Muzyka

#RZECZoPOLITYCE Lech Janerka: Słowa już mnie nie cieszą

rp.pl
Słowa już mnie tak nie cieszą. Wsłuchując się w to, co można usłyszeć - mówię o słowie publicznym - to słowo straciło znaczenie. - mówi w rozmowie z Jackiem Nizinkiewiczem Lech Janerka, kompozytor, basista, autor tekstów.

Jacek Nizinkiewicz: Co się z panem dzieje?

Lech Janerka: A jaki aspekt pana interesuje?

Artystyczny przede wszystkim. Miał pan wydać płytę, dawno, dawno temu, a ostatni płyta Lecha Janerki to są "Plagiaty". 13 lat temu wyszła ta płyta. I cisza. I zwodzi pan wszystkich.

Wcale nie zwodzę. 3-4 lata temu wzięliśmy się za pracę nad kolejnym materiałem. W ciągu pół roku zrobiliśmy muzykę, no i zacząłem myśleć o tekstach. Zawsze robiłem tak, że najpierw powstawała muzyka, potem tekst, to był taki epizod, o którym nie pamiętałem, oczywistość. Pstrykałem palcem i teksty były. Przyglądając się rzeczywistości stwierdziłem, że teksty o tej rzeczywistości napisałem 30 lat temu i nie widzę sensu, żeby to dublować. Tak więc mam problem z pisaniem tekstów. Nie chciałbym, żeby dotyczyły polityki, bo już, o tym napisałem, w podobnej sytuacji, 30 lat temu.

30 lat temu była podobna sytuacja?

Oczywiście. Jednostka w opresji, społeczeństwo naciska, a partie walczą o władzę. Człowiek za dużo o tym nie wie, a kiedy się próbuje dowiedzieć, wchodzi w to - zaczyna brnąć. I zamiast  śpiewać fajne, wesołe piosenki, to zakłada Kukiz'15.

Ale dzisiaj mamy wolność słowa, wolne wybory, wtedy tego nie było. Wtedy musiał pan pan kombinować, jakoś omijać cenzurę.

Ale wtedy było to wyzwanie, a teraz po prostu jest taka rzeczywistość. Od wielu, wielu lat powtarzam, że jeżeli jesteś pieśniarzem rockowym czy piszesz piosenki - nie pisz o polityce. Załóż partię albo się do niej zapisz, ponieważ produkowanie piosenki to jest czas, to ma swoją bezwładność. A w polityce trzeba reagować z godziny na godzinę. Trzeba wstać rano, w pierwszym z brzegu programie, który się zaczyna nie wiadomo o której godzinie, powiedzieć coś ważkiego i patrzeć, jaki będzie wydźwięk. A potem zmienić front, o osiemnastej na przykład, o 180 stopni.

Paweł Kukiz, jak widzimy, nie codziennie wstaje rano, nie codziennie zmienia front, różnie bywa. Liroy też się pokazuje, również pańscy koledzy z branży od czasu do czasu. Nie ma pan poczucia, że próbują coś zrobić również dla pana, że są pana przedstawicielami? Liroy chce, żeby było więcej polskiej muzyki...

Nie wiem. Nie śledzę tego. Nie zajmuję się muzyką.

To czym pan się zajmuje?

Błądzeniem w obłokach. O, takimi rzeczami...

A teksty na nową płytę już są?

Jest jeden. W  zeszłym roku zaprosili nas z żoną do Krakowa na autorskie spotkanie...

A, ten słynny tekst o Wawelu. Legendy krążą o tym tekście.

No tak. Napisałem tekst o wannie na Wawelu, więc jeden tekst jest...

Tekst o Lechu Kaczyńskim?

Cóż, nie liczę na ego typu skojarzenia, ale jeśli ktoś się uprze, to czemu nie. Ale nie jest to tekst o Lechu Kaczyńskim, ale też o Lechu. Lechu i Bożenie Janerkach.

No i co z tą nową płytą? Odhaczmy już sobie ten temat. Jakąś deklarację chciałbym od pana usłyszeć.

Od wielu lat nie obowiązuje zegar ani terminy jeżeli chodzi o nagrywanie przeze mnie płyt.

Ale spotyka się pan co jakiś czas z kimś, kto na nie czeka...

Nie przejmuję się specjalnie ludźmi. To, że nagrywałem piosenki, to nie był efekt tego, że oczekiwali tego ludzie. Raczej ja czułem taką potrzebę.

Ale wtedy determinowała pana otaczająca pana rzeczywistość, kiedy nagrywał pan teksty dla Klausa Mitffoha, później na "Historię podwodną". A teraz?

To była autoterapia. Już się wyleczyłem.

A teraz co pana motywuje? Co panu daje energię?

Koncerty. Niedużo ich jest, ale gram te koncerty i poprawia mi się krążenie. A z drugiej strony - narty na przykład. Jestem zupełnie połamany, urwałem bark na nartach, ale są świetne. Równie dobre jak udany koncert.

Dosyć późno pan odkrył narty...

Miałem 62 lata.

Podobnie jak prawo jazdy...

A nie, to wcześniej. Miałem 55.

Późno pan też rzucił palenie, ale pan do niego wrócił.

Są takie okresy, że nie palę.

Dlaczego pana starsze płyty nie są wznawiane? Dlaczego pan nie dba o to dziedzictwo?

Zakład nie prowadzi takiej działalności jak dbanie o własne sprawy. Zakład nie zajmuje się promocją, wizerunkiem. Zakład w pewnym sensie próbuje być naturalny, nie być jakimś pośrednikiem handlowym.

Czyli żyje pan sobie gdzieś poza tym całym obiegiem...

Ciekawa prawidłowość, bo im mniej nagrywam, im większy jest ten interwał od nagrania poprzedniej płyty, tym więcej gram koncertów. Może to jest jakaś nowa moda?

Ale jest takie zapotrzebowanie na pana, że dzwonią, zapraszają?

Nie mam managementu, nie mam managera, więc tak, dzwonią i zapraszają.

Sam pan to sobie wszystko ogarnia?

Do ogarniania jest tyle, żeby uzgodnić sumę. I tak albo nie.

Wciąż nie odpowiedział pan na pytanie, co z tą nową płytą. Kiedy mogłaby się ukazać? Jakieś widełki czasowe, cokolwiek?

Wolałbym nie deklarować, ale naprawdę nad tym pracuję. W tej chwili większość mojego czasu pochłania praca nad ta płytą.

Podobno materiału muzycznego ma pan na dwa albumy.

Tak, na dwa. Jeden od muzycznej strony jest zamknięty i brzmi jak płyta. Tylko że nie ma tekstów. Nawet zaśpiewanych w suahili. A chciałbym, żeby ten kolejny materiał był bardzo prosty akustycznie. Jakoś łatwiej, o dziwo, robi mi się muzykę niż tekst. Zawsze teksty to była oczywistość, muzyka niekoniecznie. A w tej chwili to się zmieniło.

Gdy stworzył pan jedną ze swoich najbardziej udanych, moim zdaniem, płyt - "Fiu fiu", czasy były bardzo pozytywne. Nie musiało dochodzić do politycznych zawieruch, żeby powstała płyta interesująca lirycznie. Co pana musiałoby nakręcić, żeby te teksty powstały?

Nie wiem. W tym apartamencie na Wawelu był wystrój po de Gaulle'u. Może to? Nocnik po Trumpie? Nie wiem, żartuję. Nie ma reguł. Może jeszcze jeden czy drugi wypadek na nartach, żeby się sfokusować. Człowiek jest wtedy bardziej zebrany. Poza tym, słowa już mnie tak nie cieszą. Wsłuchując się w to, co można usłyszeć - mówię o słowie publicznym - to słowo straciło znaczenie.

A co dziś cieszy Lecha Janerkę oprócz nart, czy jazdy samochodem?

 

Odpowiem banalnie: dobre samopoczucie Bożeny, czyli mojej żony. Dzieci dawno wyjechały za granicę, wnuczki nie mówią na mnie dziadek tylko dzidek...  Właściwie - co może być perspektywą? Przyglądam się sprawom, ale już na nic nie liczę. Ale to nie jest zapaść ani dramat, tylko uspokojenie. Im jestem starszy, tym lepiej się czuję, mam nadzieję, że równie pogodnie to wszystko się skończy. W tym roku, zanim się połamałem na nartach, to kupując skipass nagle się okazało, że jestem emerytem. Jakoś to do mnie nie dochodziło. A nagle się okazało, że mam zniżkę. Zabawne. Pracuje się z młodszymi ludźmi, grono moich znajomych jest bardzo niewielkie. I nawet jeśli to są ludzie w moim wieku, to bardzo dobrze się trzymają i nie sprawiają wrażenia emerytów. A tu nagle okazuje się, że to emeryci. I ja też.

Wojtek Waglewski, pański kolega, który cały czas jest w artystycznym i muzycznym pędzie, jest do pana często porównywany. Nie ma pan wrażenia, że to jest życie, które pan mógłby wieść? Ciągle nowe projekty, wyzwania, artystyczne wzmożenie?

Ja też żyję nowymi projektami, tylko nie z taką intensywnością. Wojtek jest zadaniowcem, praktycznie wystarczy go trochę podpuścić, a już robi nową płytę. Jest potwornie sprawny, ja nie. Kończę projekty i pierwszy raz zdarza mi się taka obsuwa, ale nie czuję potrzeby, albo raczej nie potrafiłbym żyć aż tak intensywnie muzyką. Jeżeli nagrywam płytę, to potem kosztuje mnie to lata rekonwalescencji.

Nie zmienia pan gniazda, pozostaje pan we Wrocławiu.

Tak, jestem szczurem wrocławskim.

We Wrocławiu może wkrótce dojść do zmian, politycznych również. Pana to obchodzi? Czy to obojętne, czy prezydentem miasta jest Rafał Dutkiewicz lub dojdzie do zmiany na kandydata z PiS, Kazimierza Ujazdowskiego...

Ujazdowskiego poznałem kiedyś. W windzie. Przed laty zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, a potem nie śledziłem, co robi. Zrównoważony, nie wygłaszał fajerwerków i sprawiał wrażenie przebiegłego, więc - polityk.

Chodzi pan na wybory?

Chodzę.  

Czuje pan, że to obywatelski obowiązek?

W sumie tak.

A na jakieś marsze sprzeciwu, poparcia, wiece, "KOD-y"?

Nie lubię tego. Poszedłem raz na KOD, ale skandowali, żenowało mnie to. Bo napisałem piosenkę, że już nie powinniśmy skandować, powinny być jakieś lepsze patenty, żeby dochodzić do konsensusu. Skandowanie mi nie pasuje. Kiedyś spalono kukłę  Żyda we Wrocławiu. Zagrałem wtedy  koncert, który miał coś oznaczać. Nie wiem, czy coś oznaczał, w każdym razie - nie podobało mi się to. Przyglądam się sprawom i większość z tych rzeczy nie robi na mnie wrażenia. To jest walka o władzę, ze wszelkimi tego konsekwencjami. A ponieważ jesteśmy młodą demokracją, to czasami ta walka o władzę przybiera pełne spektrum możliwości - od groteski po śmieszność, po straszną zaborczość, agresywność, brutalność...  Ale to jest ciągle walka o władzę.

Kiedyś dał się pan wprząc w tę walkę, zdaje się stając po stronie Rafała Dutkiewicza, grając dla Wrocławia. Była taka sytuacja?

 

W lokalnych wyborach nie. Raz zaproszono mnie, a właściwie dopisano mnie do listy Tadeusza Mazowieckiego, kiedy kandydował na prezydenta, przeciwko Lechowi Wałęsie. Zadzwonili do mnie informując, że mnie wpisali i jak mi się to podoba. Szczerze mówiąc średnio, ale powiedzieli: Lem jest. No, jak jest Lem, to nie ma o czym mówić. Zresztą przynoszę pecha i Mazowiecki przegrał w przedbiegach z Tymańskim.

W ogóle nie interesuje się pan polityką?  Nie czyta gazet, nie ogląda wiadomości, nie sprawdza co dzieje się w internecie?

A jak pan myśli? Jaki wpływ na moje życie może mieć to, co, co powie pan Żelek w telewizji do drugiego pana.

No, skoro pan kojarzy Jacka Żalka...

Oczywiście, kojarzę, choć czasem to jest wszystko przezabawne. Ale mnie to już nie dotyczy, niestety.

Nie żałuje pan, że córki wyjechały za granicę i nie korzystają z efektów dobrej zmiany?

To są dorosłe osoby. Dokonały wyboru. Moi rodzice bardzo niewiele mi powiedzieli, bardzo niewielką ilość pouczeń. Ma to swoje plusy i minusy. Plusy są takie, że człowiek odkrywa świat ze swojej perspektywy, bez żadnych naleciałości, musi się z nim skonfrontować. Czasami wpada na minę, ale czasami daje sobie radę. To dawanie sobie rady jest frajdą. Podobnie myślałem o moich córkach. W pewnym wieku wyszły z domu i podejmowały autonomiczne decyzje. Mam nadzieję, że są szczęśliwe.

Nie dawał im pan rad, co jest w życiu najważniejsze? Pan takich rad nie potrzebował? Pamiętam, że zaczytywał się pan Kołakowskim...

Nie ma czegoś takiego. Nikt nie ma ani monopolu, ani patentu na odpowiedź ostateczną. Szuka się tego, matematyka albo fizyka ma podobno dostarczyć taki wzór wszystkiego. Żyjemy w wiecie, który jest bardzo bogaty i ilość kontekstów, które nas dotyczą, jest przeogromna. Balans między elastycznością a taką twardą postawą to jest dzieło życia. Nie wyobrażam sobie, żebym komukolwiek mógł zasolić taki wykład, który mu wszystko rozjaśnić w głowie. Raz, że to wielka odpowiedzialność, dwa - że nie mam takiej wiedzy. Nie potrafiłbym nikomu powiedzieć: źle robisz. Nie siadam w jury, staram się nie wygłaszać swoich opinii. Czasami się cieszę, kiedy mój pogląd zgadza się z poglądem ludzi, których cenię. Wtedy mam frajdę, ale też się z tym nie wychylam.

Gdyby ktoś przyszedł do pana po koncercie i spytał, co jest w życiu najważniejsze? Panie Lechu, słucham pańskiej muzyki, czytam teksty, niech pan mi powie, dokąd iść? Co jest ważne?

Nie dopuściłbym do takiej rozmowy. Nie odpowiedziałbym na takie pytanie, nie czuję się do tego zobowiązany.

Nie ma pan przeświadczenia, że przez wielu jest pan traktowany jak guru w polskiej muzyce?

Czytając książki, słuchając muzyki, oglądając przedstawienia teatralne czy filmy, obcując z szeroko pojętą sztuką dostawałem szereg pretekstów, żeby myśleć o różnych rzeczach. Czasami moje myśli były bardzo dalekie od tych inspiracji. Tak samo traktuje pisanie moich piosenek. Pisze piosenki, jeżeli ktoś w nich coś znajduje i są one w stanie inspirować go do jakichś przemyśleń - super. Ale zakład nie prowadzi propagandy.

Ale zakład miał kiedyś napisać książkę?

Zakład miał napisać książkę, ale napisał dwa rozdziały i doszedł do wniosku, że to nie trzyma poziomu. Gdzieś tam sobie leży, ale nie czeka, nic z tego nie będzie. Zakład jest za cienki, żeby pisać książki.

Z tego, co mi wiadomo, zakład był kuszony, żeby przeprowadzić wywiad-rzekę. Chyba to Rafał Księżyk się do pana zgłaszał.

Nie tylko Rafał. Zakład nie udziela takich wywiadów, nie będzie takiej książki.

Dlaczego? Ludzie są tym bardziej ciekawi, im bardziej się pan zasłania...

Jeśli ktoś będzie chciał napisać o mnie książkę, to może napisać. Kończy się to biednie. Bardzo cenię Grechutę, bardzo go lubiłem. Bardzo niewiele o nim wiadomo, nigdy nie udzielił takiego wywiadu-rzeki, który tłumaczyłby go społeczeństwu. Podobnie rzecz się ma z Lennonem. Poza kilkoma wywiadami nigdy nie zrobił wywiadu-rzeki, największy dla "Playboya". Dlaczego ja nie chcę? Moje życie jest nieciekawe. Czasami czytam takie wywiady, na przykład z Keithem Richardsem - bardzo ciekawy. Z Jaggerem - słabiutki.

Nie kręcą pana eksperymenty? Wielu ludzi chciało z panem współpracować.

Jestem na to za słaby. Pracuję bardzo wolno, jestem słabym muzykiem i jestem konceptualistą muzycznym. Byłbym świetnym producentem, gdybym miał producentów wykonawczych. Pomysłów co niemiara, a z realizacją bardzo kiepsko. A jeśli chodzi o moje pomysły - bardzo się męczę realizując je.

A co pana najbardziej cieszy w życiu?

Teraz? Narty.

A muzycznie, literacko?

Czekam cały czas na coś, co by mnie zainspirowało muzycznie. Nie wiem, czy się doczekam. Chciałbym usłyszeć jeszcze coś, co jest elementarnie proste, klarowne, a jednocześnie świeże. Ale to trudne, mówimy o ideale.

A co pana ostatnio uderzyło, zrobiło wielkie wrażenie? Słyszałem, że Massive Attack robiło na panu wielkie wrażenie.

Lata temu...

Solowa Nosowska, młody Waglewski...

Ostatnio się ubawiłem, bo nie wiem, czy zwalił mnie z nóg, ale Bisz.

Raper...

Raperem bym go nie nazwał. Pierwszy utwór na płycie - nie wiem, ile ich nagrał - przypomina mi Grechutę. Nie dlatego, że to jest zerżnięte z Grechuty, ale dlatego, że jest w tym pewna subtelność przekazu, na granicy melodeklamacji i melodii. Tam coś takiego jest, podobnie było u Grechuty. Poza tym on jest zabawny. Nie powiem, że musi być tekściarzem, ale to chyba fajny gość.

Jak pan na niego trafił? Żeby znaleźć Bisza, trzeba poszperać.

Czasem skanuję iTunes. Kiedyś wyskoczył mi Bisz. Puściłem pierwszy utwór, oszalałem i kupiłem płytę.

Czekamy na pańską płytę. Niezmiennie czekamy i życzymy sukcesów.

Sukcesem będzie, jeśli ją skończę. Muzyka jest taka, że nie nawiązuje do mód czy trendów, więc się nie starzeje. Pewnie wkrótce ktoś wpadnie na podobny pomysł i wszystko szlag trafi. Ale będę próbował skończyć w tym roku te teksty.

A te stare płyty Klausa Mitffoha, czy Janerki solo? Np. "Dobranoc"na Allegro dochodzi do kilkuset złotych za egzemplarz... Nie zamierza pan zadziałać, żeby te płyty zostały wznowione?

Siedzę na Allegro i podbijam cenę. Nie, zakład się takimi rzeczami nie zajmuje. Zakład zajmuje się intensywnym byciem z małżonką Bożeną, mniej intensywnym muzykowaniem i intensywną jazdą na nartach w sezonie.

Dziękuję za rozmowę i mam nadzieję na spotkanie, kiedy wyda pan płytę.

I będę znowu słynny, młody i bogaty.

 

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL