fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Kidawa-Błońska na premiera. Decyzja zła dla Schetyny, dobra dla opozycji

Twitter/Platforma Obywatelska
Przedstawienie kandydatki na premiera może stać się punktem zwrotnym niemrawej dotąd kampanii wyborczej opozycji. Przy okazji stawia PiS w niezręcznej sytuacji zmuszając do deklaracji, czy po ewentualnym zwycięstwie szefem rządu będzie Morawiecki czy Kaczyński.

Ogłaszając kandydaturę Małgorzaty Kidawy Błońskiej na premiera Grzegorz Schetyna podjął decyzję złą dla siebie ale dobrą dla Koalicji Obywatelskiej. Lider Platformy najwyraźniej wreszcie uświadomił sobie, że tak słabo wypada w rankingach zaufania i sondażach, że nie będzie wartością dodaną dla list Koalicji Obywatelskiej w Warszawie. Jest sprawnym organizatorem biegłym w partyjnych rozgrywkach, ale brak mu cech lidera, który może pociągnąć całą partię. Dlatego postanowił zrezygnować z ambicji premierowskich i wybrał dobro kierowanej przez siebie koalicji.

Postawił na dość umiarkowaną, dobrze prezentującą się i kulturalną Kidawę Błońską, której kandydatura ma dla Koalicji kilka poważnych zalet. Po pierwsze jest kobietą – ociepla to wizerunek Koalicji i w dodatku utrudnia ataki – nie tylko na siebie, ale też na całą Koalicję. W dodatku koalicja jest w stanie tą ofensywą zmienić dynamikę kampanii wyborczej. W tym sensie może to się stać przełomowym momentem kampanii wyborczej. Choć dla PiS te wakacje były bardzo trudne – najpierw afera Marka Kuchcińskiego potem Łukasza Piebiaka, to opozycja na tym nie zyskiwała. Do opinii publicznej przedostawały się zaś dotychczas spory o miejsca na listach. Twarzą koalicji stanie się teraz Kidawa Błońska zamiast mało popularnego Schetyny, i KO będzie mogła teraz prowadzić kampanię promując jej osobę.

To swoisty paradoks, że Grzegorz Schetyna idzie dziś śladami Jarosława Kaczyńskiego, który po ośmiu latach w opozycji i po jedenastu przegranych wyborach też postanowił odsunąć się w cień przed wyborami 2015 r. Wiedział, że sam nie wygra, więc postawił na wówczas niezgrane i sympatyczne twarze Andrzeja Dudy i Beaty Szydło, które pomogły mu przejąć władze. A nawet wcześniej – gdy PIS zgłosił prof. Piotra Glińskiego jako kandydata na premiera technicznego podczas jednej z prób odwołania Donalda Tuska.

Ale to podobieństwo niesie ze sobą też pewne ryzyko. Gdyby opozycja miała po wyborach możliwość stworzenia większości w Sejmie i rzeczywiście Małgorzata Kidawa Błońska zostałaby premierem, odtworzony by został znany dziś i dość karkołomny system władzy polegający na tym że premierem nie jest lider partii mającej większość. I szefostwo polityczne i kierownictwo państwa dalej byłoby rozdzielone, choć nasz ustrój został zaplanowany inaczej.

Powstaje jednak pytanie, dlaczego Koalicja podjęła tę decyzję tak późno. O tym, że Schetyna nie jest ulubieńcem wyborców wiemy nie od dzisiaj. Raczej to sygnał, że w partii doszło do pewnego przesilenia wewnętrznych napięć i konfliktów, których efektem jest decyzja Schetyny.

Z drugiej strony decyzja Schetyny ma też dla opozycji jeszcze inną zaletę. Stanowi zupełne zaskoczenie dla PiS. W dodatku sprawia, że sprawa tego, kto będzie premierem po wyborach staje się tematem kampanii wyborczej. A tu PIS nie jest jednoznaczne. Z jednej strony premierem jest dziś Mateusz Morawiecki, ale z drugiej politycy PiS, jak choćby ostatnio Joachim Brudziński, przyznają, że ta teka należy się Jarosławowi Kaczyńskiemu. PiS będzie więc musiał zdecydować, kto ma stać się kandydatem tej partii na szefa rządu po ewentualnym zwycięstwie jesienią.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA