fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Nizinkiewicz: Jak "Polityka" Patryka Vegi wpłynie na politykę

Iwona Bielska jako Krystyna Pawłowicz w "Polityce" Patryka Vegi
Kino Świat
Jeżeli ktoś sądził, że nowy film Patryka Vegi wpisze się w plemienną walkę partyjną i przesądzi o jesiennej elekcji, po seansie zmieni zdanie.

W kampanii wyborczej wszystko jest polityką. Każde zdarzenie może wpłynąć na wynik wyborów, tym bardziej film oparty na wydarzeniach z najnowszej historii politycznej Polski. Tak też przedstawiał przed premierą swój najnowszy film Patryk Vega. Reżyser, znający się na marketingu, wzbudzał zainteresowanie swoim obrazem od pierwszej informacji o produkcji.

Polacy lubią przeglądać się z krzywym zwierciadle rzeczywistości, co pokazał choćby sukces „Ucha Prezesa". Gorzej z politykami. Ci mieli obawy, że film może w nich uderzyć. Nie uderza. Jarosław Kaczyński może spać spokojnie. Beata Szydło może wzbudzić u widzów nawet większą empatię i sympatię niż wcześniej. Prawu i Sprawiedliwości Vega na wybory nie szkodzi. Opozycji również. Ale też nie pomaga.

Między bajki należy włożyć zapewnienia Vegi, że „oni zrobią wszystko, żebyś nie obejrzał mojego filmu", czy że przez ten film może stracić wszystko. „Polityka" niczego nowego do postrzegania polityki nie wnosi. Nie odsłania kulis, nie zdradza tajemnic, nie grzebie aktorów sceny politycznej. Tym, którym film mogłaby zaszkodzić, jak Bartłomiej Misiewicz czy Stanisław Pięta, już na niej nie ma. Nie dowiemy się niczego, czego byśmy wcześniej nie widzieli lub nie słyszeli. Inna sprawa, że często pomieszane są wątki, a wypowiedzi poszczególnych polityków nie padły wtedy, kiedy chciałby reżyser, jak choćby słynne prezesowskie „I żadne płacze i żadne krzyki nie przekonają nas, że białe jest białe, a czarne jest czarne" czy słowa Mateusza Morawieckiego o pracy za miskę ryżu. Prawa filmu. Tu nic nie musi być jeden do jednego. Wszak to nie dokument.

Nie jest to też film, który wnosiłby jakąś wiedzę polityczną, odkrywał kulisy władzy, partyjnych mechanizmów. Mimo sprawnej gry aktorów (Jarosław Kaczyński grany przez Andrzeja Grabowskiego jest bliższy rzeczywistości niż Roberta Górskiego), trafnego doboru cytatów, umiejętnym skupieniu się na najbardziej wyrazistych postaciach sceny politycznej, film nie obudzi świadomości Polaków, nie poruszy emocjonalnie ani nie wpłynie na kształt kampanii wyborczej. Czy czymś nowym jest, że Kaczyński jest politycznym strategiem decydującym, kto będzie premierem, i że jest samotnikiem nieufnym wobec ludzi? Czy jakąś wartość dodaną niesie wiedza o zblatowaniu ojca dyrektora z politykami i jego słabości do „dobrowolnych ofiar na rzecz dzieła Bożego"? Czy granie hakami i teczkami to coś, czego Polacy by wcześniej nie widzieli? Idąc tym tropem, można by nakręcić „Politykę 2", „Politykę 3" i kolejne części sagi. Wątków, scen z rzeczywistości i cytatów nie brakuje. Tylko co widz ma wynieść z masochistycznie opowiadanych prawd, które zna? Film nie niesie z sobą nie tylko żadnej wartości dodanej, ale po prostu żadnej wartości.

To nie jest „dzieło", na którym którakolwiek strona partyjnego sporu mogłaby stracić lub zyskać. „Polityka" umacnia przekonanie, że polityka to bagno, a jedna strona warta jest drugiej. Widz może mieć przekonanie, że to kolejny obraz Vegi o mafii, tylko tym razem funkcjonującej w parlamencie. Metody wzajemnego eliminowania się nie są tu krwawe, ale brudne, polityczni gracze są wyzuci z moralności i zasad, a jedyną przeświecającą im ideą jest żądza władzy. Prawdy banalne i znane od wieków. Jeśli „Polityka" miałaby mieć jakikolwiek wpływ na politykę, to tylko taki, że jeszcze bardziej zniechęci do niej Polaków. Na frekwencję wyborczą pozytywnie nie wpłynie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA