Na szczycie NATO w Ankarze dość nieoczekiwanie rozkwitła miłość między dwoma silnymi przywódcami, którzy dotychczas niespecjalnie znajdowali wspólny język, a jeśli już ze sobą rozmawiali, to raczej przez zaciśnięte zęby. Mowa oczywiście o spotkaniu Wołodymyra Zełenskiego z Donaldem Trumpem.

Zaryzykowałbym jednak tezę, że do zdziwienia nie ma powodów. A ostatnie sukcesy Ukrainy w upokarzaniu Rosji przy użyciu dronów nie są tego głównym powodem.

Czy Europa jest jeszcze potrzebna Donaldowi Trumpowi i Wołodymyrowi Zełenskiemu?

Zarówno ze strony Trumpa, jak i Zełenskiego może to być próba pokazania, że Europa nie jest im do niczego potrzebna. Skoro już się lubią i mają ze sobą „dobry kontakt”, to przecież całkiem swobodnie mogą dogadać się bez pośrednictwa Europejczyków, ponad ich głowami i bez uwzględniania europejskich interesów. Ukrainie nie jest już potrzebny żaden adwokat (choć europejska broń i owszem). A Trumpowi nie jest potrzebny pośrednik, temperujący wybujałe ego obydwu polityków, w sposób umożliwiający utrzymanie w miarę poprawnych relacji.

Sam Trump niejednokrotnie twierdził, że Europa nic Ameryce nie daje, dużo za to od niej bierze. I bynajmniej nie chodzi w tym przypadku wyłącznie o nakłady na obronność, by przypomnieć choćby słowne przepychanki wokół cen leków w Europie, które, zdaniem amerykańskiego prezydenta, są za niskie, ze szkodą dla amerykańskiej gospodarki.

I choć w globalnym ujęciu jest to teza nieprawdziwa, może z wyjątkiem wspomnianej już obronności, w przypadku której amerykański prezydent ma jednak trochę racji, to jednak jest ona powtarzana stale i konsekwentnie zarówno przez samego Donalda Trumpa, jak i najważniejszych ludzi jego administracji. Ich zdaniem Europa zwyczajnie „żeruje” na Amerykanach, odpłacając im równocześnie kolejnymi barierami handlowymi, na których tracą amerykańskie koncerny.

Czytaj więcej

Kryzys NATO w Ankarze. Donald Trump atakuje Hiszpanię i Danię

Ukraina i Turcja. Stany Zjednoczone szukają asertywnych partnerów

Gdyby zatem uznać ocieplenie na linii USA–Ukraina, włącznie z obietnicą udzielenia Kijowowi licencji na produkcję Patriotów (której Ukraina i tak nie byłaby stosunkowo szybko w stanie uruchomić), za działanie celowe, byłaby w tym pewna logika i konsekwencja. Jedynym słabym punktem pozostawałaby wrodzona Trumpowi zmienność poglądów i sympatii, która niejednokrotnie prowadziła do gwałtownych zwrotów, burząc nieco wiarę w przemyślane plany i strategie amerykańskiego prezydenta.

Z drugiej strony, logika działania Amerykanów jest w tym przypadku całkiem oczywista. Skoro nie udało się znaleźć wśród państw europejskich „konia trojańskiego”, który rozsadziłby unijną jedność od środka, osłabiając europejskie ambicje gospodarcze i handlowe, to trzeba Europejczykom pokazać, że USA mogą sobie znaleźć innych sojuszników. Takich, którzy będą potrafili okazywać zachodnioeuropejskim dyplomatom odpowiedni poziom asertywności. Podobny do tego, który od pewnego czasu Polsce okazuje Ukraina w sporze o zbrodnię wołyńską i nieakceptowalne dla Polaków gloryfikowanie członków UPA.

I choć przy częstej nieporadności Donalda Trumpa w polityce zagranicznej trudno w taki chytry plan uwierzyć, to wydaje się, że mimo wszystko ktoś mógł mu go sprytnie podsunąć. Może o tym świadczyć nie tylko zmiana stosunku do konfliktu na Ukrainie i osobiście Zełenskiego, ale także zmiana sposobu traktowania Turcji.

Ankara od dekad ma własne, długofalowe napięcia z UE (spór o Cypr, migrację i członkostwo), a geograficznie leży na styku NATO i Bliskiego Wschodu. To kraj, który historycznie bywał już wykorzystywany przez USA jako „wentyl” do omijania europejskiego konsensusu (np. w kwestii Syrii czy relacji z Rosją). Po tym jak w Europie Trump stracił sojusznika w postaci Viktora Orbána, a także zawiódł się – jak zapewne uważa – na Włoszech i bardzo obiecującej z punktu widzenia ideologii MAGA premier Giorgii Meloni, Turcja jest logicznym wyborem. Choć trzeba mieć na uwadze, że Ankara ma dziś znacznie większe ambicje, niż wydaje się to Amerykanom.

Czytaj więcej

Szczyt NATO w Ankarze. Donald Trump robi prezent prezydentowi Turcji

Liczba amerykańskich żołnierzy w Polsce zależy od wyniku wyborów

W całej tej układance Polska niestety niespecjalnie się dziś liczy. Jak słusznie bowiem zauważa w swoim komentarzu Michał Szułdrzyński, USA przewidują, że w nowym NATO wiodącą rolę będą odgrywały jednak Niemcy, a nie Polska jako „wzorowy sojusznik”. Amerykanie niespecjalnie zadbali też o to, by swojego sojusznika w sporze o UPA z prezydentem Zełenskim wesprzeć. I oczywiście możemy się mimo to cieszyć, że pod wpływem decyzji Trumpa Amerykanie wzmacniają swoją obecność wojskową nad Wisłą. Ale nie łudźmy się, Trump robi to po to – co sam zresztą podkreśla – żeby wesprzeć politycznie otoczenie prezydenta Karola Nawrockiego i pomóc odzyskać w przyszłym roku władzę spolegliwej wobec USA polskiej prawicy. Przecież ogłaszając wysłanie do Polski dodatkowych 5 tysięcy żołnierzy w maju, napisał wprost: „W związku z pomyślnym wynikiem wyborów, w których zwyciężył obecny prezydent Polski Karol Nawrocki – którego z dumą poparłem – (...) mam przyjemność ogłosić, że Stany Zjednoczone wyślą do Polski dodatkowe 5000 żołnierzy”.

To każe się zastanowić, czy Trump, gdyby wynik przyszłorocznych wyborów w Polsce okazał się z jego punktu widzenia niekorzystny, nie zabierze nam nagle tych dodatkowych żołnierzy. To trochę tak, jakby chciał w ten sposób dać Polakom wyraźny sygnał, jak mają w następnych wyborach zagłosować. Nie zdziwię się, jeśli w przyszłym roku okaże się, że nawet ta stała, już niemal obiecana baza, i tak będzie ostatecznie zależała od tego, jakiego wyboru Polacy dokonają przy urnach wyborczych. Jest to dla mnie o tyle smutne, że głęboko wierzę w potrzebę utrzymania sojuszu z USA, jednak – mimo różnicy potencjałów obydwu państw – na zasadach partnerskich, a nie wiernopoddańczych.

Czytaj więcej

Marek Kutarba: Wojna z Rosją rozstrzygnie się na Bałtyku

Amerykańską polityką rządzą egoistyczne interesy potentatów przemysłowych

Wracając jednak do polityki w nieco szerszym, międzynarodowym wymiarze, założyłbym, że wbrew pozorom za wszystkim tym nie stoi wielka geopolityka i wielki plan, ale cały pakiet egoistycznych interesów amerykańskich potentatów przemysłowych, szczególnie tuzów Doliny Krzemowej, których europejskie regulowanie rynku usług cyfrowych uwiera ponad miarę. Jest to o tyle zrozumiałe, że to środowisko, które przyzwyczaiło się, iż żadne zasady go nie dotyczą. I które głęboko wierzy, że świat powinien się podporządkowywać ich oczekiwaniom.

Wpływy tego środowiska na amerykańską politykę zagraniczną doskonale pokazała majowa wyprawa Trumpa do Chin na spotkanie z Xi Jinpingiem. Podróż, w którą zabrał ze sobą najważniejszych przedstawicieli branży technologicznej: Elona Muska, Tima Cooka i szefa Nvidii Jensena Huanga (ten ostatni dołączył do delegacji w ostatniej chwili, wsiadając na pokład Air Force One podczas międzylądowania na Alasce, co stało się dla internautów doskonałą inspiracją do tworzenia przezabawnych memów). Świadczy o tym także obecność przedstawicieli tego środowiska w różnych gremiach wokół prezydenckiej administracji. Bo przecież to nie tylko Elon Musk, który zawiódł jako doradca działający w ramach Departamentu Efektywności Rządu (DOGE), ale także Mark Zuckerberg, zasiadający od marca w Prezydenckiej Radzie Doradców ds. Nauki i Technologii, czy David Sacks, przez wiele miesięcy pełniący funkcję „cara” ds. AI i kryptowalut w Białym Domu.

W tej sytuacji zbieżność ostatnich wydarzeń z kolejnymi groźbami Trumpa pod adresem państw stosujących i zamierzających wprowadzić podatek cyfrowy, wśród których jest także Polska, daje naprawdę sporo do myślenia. Kto zatem naprawdę rozdaje karty – administracja czy zarządy wielkich firm technologicznych – pozostaje ważnym pytaniem.