fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Paweł Rożyński: Kto szybko daje, ten dwa razy daje

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Gdyby rząd, ogłaszając ponad miesiąc temu lockdown, zaoferował jednocześnie przedsiębiorcom tarczę, pewnie uniknąłby obecnej fali protestów.

Rząd wyraźnie się spóźnił. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Dopiero od piątku małe, mikro i średnie firmy z branż, które ucierpiały w drugiej fali pandemii (musiały zawiesić lub ograniczyć działalność), mogą składać wnioski o wsparcie, nawet umarzane w 100 proc. subwencje.

A to już w zasadzie czas, kiedy lockdown miał się kończyć.

Trudno pojąć, dlaczego nie można było zaoferować pomocy od razu wraz z zamknięciem części gospodarki, tylko wiele tygodni później, narażając wszystkich na wielką niepewność i stres, bo nie wiadomo było, kto się załapie, komu łaskawie państwo pozwoli żyć. Widać, że walczący z kryzysem są zawsze trzy kroki za nim. Na efekt w postaci fali buntu nie trzeba było długo czekać.

Oliwy do ognia dolał w poniedziałek minister zdrowia Adam Niedzielski, przedłużając obowiązujące obostrzenia wobec galerii handlowych, siłowni, hoteli, restauracji i stoków „co najmniej do 31 stycznia". Najpierw rebelię wszczęli na co dzień wspierający prawicę górale, tworząc inicjatywę „Góralskie veto" i zapowiadając, że w poniedziałek 18 stycznia otworzą swoją działalność bez względu na wszystko. Ruszyły się też polskie niziny. „Dłużej czekać nie będziemy (...). Każdy z nas ma dosyć, każdy ma rodziny i każdy ma prawo do pracy. Mamy pracowników za których jesteśmy odpowiedzialni. Otwieramy się w Poniedziałek" – to post z Facebooka restauratora Macieja Adamskiego z Legionowa.

Właściciele restauracji, sklepów czy stoków narciarskich mówią „o pluciu w twarz" i „odwracaniu się plecami", szykują pozwy i zapowiadają otwarcie biznesów. Tym bardziej że widzą, iż nie wszyscy przestrzegają obostrzeń, sprzedając np. „miejsce parkingowe z noclegiem w gratisie" czy rejestrując kwiaciarnię na lodowisku. A kary, teoretycznie ostre, na ogół nie są nakładane, by nie drażnić suwerena.

Nowa tarcza 2.0 wcale nie musi się przyczynić do uspokojenia nastrojów. Po pierwsze, zwykle jest już za późno, kiedy tłum szturmuje Bastylię, po drugie, skromniejszy tym razem pakiet pomocowy na 20 mld zł nie dotyczy już wszystkich przedsiębiorców. Skorzystają zeń tylko ci, którzy udokumentują poważne straty i działają pod jednym z 45 kodów Polskiej Klasyfikacji Działalności. Całkiem liczne firmy nie mogą się wśród tych kodów odnaleźć.

Potrzebna, choć spóźniona, tarcza 2.0 jest ważnym testem dla rządu, podobnie jak te z innymi numerami, wśród których łatwo się już pogubić. Jeśli teraz porządnie i skutecznie nie pomożemy firmom, to podczas nadchodzącej kolejnej trzeciej fali pandemii zamiast „finansowej bazooki", jak tarczę 2.0 nazwał szef PFR Paweł Borys, trzeba będzie użyć co najmniej „finansowej katiuszy". A i to może nie wystarczyć.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA