W czerwcu 2026 r. działający przy Prawie i Sprawiedliwości Zespół Pracy dla Polski ogłosił raport ekspercko-legislacyjny „Zmiany w zasadach wynagradzania medyków”. Dokument proponuje wystandaryzowane umowy o udzielanie świadczeń wraz z ich centralnym rejestrem, stawki maksymalne w sektorze publicznym, jawność cen w sektorze prywatnym, powiązanie preferencji podatkowych z warunkami jakościowymi, przede wszystkim elektroniczną ewidencją czasu pracy, oraz – jako trzeci filar – docelowo kompletny obraz kosztów leczenia w Internetowym Koncie Pacjenta, rozumiany jako zestawienie wszystkich wydatków na zdrowie niezależnie od tego, czy pokrył je płatnik publiczny, czy sam pacjent ze środków prywatnych. Lektura raportu skłoniła mnie do sięgnięcia po własny tekst, opublikowany na łamach „Rzeczpospolitej” pod tytułem „Podnoszenie wynagrodzeń nie pomoże w dostępie pacjentów do świadczeń zdrowotnych”. Ukazał się 8 lipca 2019 r. – siedem lat temu, niemal co do dnia.
Czytaj więcej
Ministerstwo Zdrowia przedstawiło pakiet reform, który ma uporządkować finansowanie i organizację systemu ochrony zdrowia. Większość zapowiedzianyc...
Podobne diagnozy. Realizacja spóźniona o wiele lat
Zbieżność obu diagnoz nie wymaga komentarza – wystarczy zestawienie artykułu z raportem. Tekst z 2019 r. wskazywał, że finansowanie wynagrodzeń wprost ze środków przeznaczonych na zakup świadczeń oraz podwyżki adresowane wybiórczo do pojedynczych grup zawodowych trwale zaburzyły obieg pieniądza w systemie i odebrały dyrektorom podmiotów leczniczych realny wpływ na politykę płacową. Zwracał też uwagę, że deficyt kadr postawił medyków w uprzywilejowanej pozycji negocjacyjnej wobec rywalizujących o nich pracodawców, a interwencja finansowa państwa pomnożyła ceny usług, a nie ich liczbę. Proponował dwa kierunki naprawy: wzorowaną na Niemczech deklarację segmentu rynku, publicznego lub prywatnego, jako miejsca wykonywania zawodu oraz pułap wynagrodzenia dla udzielających świadczeń finansowanych publicznie.
Raport z 2026 r. przekłada tę samą diagnozę na konkretny projekt legislacyjny: opisuje licytację stawek między szpitalami pozbawionymi wiedzy o cenach rynkowych, odwołuje się do niemieckich wzorców regulacji sektorowej i projektuje stawki maksymalne, ustalane rozporządzeniem ministra zdrowia, dla każdego z sześciu modeli rozliczeń – od stawki godzinowej, przez ryczałt i procent od procedury, po model mieszany ze składnikiem jakościowym. Oba teksty przewidują też, w którym miejscu taka konstrukcja mogłaby się rozszczelnić: regulacja ograniczona do placówek publicznych przeniosłaby podaż pracy lekarzy do sektora prywatnego, gdzie stawki od np. 500 zł za godzinę wzwyż znalazłyby się poza jej zasięgiem, a pacjentowi zostałby wybór między kolejką a dopłatą, stąd w 2019 r. pomysł, aby lekarz deklarował segment rynku, w którym wykonuje zawód, a w 2026 r. domknięcie jawnością cen po stronie komercyjnej. Jedynie trzeci filar raportu wykracza poza horyzont z 2019 r.: perspektywa pacjenta, który na internetowym koncie – zasilanym m.in. obowiązkową e-fakturą wystawianą bez jego danych osobowych – ma zobaczyć w jednym miejscu wydatki publiczne, prywatne i apteczne, z rocznym podsumowaniem kosztów leczenia. Poza tym zmieniły się tylko skala szczegółowości propozycji i polityczne umocowanie autorów.
Czytaj więcej
- Usłyszeliśmy dokładnie te same propozycje, które resort przedstawiał już w październiku 2025 r. – mówi „Rz” Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Ra...
Kosztowna zwłoka w uporządkowaniu zasad wynagradzania lekarzy
Siedem lat dzielących artykuł z 2019 r. od raportu ma zarazem wymiar policzalny. Według przywołanych w nim danych GUS i ustawy budżetowej nakłady publiczne na ochronę zdrowia wzrosły z ok. 77 mld zł w 2015 r. do ok. 232 mld zł w 2025 r., podczas gdy ich udział w produkcie krajowym brutto zwiększył się jedynie z 4,3 do 5,9 proc. Publikacja z 2019 r. przypadła mniej więcej w połowie tej krzywej i przewidywała jej dalszy przebieg: pogarszanie płynności finansowej szpitali wraz z narastającym zadłużeniem, niską dynamikę zakupu świadczeń, dezintegrację siatki wynagrodzeń. Wszystkie trzy zjawiska raport ujmuje już jako punkt wyjścia reformy, a bieżące liczby pokazują skalę strat, jakie w tym czasie przyniosła zwłoka w uporządkowaniu zasad wynagradzania: w planie finansowym Narodowego Funduszu Zdrowia na przyszły rok brakuje ok. 21 mld zł, a prognoza Federacji Przedsiębiorców Polskich mówi o ok. 94 mld zł deficytu już w 2028 r.
Autorzy przyznają zresztą wprost, że przyjęta niedawno przez Sejm ustawa, dająca Ministerstwu Zdrowia dostęp do danych o wynagrodzeniach, stanowi zaledwie „spóźniony pierwszy krok”, skoro porównywalny efekt umożliwiały rozwiązania uchwalone jeszcze w 2018 r. przez ówczesny rząd. Mechanizm tych strat jest prosty i został opisany już w 2019 r.: gdy pieniędzy przybywa, a nikt nie mierzy, ile i za co system wydaje na pracę lekarza, wzrost pochłania przede wszystkim cena godziny, a nie liczba przyjętych pacjentów. Każda kolejna transza trzykrotnie zwiększonego strumienia trafiała zatem do obiegu pozbawionego rejestru umów, informacji o stawkach i reguł ich kształtowania – i w znacznej części zasilała spiralę płacową zamiast dostępność leczenia.
Czytaj więcej
Ministerstwo Zdrowia nie zamierza wycofywać się z planów ograniczenia wynagrodzeń lekarzy pracujących na kontraktach. Minister zdrowia Jolanta Sobi...
Diagnozy sprzed 7 lat ani PiS, ani PO nie przekuły w działanie
Zestawienie obu publikacji nie służy sporowi o pierwszeństwo. Oceny sformułowane w 2019 r. z pozycji kierującego dużym szpitalem klinicznym powtórzyło w 2026 r. zaplecze eksperckie Prawa i Sprawiedliwości, a w lipcu potwierdził rząd, który w odpowiedzi na ultimatum premiera Donalda Tuska ogłosił indywidualne limity wynagrodzeń – z pułapem 240 zł brutto za godzinę dla lekarzy na umowach cywilnoprawnych, czyli złagodzoną odmianę stawek maksymalnych, tyle że bez rejestru umów i ewidencji czasu pracy, o które upominały się oba porównywane teksty. Diagnoza okrzepła więc ponad podziałami – rozbieżności dotyczą już wyłącznie wyboru terapii.
Co znamienne, podobnie rozkładają akcenty respondenci: według przedstawionego 6 lipca opracowania „Nowy kontrakt społeczny dla ochrony zdrowia”, przygotowanego przez Human Answer Institute i Centrum im. Adama Smitha na podstawie sondażu przeprowadzonego na reprezentatywnej próbie 1093 dorosłych Polaków, za niewydolność systemu 74 proc. z nich wini jego organizację, a lekarzy zaledwie 38 proc. To samo badanie studzi jednak zapał zwolenników rozwiązań rynkowych: 70 proc. ankietowanych wolałoby dla lekarzy etaty zamiast umów cywilnoprawnych – społeczna recepta biegnie obok rynkowej i żaden z omawianych dokumentów tego rozdźwięku nie domyka.
Dla porządku warto odnotować, że trzon proponowanej w cytowanym raporcie sekwencji – najpierw dane, potem reguły płacowe – był w pełni wykonalny już w chwili publikacji artykułu w 2019 r.: zabrakło jednak wówczas decyzji, nie narzędzi. Tamto zaniechanie pokazuje przy okazji, że siedem lat to w ochronie zdrowia dokładnie tyle, ile dzieli moment, w którym problem można jeszcze uprzedzić, od chwili, w której pozostaje go już tylko naprawiać. Niestety, za tę zwłokę system rozlicza się dziś, a rachunek rośnie w tempie, jakie wyznacza deficyt Funduszu pogłębiający się z 21 do 94 mld zł, i sięga obok finansów płatnika także dobra trudniejszego do odbudowania – zaufania pacjentów, które kolejne odsłony publicznej debaty o lekarskich zarobkach wystawiają na ciężką próbę.
Medycyna zna tę prawidłowość aż nadto dobrze – najdroższa jest terapia rozpoczęta zbyt późno, dlatego systemowi ochrony zdrowia w Polsce pozostało zadanie najprostsze do zapisania i najtrudniejsze do wykonania: zdążyć, zanim kolejne siedem lat zamieni diagnozę w epikryzę.
Śródtytuły pochodzą od redakcji