fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Szydło i 3 x E, czyli emocje europejskich elektorów

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Gdyby poważnie traktować wszystkie zastrzeżenia, które różne europejskiej partie wyrażają wobec kandydatury Ursuli von der Leyen, to nie miałaby szans zostać nową szefową Komisji Europejskiej.

Parlament Europejski zagłosuje w tej sprawie w najbliższy wtorek. Kilka dni wcześniej emocje przypominają te związane z decyzją kolegium elektorów Stanów Zjednoczonych po wyborach prezydenckich. Zwłaszcza w 2016 roku, gdy zwycięzcą był Donald Trump.

Poprą go czy nie poprą ci elektorzy, którzy powinni się dostosować do decyzji wyborców w poszczególnych stanach? Bo może jednak uznają, że się nie nadaje na prezydenta, nie ma odpowiedniego doświadczenia albo zagraża interesom, bo może się dogadać nie z tym, co trzeba? Czy też nie pogodzą się z niedoskonałością systemu wyborczego, który powoduje, że zwyciężyć w walce o najważniejszy urząd może ktoś, kto wcale nie ma wystarczającego poparcia społecznego i zdobywa o parę milionów głosów mniej od konkurenta?

Po kilku dniach takich rozważań amerykańscy elektorzy głosują bez żadnych zaskoczeń. Zapewne podobnie będzie z Ursulą von der Leyen. I niemiecka chadeczka przejmie najważniejszy urząd w Unii.

Trudno będzie jej bowiem roztrwonić poparcie, które wstępnie uzyskała jej kandydatura. Dostała je nie tylko z swojej, mającej największą frakcję, Europejskiej Partii Ludowej. Ale i od socjalistów oraz liberałów, bo oni biorą razem z ludowcami udział w podziale głównych unijnych stanowisk (jedni szefa parlamentu i szefa unijnej dyplomacji, drudzy szefa Rady Europejskiej). Oraz od premierów krajów, w których rządzą ugrupowania nienależące do żadnej ze wspomnianych trzech frakcji. Choćby Polski - PiS, główna siła Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR), uważał dotychczas tę niemiecką kandydaturę za sukces.

Na ostatniej prostej toczy się gra, by głos oddany na Ursulę von der Leyen był opłacalny politycznie. I to także na podwórkach krajowych, a nie tylko europejskim. Wybrzydzają niemieccy socjaldemokraci, którym nie służy współrządzenie z partią kandydatki na szefową KE w Berlinie (a oficjalnie bronią zasady, że to stanowisko miał obsadzić spitzenkandidat, którym ona nie była).

Teraz oburzony jest PiS, bo w środę w symboliczny sposób utrącona została kandydatura byłej premier Beaty Szydło na przewodniczącą komisji zatrudnienia w Parlamencie Europejskim. Utrącona zdaniem polskiej partii rządzącej w odwecie za utrącenie kandydatury Fransa Timmermansa na szefa Komisji Europejskiej.

Pojawiły się komentarze, że za utrącenie Szydło zapłaci kolejnym utrąceniem von der Leyen. To bardzo mało prawdopodobne. Niemiecka kandydatka ma jeden wielki, choć niedostrzegany powszechnie, atut w grze na podwórku europejskim. Może straszyć partie głównego nurtu tym, że w razie czego uzyska stanowisko dzięki poparciu w PE partii eurosceptycznych. A ceną za to byłoby uznanie przynajmniej części z nich za normalnego gracza unijnej sceny. Niemieckie media lewicowe sugerują, że polityczną bazą von der Leyen będzie nie tylko PiS, ale nawet Liga Salviniego, współtworząca skrajnie prawicową frakcję Tożsamość i Demokracja.

PiS może się obrazić na dobre i krzyczeć o antypolskim spisku i zemście. Ale może też pomyśleć strategicznie, mając na uwadze ten status normalnego gracza. I zagłosować na von der Leyen po uzyskaniu od niej korzystnych dla Polski i jej rządu zobowiązań. Dlaczego ona miałaby się na to godzić? Bo powinno jej zależeć na jak najwyższym poparciu w europarlamencie, a nie z trudem zdobytej skromnej większości.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA