fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Igrzyska Olimpijskie Tokio 2020

Witold Bańka: Oszustem nie zostajesz w jedną noc

Witold Bańka
Fotorzepa, Piotr Guzik
Szef Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) Witold Bańka o tym, czy jest szansa, że igrzyska w Tokio będą czyste.

Czy ma pan taką nadzieję?

Nie jesteśmy w stanie całkowicie wyeliminować dopingu, ale w Tokio będziemy mieli najwięcej testów w dziejach igrzysk. To obietnica, jaką mogę złożyć. Jako WADA, czyli regulator i nadzorca, będziemy mieli na miejscu obserwatorów, którzy przyjrzą się procesowi kontroli prowadzonemu przez Międzynarodową Agencję Badań Antydopingowych (ITA).

Nie boi się pan, że niektórzy sportowcy mogli wykorzystać pandemiczne obostrzenia?

Nikt nie staje się dopingowiczem przez noc. To nie jest kwestia „korzystania z okazji". To jest proces. Poza tym walka z dopingiem to dziś nie tylko kontrola, ale także paszport biologiczny, długoterminowe przechowywanie i ponowna analiza próbek czy śledztwa. Nawet jednak z tymi wszystkimi narzędziami system nie wykryje każdego oszusta, tak samo jak policja nie jest w stanie wyłapać wszystkich złodziei. Uważam jednak, że system antydopingowy poczynił w ostatnich latach kolosalny postęp. Codziennie słyszymy o przyłapanych na nielegalnym wspomaganiu lub unikaniu kontroli. To się dzieje.

Minął rok od szczytu pandemii i mamy falę rekordów świata. To powód do niepokoju?

Takich sportowców musimy po prostu badać i weryfikować. Trzeba pamiętać, że mamy nie tylko rekordy świata, ale także zawodników – często bardzo znanych – którzy są karani za łamanie przepisów.

Co zrobić z biegaczem trenującym w afrykańskim buszu albo ciężarowcem ukrywającym się przed kontrolerami w Rosji, na terenach zmilitaryzowanych?

Mamy coraz więcej wyspecjalizowanych zespołów, które starają się takich zawodników kontrolować. Nasi śledczy są w stanie dotrzeć w naprawdę wiele miejsc. Wiadomo jednak, że mamy na świecie miejsca, gdzie kontroli jest za mało albo nie odbywają się one w ogóle, i to największe wyzwanie, przed jakim stoi system antydopingowy. Cały czas szukamy rozwiązań, które mogą ułatwić i obniżyć koszty kontroli. Jednym z nich jest pobieranie próbek suchej krwi (DBS), które będziemy testować w Tokio. To może być punkt zwrotny w walce z dopingiem.

Dlaczego, skoro ma to być jedynie metoda pomocnicza?

Wiadomo, że podstawą testowania są tradycyjne próbki moczu i krwi. Zakładamy jednak, że w miejscach odległych czy trudno dostępnych DBS może się okazać przełomowy. To metoda łatwiejsza, mniej inwazyjna oraz tańsza – nie tylko w zakresie pobrania, ale także magazynowania czy transportu próbek. Będzie od września pełnoprawnym dowodem w postępowaniach antydopingowych.

Jakie są inne nowe sposoby testowania, którym się przyglądacie?

Mamy grupę naukowców i ekspertów z różnych agencji antydopingowych, którzy analizują, jak możemy unowocześniać nasze metody pracy w czasach tak trudnych, jak pandemia. Pracujemy też z dwiema jednostkami naukowymi nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Chcielibyśmy przy jej pomocy monitorować nietypowe zachowania zawodników, których paszport biologiczny nie jest w stanie wystarczająco zobrazować. Wykorzystanie jej to kwestia półtora roku.

Czy pieniądze są dziś problemem WADA?

Sytuacja jest stabilna. Realizujemy projekty i rozmawiamy z prywatnymi sponsorami. Przed nami prace nad kolejnym, wieloletnim budżetem. Poprosiłem dyrektorów departamentów o oszacowanie zapotrzebowania na dodatkowe projekty i ich oczekiwania przekroczyły budżet o kilka milionów dolarów. To pokazuje, że środków wciąż jest za mało. Jesteśmy globalnym regulatorem, którego roczny budżet to 40 mln dolarów. Porównanie naszych możliwości ze średnim klubem piłkarskim brzmiałoby jak żart. Prowadzimy śledztwa, zatrudniamy światowej klasy specjalistów i współfinansujemy kontrole w krajach słabiej rozwiniętych, a chcielibyśmy robić więcej.

Rozmowy z prywatnymi firmami oznaczają, że niebawem pod logo WADA pojawią się sponsorzy?

Pracujemy nad długofalowym projektem związanym z naszą marką i tym, co możemy zaoferować potencjalnym partnerom. Rozmowy z kilkoma zagranicznymi firmami są zaawansowane, wcześniej wstrzymała je pandemia. Nie mogę mówić o konkretnych kwotach, ale na pewno nie są to środki przekraczające możliwości średnich firm sponsorujących sport. Wierzę, że z punktu widzenia społecznej odpowiedzialności biznesu WADA jest dla wielu wymarzonym partnerem.

Cieszy pana, kiedy sportowcy wpadają na unikaniu kontroli, bo to dowód na szczelność systemu, czy jednak martwi, że największe gwiazdy lekceważą przepisy?

Niektórzy powiedzą, że sportowcom trzeba współczuć, bo muszą na bieżąco raportować swoje miejsce pobytu. Tak ten biznes jednak wygląda. Wyczynowiec, który chce zdobywać medale, musi się poddawać testom. Karzemy dopiero za trzeci błąd w zgłoszeniu danych w ciągu roku. Jeśli sportowiec potrafi kilka razy dziennie aktualizować swoje wpisy w mediach społecznościowych, to trudno mi uwierzyć, że ma problemy z regularną obsługą naszej aplikacji. Brak odpowiedzialności oznacza konsekwencje.

Fala naruszeń tych przepisów, przez które w Tokio zabraknie kilku czołowych lekkoatletów, to efekt zwiększonej liczby testów przed igrzyskami?

Nasi eksperci wydali 26 tysięcy rekomendacji dotyczących testów w 33 dyscyplinach, podczas gdy pięć lat temu – przed igrzyskami w Rio – było ich tylko 1,5 tysiąca. To olbrzymia zmiana, która także może mieć wpływ na większą liczbę wpadek dotyczących omijania kontroli.

Aż 335 sportowców z Rosji wystartuje na igrzyskach. Czuje pan dyskomfort?

Nie będą oni reprezentowali Rosji, nie wystąpią pod rosyjską flagą ani nie usłyszą rosyjskiego hymnu. Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) wydał taki wyrok i zamknął pewien etap. CAS uznał nasze dowody oraz potwierdził, że mamy możliwość sankcjonowania krajów, choć rządy nie są sygnatariuszami światowego kodeksu antydopingowego. Jesteśmy jednocześnie rozczarowani, bo wnioskowaliśmy o cztero-, a nie dwuletnią dyskwalifikację oraz neutralne stroje. Musieliśmy jednak zaakceptować ten wyrok, bo w tym sporze byliśmy prokuratorem, a nie sędzią.

Dwoje pływaków z rosyjskiej kadry zostało zawieszonych na podstawie analizy danych moskiewskiego laboratorium, a dwóch wioślarzy wpadło na meldonium. To pokazuje, że w Rosji wciąż dzieje się źle...

To raczej dowód, że przekazane przez nas poszczególnym federacjom pakiety śledcze skutkują konkretnymi działaniami i że WADA robi wszystko, aby aktywnych zawodników, którzy brali udział w systemowym dopingu w Rosji, wyłapać jeszcze przed igrzyskami. Wierzę, że w samej Rosji sytuacja uległa zmianie – oczywiście dalej są tam zawodnicy stosujący doping, jak w każdym kraju, jednak nie mamy już do czynienia z bezprecedensowym systemem wsparcia dopingu współorganizowanym przez rząd, który zachwiał kiedyś światem sportu. Rosjanie zostali ukarani, zakończyliśmy pewną sagę. Dziś nadszedł czas monitorowania tego, co się u nich dzieje. Powstała mapa drogowa dla Rosyjskiej Agencji Antydopingowej. Jeśli będą przestrzegać przepisów, a tamtejsza agencja pozostanie niezależna od rządu, to wróci do systemu. Ale nie jest to kwestia najbliższych tygodni ani miesięcy.

Jak na waszej pracy odbiło się uchwalenie tzw. aktu Rodczenkowa, który miał dać amerykańskiej agencji eksterytorialną jurysdykcję w sprawie ścigania osób zamieszanych w doping?

Ustawa została podpisana, ale w sprawie jej implementacji zapadła cisza. Jest w tym więcej polityki niż antydopingu. Ustawa nie obejmuje przecież ani samych sportowców, ani amerykańskich lig zawodowych, ani tamtejszego sportu akademickiego. Przepisy dotyczące dwóch ostatnich kwestii wycofano z niej w ostatniej chwili.

Obawia się pan powtórki sprzed pięciu lat, kiedy wstyd polskiej reprezentacji przynieśli bracia Zielińscy?

Przypadek sportowca z dużym nazwiskiem, który wpada na używaniu nielegalnej substancji, jest dla kibica przykry. Dla nas jednak każde takie wydarzenie oznacza kolejny sukces systemu. Nie ma we mnie żadnych obaw. Bać powinni się ci, którzy próbują oszukać system.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA