„Chiny są śpiącym gigantem, kiedy się obudzą, wstrząsną światem” – miał powiedzieć Napoleon odwiedzającemu go na Wyspie Świętej Heleny angielskiemu dyplomacie. Nawet jeśli ta historia jest zmyślona, słowa brzmią dziś zdumiewająco prawdziwie.
Opowieść o tym, co rzekomo przewidział Napoleon jest tym bardziej nieprawdopodobna, że na początku XIX wieku Chiny nie były wcale śpiącym gigantem, ale po prostu gigantem, wytwarzającym jedną trzecią światowego PKB (Europa wytwarzała wtedy tylko jedną czwartą). Trzeba było półtora wieku gospodarczego upadku, najpierw pod rządami cesarzy, potem chaosu, a wreszcie twardogłowych komunistów, by udział ten spadł do 5 proc., a kraj stał się wręcz symbolem biedy i zacofania. Do czasu, aż reformy zapoczątkowane przez Denga wprowadziły go znów na ścieżkę rozwoju, który zaskoczył i zadziwił świat.
Jeszcze w roku 2004, kiedy wstępowaliśmy do Unii, a Katie Melua śpiewała, że w Pekinie jest 9 milionów rowerów, liczony w bieżących dolarach PKB Chin był sześć razy mniejszy od unijnego, eksport do krajów UE-27 wynosił 108 mld euro, a chińska nadwyżka handlowa sięgała 64 mld euro. Dziś po Pekinie jeździ ponad 6 milionów aut, PKB jest taki jak w Unii (przy pomiarze według parytetu siły nabywczej wyższy), eksport wyniósł w roku 2025 już 564 mld euro, a nadwyżka w handlu z Unią aż 365 mld euro. Miliard euro dziennie!
Teraz dostało się paczkom z drobnymi zakupami online, których każdego dnia przybywa do Unii 16 milionów (głównie z Chin). Ale europejscy producenci znacznie bardziej boją się chińskich paneli słonecznych, coraz bardziej zaawansowanej technologicznie elektroniki, a przede wszystkim zalewających dziś unijny rynek samochodów elektrycznych. Jeszcze w roku 2020 Chińczycy sprzedali ich w Europie 70 tysięcy. W 2025 r. był to już niemal milion, a w ciągu pierwszej połowy tego roku o ponad 20 proc. więcej niż przed rokiem.
Europejscy producenci, zarówno małe firmy konkurujące z towarami przychodzącymi w paczkach, jak i wielkie koncerny motoryzacyjne, biją na alarm. Chiny, zmagające się z utrudnionym dostępem do rynku Stanów Zjednoczonych (do zeszłego roku ich największego odbiorcy) i wyraźnie słabnącym własnym tempem rozwoju, robią wszystko, by w trwały sposób zdobyć jak największą część rynku europejskiego. Gotowe są teraz subsydiować produkcję i sprzedawać po cenach dumpingowych, nie przejmując się normami jakościowymi mającymi chronić zdrowie konsumentów i środowisko naturalne. Ale europejscy producenci ostrzegają: kiedy Chińczycy zdobędą rynek, a my zbankrutujemy, ceny ponownie wzrosną.
W ostrzeżeniach europejskich producentów jest sporo racji. Ale nie ma też wątpliwości, że jest w tym również bardzo wiele ich winy. Wielkie europejskie koncerny motoryzacyjne spokojnie czekały z rozpoczęciem masowej produkcji samochodów elektrycznych na unijne dotacje do zakupów i na unijne regulacje, które miały zagwarantować im sukces. Chińscy producenci nie czekali, a ryzyko kazał podjąć zasilający ich dotacjami własny rząd.
Sądzę, że relacje handlowe Unii z Chinami będą się zaostrzać, a protekcjonizm polityki unijnej wzrośnie. Ale cła to nie jest żadna recepta na choroby europejskiej gospodarki, a jedynie środek przeciwbólowy. Być może dziś niezbędny, ale nie rozwiązujący problemów.