rzecz tak karygodną, jak rozminięcie się z racją stanu i bezpieczeństwem państwa polskiego. Ten casus jako rzecz niezwykła odnotowany zostanie w podręcznikach polskiej historii politycznej naszego czasu.