fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Edwin Góral: Czy obywatele wybiorą nowy model władzy sądowniczej?

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Aby doszło do prawdziwej i potrzebnej reformy wymiaru sprawiedliwości, każdy musi trochę ustąpić: sędziowie pół kroku w tył, Sejm krok wstecz, a minister dwa kroki nazad.

Takie warunki „brzegowe" dają szansę na przygotowanie fundamentalnej zmiany ustrojowej władzy sądowniczej. W aktualnym stanie pilnie potrzebnej. Urzeczywistnionej jednak według innej metody niż stosowana do tej pory.

Sejmowo-ministerialne tworzenie kolejnych nowel pełnych ograniczeń i zakazów wobec sędziów nie zastąpi roztropnego stanowienia prawa. Jedynie pogłębi pretensje. Jeszcze bardziej zaostrzy i zbędnie uszczegółowi wzajemne stosunki. A co najgorsze, będzie odebrane jako jawny proces kneblowania – nie tylko sędziów.

Takiego natężenia jawnych sporów pomiędzy elitami władzy: sędziami oraz liderami partii rządzącej – nikt sobie nie wyobrażał. Dlatego potrzebna jest nieskrępowana wyobraźnia, aby przewidzieć, co będzie dalej. Po której stronie opowiedzą się obywatele? To ich poglądy ostatecznie przeważą szalę.

Czytaj też:

Ustrojowa transformacja czy jej imitacja?

Transformacja państwa – w odniesieniu do władzy sądowniczej – dokonała się częściowo, a tak naprawdę w stopniu niewielkim. I można powiedzieć: wybitnie niedostatecznym. Ale po kolei: przyczyną była wygoda – wszystkich reprezentujących władzę. Sejm miał na głowie pilniejsze sprawy – przebudowę bazy, urzeczywistnienie planu Balcerowicza. Kolejni ministrowie sprawiedliwości w większości byli jedynie administratorami, a nie reformatorami. Godzili się na rolę i funkcjonowanie aparatu ministra sprawiedliwości, jaki obejmowali. Sędziowskie elity z kolei czuły się zaskoczone, zdezorientowane. Równocześnie wdzięczne za otrzymaną niezależność instytucjonalną oraz „niekwestionowaną niezawisłość", na straży której miała stać konstytucyjnie umocowana Krajowa Rada Sądownictwa, według art. 186 utworzona w zaufaniu do ustawodawcy zwykłego, który miał określić jej „ustrój", „zakres działania" i „tryb pracy". Utrwalenie nowej kultury prawnej przypadło elitom zasiadającym w Sądzie Najwyższym, Trybunale Konstytucyjnym – Krajowej Radzie Sądownictwa, wspieranym przez półtora tysiąca uczonych docentów i profesorów. W składzie tych organów znalazły się osoby wybitne i krystalicznie uczciwe. Miały same zalety i jedną wadę: były niepraktyczne – mówiąc w pewnym uproszczeniu. A do tego bezkrytyczne czy też odległe od prozy życia. Działanie tych instytucji było zbliżone do atmosfery właściwej instytutom naukowym.

Nikt nie zwracał uwagi na skutki ówczesnych chorób, które dotknęły władzy sądowniczej, a w szczególności na „dziecięcą" chorobę demokratyzacji państwa. Jej objawem do dziś jest gwarantowanie sprawiedliwego osądu wszystkim – w każdym konflikcie.

„Wymierzanie sprawiedliwości" objęło proste rozrachunkowe kwestie – upomnienia i nakazy zapłaty. Wymiar sprawiedliwości zajmował się „rejestrowaniem" coraz to nowych „przedsiębiorców". Obejmował nowe obszary ochrony prawnej – w tym wpisy wieczystoksięgowe. Niestety, wymiar sprawiedliwości objął nawet „sprawy o szczekanie psa sąsiada" i temu podobne, czwartorzędne zdarzenia ze sfery codziennych „ryzyk życiowych".

Sędziowska samoobrona

Sądy zaczęły szukać miejsca w nowych obiektach. Zaczął się tak zwany kubaturowo-elektroniczny rozwój władzy sądowniczej. Równocześnie sto nowelizacji kodeksu postępowania cywilnego przyniosło świadome redukowanie jakości i minimalizowanie sędziowskiego zaangażowania – w sprawiedliwy osąd. Sądy powszechne przestawały się troszczyć o przebieg sprawy według formuły do dzisiaj obowiązującej w ustawodawstwach zachodnich. W to miejsce motywowane przez Sąd Najwyższy przyjęły nową filozofię. Przypisywały samym stronom odpowiedzialność za wynik sprawy. Kodeksowy nakaz dążenia do poznania prawdy, prawdziwego obrazu stosunków społecznych i faktycznych, z których wypłynął spór, został przekształcony w dążność do nadania sprawie tak zwanej zdatności orzeczniczej. Mówiąc brutalnie i w dużym uproszczeniu, sposobem na sądowe tsunami – gigantyczną falę zalewającą sądy – miał być dyktat „wskaźnika załatwień".

Rozpatrywanie żądań najprościej i najszybciej, przez minimalizowanie czasu pracy sędziego. Zamiast merytorycznego rozstrzygnięcia sporu – także w tych sprawach, które wymagały „ratowania" nieprecyzyjnego żądania czy też wspierania nieporadnych stron.

Pretensje, zarzuty i różnego rodzaju haki stosowane tym bardziej skutecznie, im bardziej błyskotliwy był sędzia – utrwalały coraz bardziej nieprzyjazny stosunek obywateli do sędziów. W pierwszym szeregu radykalnych i bezpardonowych krytyków stanęli tak zwani przedsiębiorcy. Nie można w tym miejscu powiedzieć, że każda ze stron miała swoje racje. Problem był w tym, że sędziowskie elity, zamiast bronić się przed pozbawioną racjonalności „polityką" legislatury i bezczynnością kolejnych ministrów sprawiedliwości – okopały się w swoich luksusowych gabinetach. Skutecznie dawkowały liczbę skarg kasacyjnych, skarg konstytucyjnych. A nawet tak zwanych kasacyjnych skarg sądowoadministracyjnych, gdzie Naczelny Sąd Administracyjny przez wiele lat uważał się za sąd prawa, a nie zwykły sąd II instancji, wręcz odpowiednik Sądu Najwyższego – wbrew jednoznacznej regulacji konstytucji. W rezultacie zaczęły się utrwalać takie stosunki, w których zawodowi pełnomocnicy uświadomili sobie, że sprawę trzeba wygrać... z sędzią. Natomiast spór z samym przeciwnikiem to już tylko proste następstwo niepoddania się skutkom rygoryzmu, formalizmu i rosnącej błyskawicznie sędziowskiej władczości.

Ryzyka procesowe zaczęły wzrastać – zwłaszcza w rezultacie ideowego zaangażowania Sądu Najwyższego w skrajne dociążanie odpowiedzialnością za przebieg sprawy sądowej samych stron. Nieodpowiedzialność sądów za skuteczne wykonywanie zadań państwa w zakresie roszczeń godnych sądowej ochrony nieustannie była osądzana przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości.

Referenci zamiast reformatorów

Mowa o sędzio-urzędnikach – autorach kilkuset ministerialnych nowelizacji gomułkowskiej procedury. Nic nie ujmując szczerze oddanym sędziom delegowanym, powoływanym na pomoc 24 kolejnym ministrom sprawiedliwości – trzeba powiedzieć jedno: pracowali na klęczkach. Nie mieli (lub nie ujawniali) własnego zdania o rzeczywistych przyczynach problemów, jakie z roku na rok coraz bardziej przekładały się na niechęć zwykłych ludzi do władzy sądowniczej. Bali się głośno mówić – że sądy nie prowadzą usług księgowych dla ludności, a powinny zajmować się sprawami, o których każdy powie, że są majątkowo doniosłe, życiowo ważne, wymagają elitarnych kwalifikacji umysłowych i moralnych. Żadnemu ministrowi sprawiedliwości bez względu na jego osobiste kompetencje nie podpowiedzieli, że z sądów trzeba pilnie wyprowadzić „drobnicę". Nie odważyli się uzmysłowić politycznym decydentom, że oczywiście zawiłe, prawniczo trudne sprawy – muszą być przymusowo „obsługiwane" przez zawodowych pełnomocników. Nie wsparli likwidacji małych sądów. Wyrównywania wpływu, żeby sędzia w Warszawie nie przerabiał 500 procent roboty, jaką załatwia sędzia w Węgrowie!

W nikłym stopniu ministerstwa i uczelnie zajmowały się badaniami porównawczymi. Uniwersyteckie wydziały prawa nie prowadziły badań statystycznych. Nie prowadziły pomiarów prakseologicznych wydajności pracy. Nigdy nie było pogłębionych analiz skarg wpływających zarówno do sądów, jak i ministra sprawiedliwości – w kierunku rzetelnego diagnozowania przyczyn problemów.

Niezmieniona struktura Ministerstwa Sprawiedliwości od czasów wczesnego Gomułki została poddana skromnej przebudowie przez ostatniego ministra, dziś bezradnego, osaczonego i typowanego na „przyczynę sprawczą" wszystkich problemów wymiaru sprawiedliwości. Po prawdzie, na własne życzenie uwikłanego w realizację partyjnej polityki dramatycznego pomysłu dyscyplinowania sądów, realizowanej przez politykę personalno-nominacyjną ministra sprawiedliwości we współdziałaniu z nową Krajową Radą Sądownictwa, pod osłoną Trybunału Konstytucyjnego, w warunkach pełnej sprawności, poprzez wykorzystanie Sejmu, który bezproblemowo wytwarzał produkty legislacyjne o każdej porze dnia i nocy.

Ludzie tracą cierpliwość

Społeczeństwo jest coraz bardziej zdezorientowane. Specjalne znaczenie mają tutaj wypowiedzi prezydenta oraz premiera – co najważniejsze, adresowane właśnie do zwykłych ludzi. Równocześnie – nawet sędziowie liniowi, nie tylko przedstawiciele sędziowskiej elity – godzą się na „czasowe" rugi.

Wszyscy mają świadomość, że za niecałe cztery lata „prześladowcy" sędziów zwolnią zajmowane gabinety. Może niektórzy z nich stracą sędziowskie lub prokuratorskie emerytury. Aby historia nie potoczyła się w taki właśnie sposób, rozgorzała walka na śmierć i życie. Nie o to, czy utrzyma się Krajowa Rada Sądownictwa oraz czy sędziowie z jej nadania nie utracą swoich kompetencji. ale o trwałą modyfikację zasady trójpodziału władzy. Personalny dobór wyłączający sprawowanie władzy sądowniczej w sposób, jaki nie odpowiada wyobrażeniom oraz interesom elity partii sprawującej kierowniczą rolę w państwie. Chodzi o przyszłość każdej ze stron. W tym właśnie kontekście ograniczanie czy wręcz zakazywanie sędziom komunikowania się z obywatelami, wyrażania krytyki wobec polityki, Sejmu, ministra sprawiedliwości, Trybunału Konstytucyjnego – aktualnych organów władzy – jawi się jako ograniczanie sprzeczne z ideą równości władz. Przypomnijmy art. 173 Konstytucji RP: „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz".

Aktualnie sprawowana władza z woli Sejmu – umocniona sejmową większością głosów – nie może wychodzić poza kontur zarysowany przez art. 7 konstytucji, który ustanawia obowiązek działania organów władzy publicznej na podstawie i w granicach prawa – nie może to być zastępowane poczuciem misji czy przekonaniem o moralno-ideowej wyższości władzy legitymizowanej ogólnikowo przedstawianymi „oczekiwaniami społeczeństwa". W każdym wypadku spór musi być merytoryczny i opierać się na wartościowych dowodach, badaniach statystycznych, dojrzałych analizach naukowych. Państwo jest silne swoimi elitami, które przewodzą każdej władzy. Nie wykraczając poza granice ringu, które wyznacza porządek prawny. A szerzej – kultura prawna.

Potrzebne obywatelskie referendum

Trzeba zdać sobie sprawę, że jeśli sędziowie nie przekonają obywateli o swoich racjach – ich władza ograniczy się do sali sądowej. Zamknie się w konwencjonalnych czynnościach orzeczniczych. Dlatego karanie sędziów za krytykę polityki legislacyjnej, personalnej czy zarządczo-organizatorskiej stanie się wzorcotwórcze. Otworzy praktykę kneblowania kolejnych elit. Najpierw zawodowych prawników, później przedstawicieli świata nauki, działaczy samorządowych, a skończy się na rugowaniu z uczelni autorów krytycznych rozpraw naukowych. Nie wspomnę już o „nierzetelnych" dziennikarzach.

Dlatego trzeba się upewnić, czego tak naprawdę obywatele chcą od władzy sądowniczej. Jakie ważne zadania chcieliby pozostawić wyłącznie sędziom? Jakie zaś oddać urzędom skarbowym, samorządom gminnym, wyspecjalizowanym służbom: budowlanym, geodezyjnym, technicznym, badawczo-regulacyjnym. Jakie kryteria jakości, terminowości, odpowiedzialności sędziów uznają za pożądane? Kiedy „nieprzenoszalny", ale delegowany sędzia powinien móc pomagać innym sędziom, aby rozkładać zadania po równo? Nie wiemy, jak dobierać sędziów, klasyfikować i awansować. Nie znamy bowiem dzisiaj prawdziwych i kompleksowych wyników badań, przeprowadzonych bezwpływowo.

Być może jedynym wyjściem będzie zbudowanie władzy sądowniczej od fundamentów, poprzez przeniesienie modelu takiej władzy, najlepiej ocenianego przez obywateli w jakimś zamożnym – politycznie stabilnym państwie Unii Europejskiej. Wyrzekając się pokusy doskonalenia, „poprawiania" i „przeróbek" roztropnie wybranego całościowego systemu tej władzy.

Takie właśnie powszechne obywatelskie referendum przygotowane wspólnie przez sędziów i ministra sprawiedliwości może się okazać jedynym sensownym wyjściem.

Autor jest radcą prawnym

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA