Dotąd przecież Jarosław Kaczyński był „nietykalny”. Otoczony szczelnym kordonem izolującym go od świata zewnętrznego. Od przeciwników i od prasy. Pojawiał się, gdzie uważał za stosowne. Udzielał wywiadów tylko tym, którym chciał i kiedy chciał. Wszystko na swoich warunkach. I tylko ze swego matecznika na Nowogrodzkiej, gdzie czuł się absolutnie bezpieczny.
Ale nagle cała ta szklana bańka, którą zbudował – pęka. Wychodzą na jaw rozmowy nagrane w najbezpieczniejszym dla prezesa miejscu na świecie. To musi być jak cios sztyletem w najczulsze miejsce serca/mózgu partii.