fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kościół

Jan Maciejewski: Boże Narodzenie, najbardziej apokaliptyczne ze wszystkich świąt

Ilustracja Johna Leecha z pierwszego wydania "Opowieści wigilijnej"
Wikimedia Commons, Domena Publiczna
A zaczęło się od Dickensa, to wszystko jego wina. Jeżeli istnieje książka, dla której warto by rozpalać stosy, jest nią z pewnością „Opowieść wigilijna". W żadnej innej XIX wiek, wiek kapitalizmu i ideologii, kolonializmu i filantropii – epoka, w której łajdactwo podniosło do rangi sztuki wynajdywanie dla siebie wymówek i uzasadnień – nie przegląda się tak precyzyjnie jak tutaj. To przez Dickensa co roku spędzam godziny w kolejkach, jemu złorzeczę w myślach, kiedy już dopycham się do kasy, po freudowsku plącze mi się język i informuję sprzedawczynię, że „zapłaczę kartą".

Całe to ględzenie o magii świąt, zbiorowy, okultystyczny szał zakupów, przygotowań i oczekiwań, którym rzeczywistość kolejny raz nie sięgnie do pięt, musiał zacząć się właśnie wtedy, w przeklętym roku 1843, kiedy napisał swoją „kolędę prozą". Tym samym roku, w którym Andrzej Towiański wyruszył do Rzymu rozpalać w sercu Grzegorza XVI mesjanistyczny płomień. Biedak nie mógł przypuszczać, że to w Londynie rozstrzyga się właśnie najdłuższa wojna w historii Zachodu, a o jej wyniku decyduje nie głowa Kościoła, tylko były dziennikarz.




To za jego kilkudziesięciostronicowym podszeptem świat zdecydował, na co i jak będzie czekał. Że zrywających się w środku nocy zakonników odmawiających psalmy, kiedy reszta świata jest pogrążona we śnie, pełniących wartę w jego imieniu, zastąpiły adwentowe kalendarze. Boże Narodzenie – najbardziej apokaliptyczne ze wszystkich świąt, przypominające, że cała historia świata jest od dwóch tysięcy lat jednym wielkim adwentem, że czekamy na nowy początek, który nie będzie już miał końca, na drugie i ostatnie przyjście Chrystusa na ziemię – stało się najsympatyczniejszym czasem w roku. Może się kojarzyć ze wszystkim, tylko nie z niepokojem, apokaliptycznymi bojaźnią i drżeniem. Królestwo Boże zamieszkało w świątecznym indyku.

W opowieści Dickensa to przejście dokonuje się krok po kroku na naszych oczach. Niby jeszcze wszystko krąży wokół nawrócenia i powtórnych narodzin, ale to nie Bóg przebacza tylko ludzie. Ich uśmiech zastępuje Jego łaskę. Grób przeraża tu tylko dlatego, że nikt nie przychodzi go odwiedzić, a nie ze względu na to, co dzieje się z tym, który w nim leży. Gdyby żyjący w tym samym czasie co Charles Dickens Auguste Comte przeczytał „Opowieść Wigilijną", dałby sobie spokój z pisaniem o religii ludzkości i pochylił głowę przed jej prawdziwym prorokiem.

Z tej podróży nie da się już wrócić do punktu wyjścia. Wirus Dickensa będzie tak czy inaczej krążył po wyobraźni Zachodu. W ten czy inny sposób będzie się on starał wywołać magię świąt. Kilka tygodni temu, podczas przedświątecznego uzupełniania biblioteki naszych dzieci, odkryłem książkę, a w zasadzie jedną scenę, którą od tamtej pory stosuję jak szczepionkę. W historii staruszka Pettsona i jego kota Findusa, mieszkańców dalekiej skandynawskiej prowincji, nie ma nic z dickensowskiego rozmachu. Klamki nie gadają, nie ma duchów ani wizji. Zamiast tego w ostatniej scenie Pettson i Findus siadają przed piecem kaflowym i uchylają jego drzwiczki, żeby patrzeć w ogień. Zwykły, stary piec na chwilę staje się kominkiem.

Jeżeli apokalipsa miałaby coś wspólnego z magią, to tylko na tej zasadzie. Na końcu czasów wszystko przesunie się o ledwie kilka centymetrów. Będzie jak w wierszu Miłosza, „A którzy czekali błyskawic i gromów/ Są zawiedzeni./ A którzy czekali znaków i archanielskich trąb/ nie wierzą, że staje się już". Może to właśnie Pettson jest siwym staruszkiem z zakończenia „Piosenki o końcu świata", tym, który mógłby być prorokiem, ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie. I powiada tylko, siedząc przed piecem kaflowym: innej magii świąt nie będzie, innej magii świąt nie będzie.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA