fbTrack
REKLAMA

Handel

Rząd cofa się w sprawie zakazu handlu. Będzie powtórka z Węgier?

Mateusz Morawiecki
Fotorzepa / Jerzy Dudek
Premier Mateusz Morawiecki przyznał, że gospodarcze skutki ustawy są inne, niż oczekiwano. Dlatego rozważane są różne opcje i wszystko jest możliwe. Czyżby powtórka z Węgier?

Rząd ma problem z zakazem handlu w niedziele, który systematycznie traci poparcie, choć nadal obowiązuje w ograniczonym zakresie. W pełnej krasie będzie odczuwalny dopiero od 2020 r., w bieżącym roku jest jeszcze jedna niedziela handlowa miesięcznie, ale klientom już się to nie podoba. Z badania ARC Rynek i Opinia wynika, że tylko 19 proc. Polaków jest zwolennikami ograniczeń w otwieraniu sklepów we wszystkie niedziele

Dotąd jednak minister Elżbieta Rafalska ostro podkreślała, że zmian ustawy nie będzie, ponieważ negatywne trendy na rynku, jak spadek liczby małych sklepów, miały miejsce już wcześniej i nie są efektami ustawy. Premier ma jednak na ten temat nieco inne zdanie. 

- Takie rozwiązanie spełnia z jednej strony pewne funkcje społeczne, związane z pracownikami którzy wcześniej chodzili do pracy w ten dzień, a teraz nie. Ma też funkcje gospodarcze, jak promocja polskiego handlu – mówił wczoraj premier Mateusz Morawiecki w programie „Fakty po faktach” w TVN24. - W Polsce to niepolskie sklepy wielkopowierzchniowe i galerie dominują. Cichym marzeniem było, aby polskie małe sklepy rosły w siłę. Pierwsze analizy pokazują, że niekoniecznie się tak stało. Za parę tygodni będziemy mieli dokładniejsze analizy w tym względzie – dodał.

Przeczytaj też: Zakaz handlu w niedziele zabija małe sklepy

Czy zatem będzie weryfikacja ustawy obowiązującej już od roku? Wcześniej padały kilka razy zapowiedzi przeprowadzenia analiz skutków obowiązywania ustawy o ograniczeniu handlu. - Jest parę tygodni za wcześnie, mamy zaplanowaną debatę na kierownictwie politycznym, radzie ministrów, żeby omówić skutki społeczne i gospodarcze – mówił premier podkreślając, że musi w tej sprawie opierać się o twarde dane, a te dane są inne niż wcześniejsze oczekiwania. - Wyobrażam sobie różne rozwiązania, ale jakie, to trzeba jeszcze poczekać – dodał.

Nikt raczej nie liczy na uchylenie ustawy, ale może rząd jednak ugnie się i cofnie ją do wersji z 2018 r., kiedy to obowiązywały dwie niedziele handlowe w miesiącu. Taka opcja ma większe poparcie społeczne, choć biznesowi się nie podoba. Potęguje bowiem zamieszanie i problem z ustaleniem ile towaru na weekend zamówić. 

- Celem ustawy nie powinno być wspieranie jednym formatów, a dyskryminacja innych. Mamy wolny rynek i klienci mogą wybierać z dostępnych sklepów różnych wielkości gdzie chcą kupować – mówi Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. – Ustawa już teraz dyskryminuje też wiele małych i średnich polskich firm, które zainwestowały w sklepy powiększając je, rozbudowując ofertę. Teraz z tego powodu nie mogą korzystać z wyłączeń - dodaje.

Przeczytaj też: W te niedziele będzie można zrobić zakupy w 2019 roku

- Jeżeli rząd chce rozmawiać na ten temat to bardzo dobrze, ponieważ taki sygnał powinien wybrzmieć właśnie ze strony rządu. Jeśli jest zapowiedź działań, to powinny nastąpić one szybko. Ustawa nie spełnia swoich zadań zwłaszcza w stosunku do małych i średnich firm, a jej głównym beneficjentem są sieci dyskontowe – mówi z kolei Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu. - Trzeba działać szybko, ponieważ zachowania konsumenckie się zmieniają i ciężko będzie później takie trendy odwrócić. Chodzi zwłaszcza o piątkowe czy sobotnie zakupy w dyskontach, które zmasowaną akcją promocyjną lansują kupowanie u nich – dodaje.

Zmianę nastawienia do zakazu handlu widać było już po podejściu do projektu nowelizacji, który jeszcze w 2018 r. trafił do Sejmu. Nowelizacja miała jeszcze bardziej uszczelnić ustawę, precyzując kto jako członek rodziny może pomagać właścicielowi w pracy w niedzielę. Takie prawo straciliby choćby bracia przedsiębiorców. Do tego z wyłączenia pozwalającego na pracę w niedzielę jako placówka pocztowa mogły korzystać tylko punkty Poczty Polskiej, a nie np. Żabki, które również oferują usługę odbioru czy nadawania przesyłek.

15 marca Sejm ma głosować wniosek o uzupełnienie porządku dziennego o punkt zakładający rozpatrzenie poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele i święta oraz w niektóre inne dni.

PiS może mieć problem, ponieważ z jednej strony obiecano NSZZ Solidarność uściślenie projektu, a z drugiej widać rosnący opór społeczny i to w roku wyborczym.

Ustawa nie uderza jednak tylko w sklepy spożywcze, bo klienci odpłynęli również choćby z centrów handlowych, które już w 2018 r., z dwiema niedzielami handlowymi w każdym miesiącu, miały ponad 7 mln wizyt klientów mniej, co wynika z analizy Retail Institute.

PwC z kolei szacuje, że w najemcy w galeriach handlowych tracą też na sprzedaży, której nie udaje się zrekompensować w inne dni tygodnia nawet z dodatkowymi promocjami. Chodzi zwłaszcza o sektor obuwniczy i odzieżowy. - Według naszych szacunków straty małych i średnich najemców wynoszą średnio ok. 5-10 proc. Jak wynika z rozmów z naszymi klientami, dotkliwe straty ponoszą najemcy działający w branżach m.in. odzieżowej i obuwniczej. Pomimo podejmowanych przez najemców prób renegocjacji umów najmu, wynajmujący w większości nie byli i nie są skłonni do rozmów – mówi dr Katarzyna Barańska, radca prawny w kancelarii PwC Legal.

Na Węgrzech zakaz handlu w niedziele obowiązywał od połowy marca 2015 r. Upadł w kwietniu 2016 r., ponieważ rządzący krajem Fidesz obawiał się referendum w tej sprawie, które by przegrał. Liczba przeciwników zakazu przekraczała już 70 proc. Ustawa od początku dotyczyła wszystkich niedziel i podobnie jak w Polsce właściciele małych sklepów mogli je tego dnia otworzyć, o ile sami obsługiwali klientów, a pracownicy mieli wolne. Działać mogły też sklepy o powierzchni do 200 mkw.

Źródło: rp.pl
REKLAMA