Muzyka

Nowy album Artura Andrusa „Sokratesa 18"

Fotorzepa, Piotr Nowak
Piąty już album Artura Andrusa – „Sokratesa 18" – jest świetny zarówno do słuchania, jak i do czytania.

Bodaj w „Szkle kontaktowym" widziałem reakcję Artura Andrusa na komplement jednego z telewidzów, który telefonicznie w pierwszą rocznicę śmierci Wojciecha Młynarskiego pocieszył się stwierdzeniem, że mamy autora „Cynicznych cór Zurychu". Pan Artur zachował kamienną twarz, choć znany jest z bogatej mimiki. Zadałem sobie pytanie, co znaczy spokój, z jakim przyjął porównanie do twórcy „Absolutnie". Doszedłem do wniosku, że jednak pokorę.

A mówiąc już całkiem serio, pisanie o tym, że Artur Andrus jest człowiekiem instytucją w polskim kabarecie i w polskiej piosence literackiej, to żadne odkrycie, tylko „oczywista oczywistość", jak powiedziałby klasyk. Na potwierdzenie mamy fakt, że najnowsza płyta jest czwartą studyjną w dorobku artysty, a ma on na koncie również album koncertowy.

W przeciwieństwie do wielu albumów, które takowymi są tylko z nazwy, „Sokratesa 18" to album z prawdziwego zdarzenia. Poza 13 piosenkami daje w formie komiksowej (Andrus jako Zorro) i kolażowej teksty utworów z anegdotami. Nawet ci, którzy nie mają słuchu absolutnego, mogą więc docenić autora przepysznych historii z życia wziętych. Jak stwierdza: „Każda z tych piosenek ma swoją historię. Wszystkie przynajmniej zahaczają o coś prawdziwego. (...). Jest momentami lekko lirycznie, ale są też moje ulubione wygłupy. Ot, tęsknoty i głupoty".

Album rozpoczyna piosenka z gatunku „lekko lirycznych" – walczyk z refrenem „Co to rynek bez katarynek", będący opowieścią miłosną, ale też przeglądem tematów prezentowanych przez twórców malarstwa użytkowego dostępnego zazwyczaj na rynkach naszych miast.

Lektura anegdoty konieczna jest przy słuchaniu bigbitowego bluesa „Babka w czapce" śpiewanego z perspektywy wyjątkowego warszawiaka. Jest nim „charyzmatyczny goryl" Wiking ze stołecznego zoo, który boi się puszystych włosów blond. Jest wszakże jeden wyjątek, zasugerowany w tytule.

Piosenka „Przy kościele Santa Croce" mogłaby być ozdobą festiwali w San Remo pod warunkiem, że przewidziano by akcję skierowaną przeciwko turystom zasiadającym na schodach florenckiej świątyni. Ciocia Gienia, która według sądu wzywającego ją do stawiennictwa ma lat 137, doczekała się w książeczce portretu artystycznego, a nie pamięciowego. Odpowiadający za wszystkie kompozytorskie perełki Łukasz Borowiecki dedykował jej muzykę w stylu „Fever" Presleya.

„Jakochamy do Fujisawy" oferuje nam, gratis, informacje, ile stacji jest pomiędzy dworcami wspomnianymi w tytule, zaś z „Szybciej, wyżej, mocniej" dowiadujemy się na przykładzie Leonidasa z Rodos, co to znaczy spocząć na laurach.

Artur Andrus na laurach nie spoczął. A o tym, że umila nam nieobecność Młynarskiego, świadczy „Stargard in the Night" z muzyką „Strangers in the Night", do której pan Wojciech napisał niegdyś „Tupot białych mew". Specjalnym hołdem jest solo na kontrabasie przypominające „Jesteśmy na wczasach". Sekretu tytułu płyty nie zdradzę, bo skrywa tajemnicę warsztatu Andrusa.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL