fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Kluczowy błąd Zbigniewa Ziobry

Fotorzepa/ Robert Gardziński
PiS zburzyło stary system wymiaru sprawiedliwości, ale wybudowanie czegoś trwałego w to miejsce okazało się ponad siły obozu władzy. Czy Jarosław Kaczyński zdoła jeszcze uformować Temidę według swego pomysłu? Wątpliwe. I to nie tylko z powodu afery hejterskiej w resorcie Zbigniewa Ziobry.

Takiego obrotu sprawy stratedzy Prawa i Sprawiedliwości raczej się nie spodziewali. Kiedy przed laty prezes PiS nakreślił cel: odnowę sądownictwa, przeszkody widziano w braku politycznej siły zdolnej do przeforsowania reform, w oporze sędziów czy reakcjach Brukseli. Nie w ludziach, którzy mieli stworzyć, i to szybko, nowe prawnicze elity w odnowionym wymiarze sprawiedliwości.

I kiedy po czterech latach wyniszczającej wojny o sądy wydaje się, że polityczny plan w dużej części został osiągnięty, a wybory europejskie zmienią wytyczony przez Fransa Timmermansa twardy kurs UE wobec zmian w polskich sądach, z jaśniejącego nieba spada grom. Publikacje Onetu pokazujące, że pod auspicjami Ministerstwa Sprawiedliwości mogła działać grupa sędziów, którzy organizowali akcje hejterskie przeciwko swoim kolegom, są szokiem tym większym, że PiS przez ostatnie lata niemal codziennie zapewniał, że nieprawdziwe są zarzuty o zapędy autorytarne czy zastraszanie buntujących się sędziów. Hejt w Ministerstwie Sprawiedliwości czyni je zarzutami nie do odparcia.

Bronić zresztą nie ma czego. Sędziowie z korespondencji „Małej Emi", skruszonej hejterki, swoimi pokrętnymi tłumaczeniami kompromitują się coraz bardziej. A element tragifarsy wprowadza roznegliżowany sędzia na okładce tabloidu i jego pikantna korespondencja z hejterką.

– Ręce opadają, co tu komentować. Po co prowadzić skomplikowane gry dyplomatyczne z Brukselą, bić się o każdy przecinek ustaw sądowniczych? Czy hejterzy i ekshibicjoniści mogą być twarzą tej reformy? – pyta jeden z posłów PiS.

I dużo w tym racji. Mając legislacyjną większość i własnego prezydenta, można przeforsować prawie wszystko. Problem zaczyna się wtedy, kiedy brakuje kadr, aby zmiany wdrażać i cementować. Tych nie da się zdobyć wyborczymi głosami. Do PiS właśnie zaczyna to docierać. A świadomość tego może być punktem zwrotnym w bezkompromisowej dotychczas polityce wobec Temidy. Teraz partia Jarosława Kaczyńskiego będzie musiała odpowiedzieć sobie na pytanie, czy u progu nowej kadencji, w której może znowu samodzielnie rządzić, prowadzenie takiej polityki ma sens. A może konflikt z sędziami jest wpisany w DNA rządzącej dziś Polską prawicy?

Powrót szeryfa

Aby spróbować odpowiedzieć na te pytania, warto cofnąć się 12 lat. Jest rok 2007. Trwa zaciekły konflikt między PiS a środowiskiem prawniczym. Zbigniew Ziobro, ówczesny minister sprawiedliwości, jest ostro krytykowany przez sędziów, adwokatów, profesorów prawa, a nawet notariuszy (za obcięte taksy), którzy fundamentalnie nie akceptują jego „szeryfowsko-medialnego" stylu działania. Akademicy mają żal, że Ziobro ograniczył ich wpływ na kształtowanie prawa w Polsce, a sędziowie, że ich zdania nie bierze się pod uwagę przy planowaniu reform sądownictwa.

Spirala konfliktu od dwóch lat nakręca się bardzo mocno. Powstaje mur trudny do pokonania. Współpraca ze środowiskiem prawniczym przy pracach nad nowym kodeksem karnym, nowym modelem dyscyplinarek czy sądami 24-godzinnymi przestaje być możliwa. Ziobro forsuje zmiany sam, ogłaszając, że działa wbrew interesowi zepsutych prawniczych elit.

Na reformy spada lawina krytyki. I staje się jasne, że ich wprowadzanie może być bardzo trudne. Bo w jaki sposób bez zakłóceń ma działać np. tryb przyspieszony wprowadzony wbrew opinii sędziów? Po odejściu PiS od władzy reforma się sypie, a zaostrzony kodeks karny nigdy nawet nie wchodzi w życie.

Zbigniew Ziobro odchodzi w niesławie. Ciągnie się za nim nie tylko konflikt z prawnikami, ale sprawy doktora G. (chirurga, po zatrzymaniu którego minister powiedział, że nikt już przez niego nie będzie pozbawiony życia) czy samobójstwa Barbary Blidy (byłej polityk lewicy, która odebrała sobie życie, gdy zatrzymywała ją ABW). Po przegranych przez PiS wyborach były już minister staje się dla prawników symbolem złej epoki, która nigdy nie powinna się powtórzyć.

Osiem lat później Zbigniew Ziobro powraca. W środowiskach prawniczych nikt nie ma wątpliwości, że wojna zacznie się od nowa.

Jeszcze przed wygranymi wyborami Jarosław Kaczyński na nowo sformułował dawny cel: miało chodzić o odnowę sądownictwa i oczyszczenie go z komunistycznych złogów. Nowego-starego ministra sprawiedliwości wzmacnia silny polityczny mandat Zjednoczonej Prawicy (której częścią jest jego ugrupowanie Solidarna Polska) – obóz rządzący jest w stanie samodzielnie zmieniać ustawy. Wydaje się, że Ziobro może bez oglądania się na nikogo dokończyć przerwane reformy, rozliczając się z tymi, którzy je torpedowali.

Styl działania ministra się zmienia. Już nie pojawia się co drugi dzień na konferencjach prasowych, w świetle kamer zawiadamiając o kolejnych aresztowaniach i oskarżeniach. Teraz władzę sprawuje w zaciszu gabinetu, a do bezpośredniej walki wysyła swoich zastępców. Sam występuje tylko w najbardziej gorących, kluczowych sprawach.

Po dawnemu jednak Ziobro jest bezwzględny. Bo prawicowy elektorat nie ufa środowisku sędziów. Widzi w nim siedlisko patologii, niesprawiedliwości, układów, a co najważniejsze, nierozliczonej peerelowskiej przeszłości. Uważa, że w sądach ciągle orzekają sędziowie stanu wojennego, których mentalność zaraża kolejne pokolenia sędziów, tworząc układ zamknięty, korporacyjnie chroniący tych, którzy skazywali przeciwników komunistycznego reżimu, blokując rozliczenia z przeszłością choćby poprzez utrącenie lustracji. To potężny ładunek negatywnych emocji, dający Ziobrze mandat do przewrócenia wymiaru sprawiedliwości do góry nogami.

W obozie władzy panuje przy tym przekonanie o prymacie polityki nad prawem (liderzy ugrupowań rządzących wielokrotnie powołują się na zdobyty demokratyczny mandat: wygraną w wyborach prezydenckich, a potem parlamentarnych 2015 r.). Polityka ma być ważniejsza niż obowiązujące i ukształtowane przez lata rozumienie konstytucji, ustalające ramy postępowania, drogowskazy dla kolejnych pokoleń prawników, dotychczas niepodważalne. Teraz konstytucyjne bezpieczniki zastępuje wola suwerena, który chce gwałtownego resetu Temidy. Dla środowisk prawniczych to nie do przyjęcia.

Polityka ponad prawem

Konflikt jest więc kwestią czasu. Pretekst dała Platforma Obywatelska, forsując na koniec kadencji nową ustawę o Trybunale Konstytucyjnym i wybierając awansem nie trzech, ale pięciu nowych sędziów TK. Traktowała Trybunał instrumentalnie. Antypisowski jego skład miał pozwolić przetrwać prawicową nawałnicę, blokując autorytarne zapędy nowej władzy – tak można odczytać ten ruch.

Po dojściu do władzy PiS odkręca dokonane przez poprzedników wybory do TK, bierze odwet z nawiązką, gdyż nie uznaje również tych niebudzących najmniejszych wątpliwości. Rozpoczyna się pierwszy etap wojny o sądownictwo. Po roku legislacyjnej ofensywy większość trybunalską stanowią już nominaci prawicy. Na czele TK staje Julia Przyłębska.

W konflikcie o Trybunał chodzi o coś więcej niż o chęć odegrania się na Platformie, pokazania politycznej siły. PiS chce zneutralizować TK bez względu na polityczne koszty. W obozie władzy panuje przekonanie, że nawet większość parlamentarna i własny prezydent to może być za mało, by przeforsować najbardziej śmiałe reformy. Nieprzychylny nowej władzy sąd konstytucyjny w porozumieniu z nieprzyjaznymi prawicy środowiskami prawniczymi, definiującymi dojście PiS do władzy jako zagrożenie dla demokracji, może mu w tym przeszkodzić. PiS staje więc, jak sądzi, przed wyborem: „zaorać" TK i realizować swój plan przebudowy państwa czy zdać się na łaskę i niełaskę „nadzwyczajnej kasty". Dylematów nie ma żadnych.

Koszt rocznej batalii o Trybunał jest ogromny. TK traci zaufanie części opinii publicznej i środowisk prawniczych. Do tego dochodzi poważny kryzys wizerunkowy na arenie międzynarodowej i konflikt na forum Unii Europejskiej, związany z wszczętą przeciw naszemu krajowi procedurą ochrony praworządności. Na świecie coraz głośniej zaczyna się mówić, że Polska ma problem z demokracją.

I kiedy wydaje się, że PiS wyciągnie z całej sprawy wnioski, a krytyka ze strony zachodnich partnerów, a nawet zagrożenie sankcjami Brukseli doprowadzi do zmiany kursu wobec sądów, staje się coś zupełnie odwrotnego. Zjednoczona Prawica uderza jeszcze mocniej, podejmując próbę wymiany elit w kolejnych instytucjach sądowych. Na pierwszy ogień idą sądy powszechne. Minister sprawiedliwości dzięki nadzwyczajnym, czasowym uprawnieniom wymienia niemal 200 prezesów i wiceprezesów sądów, nie pytając nikogo o zdanie.

Na celowniku znajdują się Krajowa Rada Sądownictwa (KRS) i Sąd Najwyższy, w nich sędziowskie elity również mają być wymienione. Tu jednak Ziobro popełnia fatalny błąd, którym niszczy jakiekolwiek możliwości poparcia przez środowiska sędziowskie.

Nowe elity bez zaplecza

Środowisko to nigdy nie było jednolite. Można szacować, że ok. 10 proc. to jego elity, ludzie pełniący rozmaite funkcje. Reszta to głównie młodsi sędziowie z sądów rejonowych załatwiający miliony spraw wpływających każdego roku, niemający jednak żadnego wpływu na rzeczywistość Temidy.

KRS, która decyduje m.in. o nominacjach i awansach, dając przepustki do sędziowskich karier, budziła kontrowersje od dawna. Ze względu na mechanizmy wyborcze była obsadzana tylko sędziami z wyższych szczebli. To oni reprezentowali całe sądownictwo, z sądów rejonowych przez całe lata praktycznie nie było w Radzie nikogo. Nie podobało się to zwłaszcza młodszym przedstawicielom Temidy. Czuli się wykluczeni i słusznie domagali demokratyzacji przy wyborze członków KRS.

Ziobro, przejmując władzę, dobrze wyczuwa ich emocje i chce wyjść naprzeciw ich oczekiwaniom. W ten sposób zamierza zjednać sobie buntujące się, nieuprzedzone do prawicy młode pokolenie sędziów, marginalizując przy tym negatywnie nastawione do niego elity. Plan wydaje się być do zrealizowania. Na swojego zastępcę minister awansuje Łukasza Piebiaka, działacza stowarzyszenia Iustitia (największej i najbardziej radykalnej sędziowskiej organizacji, liczącej kilka tysięcy członków), zdolnego sędziego, który ma zadbać o nowe kadry w wymiarze sprawiedliwości. Te mają podjąć się reform, ale też stać się nowymi elitami. Do ministerstwa ciągną młodzi działacze Iustitii z sądów rejonowych z całej Polski, zaprawieni w bojach z poprzednimi ekipami politycznymi.

Cele ministra i młodych sędziowskich aktywistów, za którymi stoją tysiące tych pracujących na pierwszej linii, liczących na poprawę warunków pracy, są zbieżne. Ziobro jest o krok od zdobycia wsparcia większości środowiska dla pisowskich reform.

Zmiana ma przebiegać dwuetapowo. Najpierw z poparciem sędziowskich dołów wymienione mają zostać elity, m.in. w kluczowych sądach i instytucjach, tak aby nie były w stanie torpedować wprowadzonych w drugim etapie zmian merytorycznych, takich chociażby jak spłaszczenie struktury sądownictwa (likwidacja apelacji) czy zniesienie podziału sędziów na rejonowych, okręgowych i apelacyjnych i wprowadzenie wspólnego dla wszystkich sędziów urzędu sędziego sądu powszechnego z ujednoliconą pensją.

I być może plan udałoby się zrealizować, gdyby nie to, że Ziobro popełnia fundamentalny błąd, prowadząc zbyt agresywną politykę wobec sędziów i ich autorytetów, głównie profesorów prawa, którzy wraz z podstawami prawniczego rzemiosła ukształtowali w nich podobne rozumienie państwa i prawa, trójpodziału władz, ingerencji politycznych itd. To sprawia, że postawy sędziów, którzy zdecydowali się współpracować z władzą, przyjmując chociażby delegacje do Ministerstwa Sprawiedliwości, zaczynają się rozjeżdżać z postawami zwykłych liniowych sędziów, dla których taki styl prowadzenia polityki wobec wymiaru sprawiedliwości jest nie do zaakceptowania. W ten sposób buntownicy z Iustitii wzięci pod skrzydła Ziobry zostają sami, odcięci od zaplecza (stąd problemy ze znalezieniem sędziów chętnych, by kandydować do nowej KRS), narażeni dodatkowo na ataki kolegów. Co jest nie bez znaczenia w kontekście tego, co się wydarzyło w sprawach, które kilka tygodni temu opisywały media.

Punkt zwrotny

Dlaczego Ziobro wybiera bardziej agresywny kurs wobec sędziów? Wiele wskazuje na to, że decydują o tym nie polityczne kalkulacje, ale emocje. W listopadzie 2016 r. w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie odbywa się pierwszy kongres sędziów polskich, na który przybywa niemal 1000 osób z całego kraju. Wybrzmiewa potężny głos sprzeciwu przeciwko zmianom w wymiarze sprawiedliwości forsowanym przez PiS. Między siedzącymi w pierwszych rzędach przedstawicielami elity sędziowskiej widać polityków opozycji, z Ryszardem Petru na czele (który zresztą zabiera głos), owacjami na stojąco nagradza się prof. Andrzeja Rzeplińskiego, który jak Lech Wałęsa unosi dwa palce w geście zwycięstwa.

W całym tym wydarzeniu jest poważny zgrzyt. Sędziowie liniowi, ci pomijani w rejonach, którzy przyjechali na kongres setki kilometrów, mogą zabrać głos dopiero po czterech godzinach, ważniejsze bowiem okazują się oświadczenia sędziowskich VIP-ów i polityków. To budzi niesmak i frustrację, którą Ziobro może zagospodarować. Najwyraźniej jednak bardziej przejmuje się słowami krytyki, które padły podczas przemówień. Wybiera odwet.

Wkrótce pojawia się kolejny projekt nowej ustawy o KRS, który zamiast demokratyzacji umożliwiającej dopuszczenie sędziów z rejonów przewiduje polityczny tryb wyboru do tej instytucji. Sędziowie są w szoku. Traktują projekt jako jawny zamach na niezależność trzeciej władzy. Zmiana ustawy o KRS wprowadza spór o sądownictwo na nowy poziom, ostatecznie zniechęcając do polityki ministra zdecydowaną większość neutralnych dotychczas sędziów. Mur rośnie szybko. Dokładnie tak jak dziesięć lat wcześniej.

Potem jest już równia pochyła. Projekt ustawy o Sądzie Najwyższym, który dokonuje w nim całkowitego resetu, jest nie do przyjęcia nawet dla sędziów sympatyzujących z władzą. Mimo że pomysł ten powstał na Nowogrodzkiej, cała operacja i tak idzie na konto Zbigniewa Ziobry. Sprawę przecina dopiero Andrzej Duda, wetując pod koniec lipca 2017 r. ultraradykalną ustawę.

Projekt zostaje następnie złagodzony, ale nadal budzi kontrowersje. Zakładał bowiem przyspieszone odejście w stan spoczynku m.in. pierwszej prezes SN Małgorzaty Gersdorf, a także prezesa Izby Karnej Stanisława Zabłockiego i części sędziów. Dochodzi do ulicznych protestów, a Sąd Najwyższy „zamraża ustawę", kierując tzw. pytanie prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości UE.

Teraz sprawa nabiera już szerszego znaczenia, chodzi bowiem o wykonywanie orzeczeń sądu europejskiego (z obozu władzy dochodzą sygnały o możliwym bojkocie orzeczenia, na co opozycja odpowiada zarzutami o planowanie polexitu). PiS musi ustąpić. Zmienia ustawę i sytuacja wraca do punktu wyjścia. A czekają już kolejne orzeczenia unijnego trybunału w sprawie politycznego trybu wyboru Krajowej Rady Sądownictwa, a także kolejne etapy procedury ochrony praworządności, które mogą zakończyć się nałożeniem na nasz kraj sankcji (w Brukseli pojawia się pomysł powiązania oceny praworządności w danym kraju z wielkością przyznawanych mu funduszy UE).

PiS liczy jednak, że skoro udzielił poparcia dla kandydatury nowej szefowej Komisji Europejskiej, Niemki Ursuli von der Leyen, dojdzie do politycznego resetu w sprawie praworządności, a ewentualne negatywne wyroki unijnego trybunału będą dotyczyły tylko ustaw uchwalonych w przyszłości, a nie faktów już dokonanych. Co oznaczałoby, mimo zastrzeżeń, akceptację dla sytuacji w Polsce. A to pozwoliłoby na scementowanie kontrowersyjnych zmian.

Zawieszenie broni?

Afera z grupą hejterską niweczy te nadzieje. W mediach na całym świecie pojawiają się doniesienia z Polski jakby żywcem przeniesione z Mińska czy Moskwy. Tego już za wiele. Nie ma wątpliwości, że Komisja Europejska będzie nadal prowadziła procedurę ochrony praworządności, a Trybunał Sprawiedliwości UE zyska kolejne argumenty, żeby zakwestionować wprowadzone reformy jako niebezpieczne i sprzeczne z unijnymi standardami.

Co zrobi PiS? Wykorzystywanie konfliktu z sędziami na potrzeby polityki wewnętrznej jest kuszące. Dla przeciętnego Polaka dość abstrakcyjnie brzmią zarzuty o zamach na konstytucję, Trybunał Konstytucyjny czy KRS, do wyobraźni bardziej przemawiają doniesienia o sędziach pijakach i złodziejach czy o odziedziczonych po poprzednich ekipach kolejkach w sądach, które trzeba skrócić.

Ostatnie wydarzenia pokazują, że kontynuowanie takiej polityki może być zbyt kosztowne, tym bardziej że obiecywanej poprawy pracy sądów nie widać (nastąpiło wręcz pogorszenie). A PiS nie ma z kim skutecznie i trwale przeprowadzić reform. Kandydaci do nowych elit się skompromitowali, innych brak.

Wiele wskazuje więc na to, że PiS w wieloletniej wojnie ze środowiskami prawniczymi dokona jednostronnego zawieszenia broni, unikając dalszych śmiałych i kontrowersyjnych zmian, nawet jeżeli wygra wybory. Pytanie, czy druga strona jest w stanie przejść nad tym wszystkim, co się wydarzyło przez cztery lata, do porządku.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA