To nie jest już wyłącznie problem jakości kształcenia. To problem strukturalny: uniwersytety przestają być miejscem przekazywania specjalistycznej wiedzy, a coraz częściej pełnią funkcję „ratunkową” wobec słabości szkoły średniej.

Masowy uniwersytet zamiast elitarnej uczelni

W Wielkiej Brytanii jeszcze w latach 60. na studia trafiało kilka procent młodych ludzi. Dziś ponad połowa rocznika zdobywa wyższe wykształcenie. Podobny proces przeszedł niemal cały Zachód. Polska po 1989 r. dołączyła do tego trendu wyjątkowo szybko – liczba studentów wzrosła z ok. 400 tys. na początku transformacji do niemal 2 mln w szczytowym momencie pierwszej dekady XXI wieku.

Polityczny cel został osiągnięty: wykształcenie wyższe przestało być przywilejem. Problem w tym, że wraz z umasowieniem zmieniła się sama definicja studiów.

Jeszcze dwie-trzy dekady temu uczelnia miała rozwijać kompetencje eksperckie i intelektualne elity gospodarki. Dziś coraz częściej musi uzupełniać braki wyniesione ze szkoły średniej: od czytania ze zrozumieniem po podstawy matematyki i pisania akademickiego.

W wielu krajach zachodnich uczelnie prowadzą kursy wyrównawcze z kompetencji, które dawniej były standardem liceum. Coraz więcej wykładowców przyznaje, że pierwszy rok studiów przypomina „rozszerzone liceum”, a nie edukację akademicką.

Czytaj więcej

Prof. Piotr Solarz: MBA – nierozwiązany problem

Rynek pracy wysyła alarm

Paradoks współczesnej edukacji polega na tym, że mimo rekordowej liczby absolwentów firmy w całej Europie wciąż skarżą się na brak specjalistów. Dotyczy to zarówno wysoko kwalifikowanych inżynierów i informatyków, jak i zawodów technicznych oraz praktycznych: elektryków, operatorów CNC, automatyków, spawaczy czy pracowników przemysłu energetycznego.

Według badań Komisji Europejskiej i Eurostatu niedobory kompetencyjne należą dziś do najczęściej wskazywanych barier rozwoju przedsiębiorstw. W sektorach nowych technologii problem jest szczególnie widoczny – Europa od lat zmaga się z deficytem specjalistów IT, cyberbezpieczeństwa i sztucznej inteligencji. Jednocześnie tysiące absolwentów kierunków ogólnych ma trudności ze znalezieniem pracy zgodnej z wykształceniem.

Polska jest tu podręcznikowym przykładem rozdźwięku między systemem edukacji a potrzebami gospodarki. Według danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego i „Barometru Zawodów” do najbardziej deficytowych profesji należą dziś m.in. elektrycy, technicy automatycy, kierowcy, operatorzy maszyn, pielęgniarki oraz specjaliści branż STEM. Tymczasem uczelnie każdego roku wypuszczają dziesiątki tysięcy absolwentów zarządzania, administracji, pedagogiki czy kierunków społecznych.

W efekcie część młodych ludzi kończy studia bez gwarancji stabilnego zatrudnienia, podczas gdy przemysł i sektor produkcyjny konkurują o pracowników technicznych coraz wyższymi wynagrodzeniami. W wielu regionach Polski technik automatyk lub doświadczony elektryk zarabia dziś więcej niż absolwent kierunku humanistycznego pracujący w administracji czy usługach biurowych.

Coraz częściej sami pracodawcy przyznają, że dyplom przestał być dla nich wystarczającym potwierdzeniem kompetencji. Duże firmy technologiczne i przemysłowe przenoszą ciężar oceny kandydatów na testy praktyczne, assessment center, projekty zespołowe oraz certyfikaty branżowe. W branży IT rośnie znaczenie portfolio i doświadczenia projektowego, a nie samego ukończenia studiów. Podobny trend widać w logistyce, finansach czy marketingu cyfrowym.

Coraz bardziej widoczny staje się więc europejski paradoks edukacyjny: społeczeństwa są formalnie najlepiej wykształcone w historii, ale gospodarki coraz częściej cierpią na niedobór konkretnych umiejętności praktycznych i technicznych.

Czytaj więcej

Podcast „Rzecz w tym”: Jak zatrzymać odpływ naukowców z Polski?

Inflacja dyplomów

Ekonomiści od lat opisują zjawisko „inflacji wykształcenia”. Mechanizm jest prosty: gdy dyplom uczelni wyższej posiada coraz większa część społeczeństwa, przestaje on być realnym wyróżnikiem kompetencji. Z prestiżowego atutu staje się nowym minimum wejścia na rynek pracy.

Jeszcze w latach 90. ukończenie studiów w Polsce było przepustką do wyraźnie wyższych zarobków i stabilnego zatrudnienia. Dziś dyplom coraz częściej pełni funkcję administracyjnego „filtra”, który ma jedynie odsiać kandydatów, a nie potwierdzić konkretne umiejętności.

W praktyce oznacza to stopniowe podnoszenie formalnych wymagań nawet tam, gdzie charakter pracy niewiele się zmienił. Stanowiska biurowe, sprzedażowe czy administracyjne, które kiedyś były dostępne po liceum lub technikum, dziś wymagają ukończenia studiów – często niezależnie od kierunku. W wielu ogłoszeniach dyplom staje się warunkiem „domyślnym”, mimo że codzienne obowiązki nie wymagają wiedzy akademickiej.

To klasyczny przykład tzw. credential inflation – inflacji kwalifikacji formalnych. Pracodawcy podnoszą wymagania, bo mogą, a nie dlatego, że praca rzeczywiście stała się bardziej skomplikowana.

Paradoks polega na tym, że jednocześnie rośnie skala pracy poniżej kwalifikacji. Według badań Eurostatu i OECD znacząca część młodych Europejczyków wykonuje pracę niedopasowaną do poziomu wykształcenia. W Polsce problem ten jest szczególnie widoczny wśród absolwentów kierunków społecznych i humanistycznych. Wielu z nich trafia do zawodów niewymagających wyższego wykształcenia lub pracuje poza obszarem zdobytych kompetencji.

Widać to również w strukturze wynagrodzeń. Jeszcze kilkanaście lat temu sam dyplom znacząco zwiększał przewagę płacową nad osobami po szkołach średnich. Dziś różnice maleją, szczególnie poza najbardziej specjalistycznymi zawodami. Coraz częściej absolwent uczelni rozpoczyna karierę od wynagrodzenia niewiele wyższego niż pracownik techniczny po dobrej szkole branżowej. Zdarza się nawet odwrotnie – doświadczony operator maszyn CNC, automatyk czy elektryk zarabia więcej niż młody absolwent marketingu, administracji lub zarządzania.

Problem dostrzegają również sami pracodawcy. Coraz większe znaczenie mają certyfikaty branżowe, doświadczenie praktyczne i umiejętności techniczne, a nie sam fakt ukończenia studiów. W sektorze IT część firm rezygnuje z wymogu dyplomu na rzecz testów kompetencyjnych i portfolio projektów. Podobne zjawisko widać w finansach, logistyce czy marketingu cyfrowym.

Inflacja dyplomów tworzy system kosztowny społecznie. Państwo finansuje masową edukację akademicką, młodzi ludzie poświęcają trzy lub pięć lat na zdobywanie formalnych kwalifikacji, a gospodarka i tak cierpi na niedobór konkretnych kompetencji zawodowych. Zamiast budować wysoko wyspecjalizowane kadry, system często produkuje nadwyżkę absolwentów o ogólnym profilu wykształcenia.

W efekcie dyplom coraz rzadziej jest dowodem eksperckiej wiedzy, a coraz częściej jedynie biletem wstępu do rynku pracy – biletem, który posiada już niemal każdy.

Uniwersytet kompensuje słabość szkoły

Najbardziej kontrowersyjna teza brzmi dziś jednak inaczej: uczelnie coraz częściej nie „dowożą” wiedzy specjalistycznej, bo znaczną część energii zużywają na wyrównywanie braków edukacyjnych z wcześniejszych etapów nauki.

Presja na utrzymanie wysokiej liczby studentów powoduje obniżanie progów wejścia. W wielu uczelniach problemem staje się nie selekcja kandydatów, lecz utrzymanie naboru. To z kolei prowadzi do dalszego łagodzenia wymagań i rozmywania akademickich standardów.

W rezultacie część studiów pierwszego stopnia nie pełni już funkcji zaawansowanego kształcenia eksperckiego. Zamiast tego staje się etapem kompensacyjnym między słabnącą szkołą średnią a wymaganiami współczesnego rynku pracy.

Europa potrzebuje nowego modelu

Nie oznacza to, że zbyt wielu ludzi studiuje. Problemem jest raczej brak zróżnicowania ścieżek edukacyjnych i deprecjacja szkolnictwa zawodowego.

Przez lata europejskie państwa budowały przekonanie, że sukces społeczny musi prowadzić przez uniwersytet. Tymczasem gospodarka coraz mocniej potrzebuje dobrze opłacanych specjalistów praktycznych – techników, automatyków, operatorów systemów przemysłowych czy ekspertów nowych technologii.

Coraz więcej ekspertów mówi dziś o konieczności „resetu” systemu: odbudowie silnego szkolnictwa zawodowego, podniesieniu wymagań akademickich i przywróceniu uczelniom funkcji rzeczywistego centrum wiedzy specjalistycznej.

Bo jeśli uniwersytet staje się jednocześnie liceum, kursem wyrównawczym i fabryką dyplomów, to przestaje być miejscem kształcenia elit kompetencyjnych.

A gospodarka prędzej czy później wystawi za to rachunek.

Autor: Prof. Piotr Solarz – politolog, adiunkt na Akademii Piotrkowskiej i profesor Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie. Prezes Stowarzyszenia Promowania Myślenia Obywatelskiego