fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Artur Bartkiewicz: Kto przegra wybory do Parlamentu Europejskiego?

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Kampania wyborcza przed czekającymi nas w niedzielę wyborami do PE była dziwna. O Europie mówiło się mało, dużo było za to o Polsce i zbliżających się jesienią wyborach parlamentarnych, do których niedzielne wybory mają być jedynie przygrywką. Najciekawsze jest jednak to, że ważniejsze od tego, kto wybory wygra, wydaje się pytanie o przegranego.

Ostatnie sondaże publikowane przed wyborami do PE są zapowiedzią remisu ze wskazaniem na PiS. 2-3 punkty procentowe różnicy między Zjednoczoną Prawicą a Koalicją Europejską, jeśli weźmiemy pod uwagę margines błędu, który w sondażach zazwyczaj wynosi właśnie tyle, nie pozwalają jednoznacznie przesądzić kto w niedzielę będzie mógł ogłosić się zwycięzcą.

Najprawdopodobniej zresztą będzie to zwycięstwo z rodzaju tych pyrrusowych. Z ostatnich sondaży wynika, że PiS będzie miał problem, aby w wyborach parlamentarnych znów zdobyć samodzielną większość, a perspektywa szukania koalicji z Konfederacją czy Kukiz’15 z pewnością nikogo w Prawie i Sprawiedliwości nie cieszy. Byłaby to bowiem koalicja podobna do tej z lat 2006-2007: potencjalni partnerzy wydają się równie problematyczni jak niegdyś LPR czy Samoobrona. Z kolei Koalicja Europejska – znów odwołując się do sondaży – otrzymała bardzo umiarkowaną premię za zjednoczenie. Owszem – obecnie wyniki wyglądają dla opozycji lepiej niż wtedy, gdy PO, SLD czy PSL rozpatrywano osobno – ale warto przypomnieć, że w 2014 roku, gdy te partie startowały oddzielnie w wyborach do PE, zdobyły łącznie ok. 50 proc. głosów. Dziś wydaje się pewne, że tego wyniku nie powtórzą.

Ważniejsze od pytania kto wygra wybory, jest więc pytanie kto je przegra – bo zarówno dla PiS, jak i dla Koalicji Europejskiej skutki przegranej mogą być poważne. Jeżeli na ostatniej prostej Koalicja wyprzedzi Prawo i Sprawiedliwość, a na dodatek Konfederacja przekroczy próg wyborczy, wówczas w szeregach partii rządzącej może pojawić się nerwowość. Zwycięstwo opozycji, nawet niewielkie, dałoby jej bowiem psychologiczną przewagę przed jesiennymi wyborami – byłby to sygnałem dla wyborców, którym nie po drodze z PiS, że z partią Jarosława Kaczyńskiego można wygrać. A to z kolei mogłoby zmobilizować niechętny PiS elektorat, który nie zawsze chodzi na wybory, aby tym razem na nie pójść i potem móc czuć się częścią obozu zwycięzców. Z drugiej strony dobry wynik Konfederacji to zapowiedź problemów z prawej strony przed wyborami do Sejmu. Staranie się jednocześnie o wyborcę zdecydowanie prawicowego i wyborcę bardziej umiarkowanego może zmuszać do niewygodnych szpagatów, co widać choćby w stanowisku PiS wobec problemu pedofilii w Kościele. Z jednej strony PiS chce walczyć z pedofilią, a z drugiej słyszymy z ust prominentnych polityków tego ugrupowania, że to w zasadzie pederastia, że problem jest wydumany i że tak w ogóle to polityczna walka, bo data premiery filmu z pewnością nie jest przypadkowa. Wzmocniona wynikiem wyborów do PE Konfederacja może przed wyborami do Sejmu wprowadzić więcej tematów wymagających tego typu szpagatów ze strony PiS: chociażby problem aborcji. Obóz rządzący z pewnością – mając w perspektywie takie problemy – wolałby wybory wygrać, aby móc przekonywać, że – jak mówił Adam Bielan w programie #RZECZoPOLITYCE – Zjednoczona Prawica jest jedyną siłą zdolną powstrzymać marsz po władzę Grzegorza Schetyny i Roberta Biedronia.

Z drugiej strony jest Koalicja Europejska, dla której porażka oznacza zapewne rozpad. Już dziś są np. w PSL politycy, tacy jak Marek Sawicki, którzy mówią, że do wyborów parlamentarnych trzeba iść samemu. Przegrana będzie dla wszystkich, którzy myślą w ten sposób, wodą na młyn: po co bowiem jednoczyć się pod przewodnictwem Grzegorza Schetyny, skoro to i tak nie daje zwycięstwa? Samodzielny start też go nie da, ale może uda się wprowadzić jednego czy dwóch posłów więcej, niż ze wspólnych list KE. Zwłaszcza, że – co było widać w kampanii wyborczej – tak szerokiej Koalicji trudno o jakąś wspólną platformę programową. Przed wyborami do PE można było – jako spoiwo KE – przedstawiać proeuropejską postawę, ale na wybory do Sejmu to nie wystarczy. Również zapowiedź zwiększenia środków na ochronę zdrowia – jedyny chyba postulat programowy Koalicji Europejskiej, który przebił się do publicznej świadomości – to nadal za mało. Ale jak połączyć program coraz bardziej konserwatywnego PSL z programem liberalnej Nowoczesnej czy progresywnej Inicjatywy Polskiej? Tego się po prostu nie da zrobić – dlatego jedynym co może spoić Koalicję Europejską, byłaby wizja zwycięstwa. Bez wygrania wyborów do PE wydaje się, że zarówno PSL, jak i SLD, pójdą do wyborów same. Bez wygranej nie ma też szansy na wciągnięcie do Koalicji Wiosny Roberta Biedronia. A w takim scenariuszu – biorąc pod uwagę obecny układ sił na scenie politycznej – wybory parlamentarne wygra PiS.

W efekcie mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją, w której zwycięzca nie znokautuje rywala, ale rywal mimo to, będzie znokautowany (Koalicja Europejska), lub przynajmniej – pozostając przy terminologii bokserskiej – znajdzie się na deskach i będzie liczony (PiS).    

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA