fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Michał Płociński: „Polityka” Vegi ociepla wizerunek Kaczyńskiego

materiały prasowe
Spodziewałem się zupełnie innej postaci: cynicznego, bezwzględnego i sprawczego machera. A postać prezesa, której Vega poświęcił osobny rozdział filmu, na różne sposoby może wywoływać pozytywne emocje.

W nowym filmie Patryka Vegi dostaje się właściwie wszystkim – nie tylko klasie politycznej, ale i zaangażowanym społecznie Polakom. Jako skrajni cynicy i przekręciarze przedstawieni są tak rządzący, jak i politycy opozycji, a gwałtów (i to niemetaforycznych) dopuszczają się w nim i skinheadzi, i „tolerancyjni” lewacy. Co ciekawe, jedynym, który pokazany jest w pozytywnym w miarę świetle – nie wiem, czy zgodnie z wizją twórców – okazuje się Jarosław Kaczyński.

Idąc do kina na „Politykę”, trochę się tego spodziewałem. Ale myślałem, że to ocieplenie wizerunku prezesa będzie polegało na zupełnie innym zabiegu. Vega bowiem nie ukrywał, że zamierza przedstawić polityków PiS jako absolutnych wariatów. Zastanawiałem się więc, czy zapewne złowieszczy Jarosław Kaczyński na tle politycznych ciamajd nie wypadnie, paradoksalnie, pozytywnie. I rzeczywiście, tak jest: jako widz wręcz współczułem filmowemu prezesowi, że musi się użerać z taką bandą oszołomów.

Przeczytaj też: Jak „Polityka” Patryka Vegi wpłynie na politykę

Tylko czy ów prezes na pewno jest taki złowieszczy? Otóż spodziewałem się zupełnie innej postaci: cynicznego, bezwzględnego i sprawczego machera. I taki prymitywny bohater rzeczywiście w „Polityce” się pojawia, ale jest nim... Grzegorz Schetyna. A postać Kaczyńskiego, której Vega poświęcił osobny rozdział filmu, jest dużo bardziej zniuansowana.

Przyznam, że praktycznie przez cały seans czułem się zażenowany – nie tylko poziomem humoru w filmie czy poziomem artystycznym, bo poczucie żenady wywoływały we mnie losy i poszczególne zachowania stworzonych przez Vegę postaci, a nawet te postaci same w sobie. To poczucie żenady było tak wielkie, że często wręcz odwracałem od ekranu wzrok. Ale gdy Kaczyński wspominał, jak lubił rzucać kaczki ze zmarłym bratem bliźniakiem, naprawdę się wzruszyłem. Nagle, wśród uderzeń obuchem i grubo ciosanych aluzji, rozdział o prezesie okazał się nieoczywisty, a emocje w scenie z rzucaniem kaczek ukazane zostały w sposób bardzo subtelny.

Nie dostałem więc Kaczyńskiego-dyktatora, choć może kilka innych scen, domyślam się, miało za zadanie wywołać właśnie takie wrażenie. Zdecydowanie najbardziej zapamiętałem te, które pokazywały prezesa jako w zasadzie sympatycznego, nawet wrażliwego, a na pewno dość nieporadnego fana rodeo. Nie wiem, czy na pewno na taki efekt liczył twórca, który w wywiadach przestrzega, że demokracja w Polsce jest poważnie zagrożona.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA