fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koronawirus SARS-CoV-2

Niemcy: Król kiełbas wrogiem publicznym numer jeden

AFP
Przez niego do Niemiec wrócił lockdown, a premier najludniejszego landu zapewne nie będzie miał szansy zostać kanclerzem. Przede wszystkim zaś przez największego producenta w branży zaczęła się debata o tym, czy mięso nie powinno być droższe, skoro tanie jest dzięki wyzyskowi gastarbeiterów, między innymi z Polski.

W głównej fabryce tego producenta w Rheda-Wiedenbrück (w landzie Nadrenia Północna-Westfalia) zachorowało na koronawirusa około półtora tysiąca pracowników, prawie co czwarty. Ilu z tego to obywatele polscy? - może nawet kilkuset, ale to przypuszczenia. Do niepewnych liczb wrócimy: chaos, niekompetencja i niepewność to jedna z cech tej historii. Są i gorsze.

MIEJSCE ZBRODNI

Firma nazywa się Tönnies - od nazwiska rodziny właścicieli. Nie ma sobie równych na rynku mięsnym w największym kraju Unii Europejskiej, jego roczne obroty to ponad 6,5 mld euro.

O tym jak teraz widziany jest ten gigant, najlepiej świadczy okładka nowego numeru największego opiniotwórczego tygodnika Niemiec „Der Spiegel”. Jest na niej napis „Tatort Tönnies”, który towarzyszy obrysowanemu konturowi świni, jak na miejscu zbrodni. „Tatort” to po niemiecku właśnie miejsce zbrodni czy przestępstwa, a poza tym tytuł najsławniejszego w tym kraju serialu kryminalnego.

Trudno sobie wyobrazić większą katastrofę wizerunkową dla firmy, której szef jest miliarderem i celebrytą, związanym z darzonym kultem klubem piłkarskim Schalke 04.

Tönnies stał się dla wielu gazet przykładem chciwego właściciela, brutalnie walczącego na rynku obniżaniem cen. Niskie ceny wynikają z warunków pracy i zakwaterowania tanich pracowników z zagranicy, o których teraz wiele dowiadują się Niemcy. Nie dowiedzieliby się z taką siłą, gdyby nie pandemia. Warunki sprzyjają rozprzestrzenianiu się koronawirusa. 

BEZ SKRUPUŁÓW

Jak wyglądała praca u niemieckiego króla kiełbas i kotletów? Opowiedział o tym portalowi Deutsche Welle pewien Rumun:  

„Często pracowaliśmy po 12 albo nawet 13 godzin i notowaliśmy nadgodziny. Na końcu miesiąca nie były one jednak wykazane wśród naszych zarobków (…). Było bardzo zimno i wilgotno, taśmy produkcyjne poruszały się szybko. Słyszałem nocą płacz kolegów. Tak wielki dokuczał im ból. (…) Kiedy byliśmy kontrolowani, taśmy zwalniały, a nasza praca stawała się łatwiejsza. Było jednak wiadomo, kiedy będzie kontrola”.

Pracowników zatrudniają podwykonawcy, o których zbierający skargi doradca centrali związków zawodowych mówił jednej z gazet, że często są to ludzie bez skrupułów, wykorzystujący biednych nieznających języka niemieckiego obcokrajowców. Podwykonawcy, pośrednicy - ten wygodny dla producenta system poznaje właśnie opinia publiczna. I bierze udział w debacie, czy jest skłonna zapłacić więcej za mięso, które będzie produkowane w lepszych warunkach. Czy mięso nie jest za tanie, pyta w sondzie internetowej portal prestiżowego lewicowego tygodnika „Die Zeit”. 

W piątek wieczorem o końcu dumpingowych cen mięsa w Niemczech mówiła federalna minister rolnictwa Julia Klöckner. 

 

POWRÓT LOCKDOWNU

Wielka fabryka koncernu w Rheda-Wiedenbrück to teraz największe ognisko koronawirusa w Niemczech. W powiecie, w którym się znajduje — Gütersloh, kilka dni temu wprowadzono to, o czym już wszyscy chcieli zapomnieć - lockdown. Chwilę później restrykcje nałożono na drugi powiat w landzie Nadrenii Północnej-Westfalii — Warendorf.

Razem to ponad 600 tysięcy ludzi, których szybko ogarnęła frustracja. 

Nie mogą bowiem swobodnie podróżować po Niemczech, kilka landów, w tym największe Bawaria, Dolna Saksonia, Badenia-Wirtembergia nie chcą ich u siebie widzieć, mieszkańcy powiatów Gütersloh i Warendorf nie mogą wyjechać na wakacje do atrakcyjnych kurortów.

Zakażeni są prawie wyłącznie pracownicy Tönniesa i ich rodziny - skarżą się mediom mieszkańcy niemający nic wspólnego z zakładami mięsnymi. Czują się szykanowani i stygmatyzowani ze względu na miejsce zamieszkania. Od Polaka z tego regionu słyszę natomiast, że stygmatyzowani czują się teraz ci sami Niemcy, którzy przed chwilą stygmatyzowali pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej. Oskarżali ich o przywleczenie wirusa z Polski, Rumunii czy Bułgarii.

Przedstawiciel koncernu, cytowany przez lokalną gazetę „Die Glocke”, zrzucał odpowiedzialność na władze landu i na „zbyt szybkie” otwarcie granicy z Polską (została otwarta dwa tygodnie temu). 

POLACY

U 1413 pracowników stwierdzono koronawirusa - informuje dzisiaj koncern o swoim (czasowo zamkniętym) zakładzie w Rheda-Wiedenbrück. A testów, dodaje, przeprowadzono 6139.

Jeszcze wczoraj firma na tej samej stronie podawała, że zakażonych jest 1553 (a testów 6650). Zmiana charakterystyczna dla zamieszania z liczbami. 

Nie wiadomo też, ilu chorych pochodzi z poszczególnych krajów. W zakładach najwięcej było zatrudnionych z Rumunii, potem z Bułgarii. Kilka lat temu dominowali obywatele Polski i Węgier.

Teraz, jak informuje rp.pl Jakub Wawrzyniak, polski konsul generalny z pobliskiej Kolonii, wśród pracowników zakładów mięsnych Tönnies, około 900 to obywatele naszego kraju.

- Władze niemieckie weryfikują obecnie dane pod kątem obywatelstwa, dotychczas nie doprecyzowano, ilu wśród zakażonych jest obywateli RP, Rumunii, czy Bułgarii. Z sygnałów otrzymywanych od mobilnych zespołów kontrolujących miejsca zakwaterowania pracowników podlegających kwarantannie wynika, że w co najmniej kilkunastu przypadkach stwierdzono koronawirusa u naszych obywateli. Sytuacja rozwija się dynamicznie, a równolegle trwają zarówno dalsza weryfikacja danych, jak i kolejne testy - dodaje konsul Wawrzyniak.

Biorąc pod uwagę procentowy udział Polaków (około jednej siódmej pracowników) to zakażonych może być nawet kilkuset. Większość zakażonych nie ma objawów. Pracownicy to zazwyczaj silni mężczyźni w wieku dwudziestu kilku-trzydziestu kilku lat.

W całym powiecie Gütersloh, jak podaje zajmujący się pandemią Instytut Roberta Kocha, 20 osób zmarło na Covid-19 spośród 2015 zakażonych. W innych niemieckich powiatach o dużej liczbie zakażonych od początku pandemii procent przypadków śmiertelnych jest znacznie większy, w Monachium zmarło 218 z ponad 6,7 tys. chorych, w Hamburgu 259 z 5 tys.

 

KONSEKWENCJE POLITYCZNE

Największego od dawna w Niemczech wybuchu zakażeń doczekał się w swoim landzie ambitny premier Nadrenii Północnej-Westfalii Armin Laschet. I wiele wskazuje na to, że zaważy on na jego karierze. Laschet zamierzał się starać o stanowisko szefa rządzącej całym krajem chadeckiej CDU po zapowiadanym odejściu obecnej szefowej Annegret Kramp-Karrenbauer.

Byłaby to świetna trampolina do objęcia urzędu kanclerskiego. Angela Merkel potwierdziła bowiem, że nie będzie się starała o następną kadencję, a wybory do Bundestagu są na jesieni przyszłego roku i - jak w tej chwili pokazują wszystkie sondaże - CDU by je zdecydowanie wygrała. W czerwcu w badaniach opinii CDU cieszyła się poparciem od 36 do 40 proc., deklasując rywali - Zielonych (od 17 do 20 proc.) i SPD (14-16 proc.).

Laschet jest jednak krytykowany przez media i przeciwników politycznych w partii, bo zignorował zagrożenie i źle zarządzał kryzysem. Na dodatek to Laschet był politykiem CDU, który najbardziej nie zgadzał się z ostrożnym kierunkiem wytyczonym w czasie pandemii przez kanclerz Angelę Merkel. Gdy na telekonferencji z kolegami partyjnymi mówiła, że trzeba skończyć z „orgią debat o otwarciu” gospodarki, miała między innymi na myśli najbardziej skłonnego do otwierania Lascheta.

„Jeżeli z Nadrenii Północnej-Westafalii na całe Niemcy wyjdzie druga fala koronawirusa, to jego marzenia o byciu kanclerzem zostaną ostatecznie pogrzebane” - komentowała kilka dni temu jedna z gazet bawarskich (w Bawarii premierem i szefem tamtejszej CSU jest kolejny kandydat na następcę Merkel - Markus Söder).

W piątek wieczorem rozeszła się kolejna niedobra dla Lascheta informacja, koronawirusa stwierdzono w innym zakładzie mięsnym w jego landzie. Chorych jest 82 pracowników fabryki kebabów „Öztas” w mieście Moers, w nocy wstrzymała całkowicie pracę. 

O SOBIE

Rzeźnik Klemens Tönnies zaczął w starej części miasteczka Rheda szlachtować siedem do dziesięciu świń tygodniowo. Tak na stronie internetowej firma opisuje swoje początki. Syn Klemensa, Bernd, w 1971 roku uruchomił przedsiębiorstwo hurtowej sprzedaży mięsa, zatrudniające 20 osób. Z kilku świń tygodniowo - na początku tego wieku zrobiło się osiem milionów rocznie. I liczba ta potem rosła.

Koncern zatrudnia teraz, jak sam informuje, 16,5 tysiąca ludzi. Ponad połowa produkcji idzie na eksport.

Główną postacią w rodzinnym przedsiębiorstwie stał się drugi syn Klemensa - o takim samym imieniu, lecz inaczej pisanym: 64-letni obecnie Clemens Tönnies, od młodości szkolony na rzeźnika.

Teraz media szacują jego majątek na ponad miliard euro („Der Spiegel” cztery lata temu pisał o 1,1 mld euro, z kolei „Forbes” teraz wycenia Clemensa Tönniesa, ale wraz z rodziną, na 2,2 mld dolarów, czyli 1,98 mld euro. To daje 1196. miejsce na liście najbogatszych na świecie). 

GOLONKA DLA PUTINA

Clemens Tönnies jest związany z klubem piłkarskim Schalke 04 z Gelsenkirchen (do którego z siedziby koncernu mięsnego i zainfekowanej wielkiej fabryki jest 100 kilometrów). To jedna z najważniejszych drużyn w Niemczech, dla robotniczych, dawniej też górniczych, środowisk w regionie mająca wymiar niemal religijny.

Schalke zakładali na początku zeszłego wieku potomkowie imigrantów zarobkowych z Mazur, Wielkopolski i Śląska, dlatego zwane było Klubem Polaczków (Polackenverein). 32 piłkarzy grających w pierwszym składzie w latach 1920-1940 miało brzmiące z polska nazwiska, w tym największe gwiazdy Kuzzora i Szepan, a także Tibulski, Kalwitzki, Zajonz, Jaszek, Badoreck, Burdenski. (Reportaż: „Klub Polaczków” https://www.rp.pl/Historia/180509829-Schalke-04-Klub-Polaczkow.html).

Clemens Tönnies jest od 1994 roku szefem rady nadzorczej klubu. Na jego czasy przypada związanie się Schalke 04 z rosyjskim, kontrolowanym przez Kreml koncernem Gazprom, który jest od kilkunastu lat głównym sponsorem (piłkarze dawnego „Klubu Polaczków” biegają w koszulkach reklamujących koncern symbolizujący politykę energetyczną Rosji, szkodliwą dla Polski).

Szef koncernu mięsnego i rady nadzorczej czołowego klubu Bundesligi szczycił się swoimi kontaktami z Władimirem Putinem. Media niemieckie pisały pięć lat temu o ich „męskiej przyjaźni”.

Na spotkania z prezydentem Rosji mięsny król Niemiec miał przynosić osobiście przygotowaną w domu golonkę. „Pan Putin lubi peklowaną. Gdzie golonka? - to pierwsze, o co zawsze pyta” - wyznał Clemens Tönnies.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA