Festiwal w Gdyni

Gdynia 2018: Ambitni filmowcy walczą o widzów

„Kler” Wojciecha Smarzowskiego jest najbardziej oczekiwanym filmem festiwalu
materiały prasowe
Leszek Kopeć | Dyrektor Festiwalu Polskich Filmów w Gdyni mówi Barbarze Hollender o tegorocznej edycji tej imprezy.

Rz: Jaki będzie tegoroczny festiwal?

Leszek Kopeć: Mam nadzieję, że ciekawy i różnorodny.

W konkursie głównym są filmy bardzo oczekiwane, choćby „Kler" Wojciecha Smarzowskiego czy „7 uczuć" Marka Koterskiego, ale są też zaskoczenia. Muszę więc zapytać o zasadę: czy w konkursie głównym powinien znaleźć się typowy film komercyjny, nawet jeśli w swoim gatunku reprezentuje dobry poziom?

Granica między kinem komercyjnym i artystycznym coraz częściej się zaciera. Nawet najciekawsi artyści mają ambicje dotarcia do większej widowni. Myślę, że film Marka Koterskiego może liczyć na dobrą frekwencję. „Juliusz", bo pewnie o ten tytuł pani pyta, był jedną z wielu propozycji komediowych. Inteligentną, z dobrymi dialogami i interesująco zarysowanymi postaciami. A w Gdyni nigdy nie zakładaliśmy, że odcinamy się od propozycji, które mają cechy kina komercyjnego.

Ale samo się obroni, a kinu artystycznemu trzeba pomagać.

Zgadzam się. Stąd wziął się pomysł na rozszerzenie sekcji „Inne spojrzenie". Tu mamy przegląd filmów, które niewątpliwie spełniają wysokie wymagania stawiane kinu artystycznemu.

Ta sekcja, kiedyś prezentująca filmy trudne, poszukujące nowego języka, też się ostatnio zmieniła.

Jej formuła rozszerzyła się i dziś przypomina canneńską sekcję „Certain regard". To już nie jest kino eksperymentalne. W „Innym spojrzeniu" znalazły się filmy, które nie zmieściły się w konkursie, ale mają w sobie coś oryginalnego: czasem temat, czasem formę. Takie choćby jak „Moja polska dziewczyna" Banaszkiewicz.

A filmy, które nie zostały zakwalifikowane do żadnego z konkursów? Choćby ciekawy, niełatwy „Powrót" Magdy Łazarkiewicz czy „Via Carpatia" Kaspra Bajona i Klary Kochańskiej, jedynej polskiej laureatki Oscara studenckiego. Tytuł, który znalazł się w prestiżowym konkursie karlowarskim „Na wschód od Zachodu".

Te filmy nie znalazły uznania w oczach selekcjonerów i komitetu organizacyjnego.

Mam wrażenie, że mniej też będzie w tym roku debiutów.

To prawda, ale mamy za to sporo tzw. drugich filmów. Nie powinienem przed werdyktem jury oceniać, ale propozycja jest ciekawa. To są filmy artystyczne, często bardzo oryginalne.

Festiwal odbywa się w rocznicę odzyskania niepodległości. Macie duży przegląd filmów o polskiej historii ostatnich stu lat.

Ten zestaw skomponowaliśmy razem z komisjami, które wybierały kanon filmów historycznych w Ministerstwie Kultury i SFP, dołączyliśmy też kilka naszych propozycji. Powstała długa lista tytułów reprezentatywnych dla różnych okresów polskiej historii po roku 1918. Począwszy od „Szaleńców" Leonarda Buczkowskiego z 1928 roku, zresztą po cyfryzacji i z ciekawą oprawą muzyczną, aż do „Miasta 44" Jana Komasy.

Inny przegląd to „Pół wieku po marcu".

W 1968 roku wielu filmowców żydowskiego pochodzenia musiało opuścić Polskę. To był też czas protestu studentów, jeden z najważniejszych kryzysów w najnowszej historii Polski. Na temat historii w kinie chcemy porozmawiać podczas dwóch debat.

Kiedyś pokazywaliśmy z dumą polonika – pod hasłem „Nasi artyści tworzą za granicą". Dzisiaj na całym świecie gros filmów powstaje w koprodukcjach. My też w wielu filmach mamy także udziały mniejszościowe.

Kinematografia zmienia się i pewnie coraz trudniej będzie mówić o filmach narodowych. Ale na razie sekcja funkcjonuje. Są w niej m.in. „Szron" Sharunasa Bartasa czy „Kawki na drodze" Olmo Omerzu. To ciekawe propozycje, jednak polski udział jest w nich zbyt mały, by mogły trafić do konkursu.

Pana powód do dumy?

Chyba to, że festiwal się rozwija, że towarzyszy mu zainteresowanie publiczności, że zjeżdża do Gdyni coraz więcej gości. Także zagranicznych, bo zjawiają się dyrektorzy i selekcjonerzy ważnych festiwali, dziennikarze z najpoważniejszych filmowych magazynów, z „Variety" na czele.

Ilu gości będzie w tym roku?

120 osób z zagranicy i około 3800 z Polski, nie licząc osób z Trójmiasta. 15–20 lat temu cieszyliśmy się, gdy akredytowało się 1000 osób. Osoby z branży chcą pojawić się tu choćby na dwa–trzy dni. W tym roku odbędzie się impreza poświęcona młodemu duchem 90-letniemu artyście Jerzemu Dudusiowi Matuszkiewiczowi, jego jubileusz zostanie uświetniony jam session i koncertem, w którym wezmą udział znakomici wykonawcy. Nagrodę za całokształt odbierze Jerzy Skolimowski.

Publiczność dopisuje. Brakuje biletów.

W ubiegłym roku mieliśmy 62 tysiące widzów. To oczywiście nie jest liczba osób, bo każdy z uczestników festiwalu ogląda kilka, a czasem i kilkanaście filmów. Ale jednocześnie z tych 62 tysięcy widzów około 20 tysięcy kupiło w kasach bilety.

Co pan w tym roku poleca szczególnie?

Jak zawsze pozycje z konkursu głównego i „Innego spojrzenia". Ale też zwróciłbym uwagę na świetne filmy krótkie, zrealizowane przez młodych reżyserów, nie tylko w szkołach filmowych, ale też w Studiu Munka i w firmach kilku innych producentów. Zachęcam do obejrzenia wystawy poświęconej Marcowi '68 w Muzeum miasta Gdyni. Zwracam uwagę na debaty historyczne i spotkania. O swoich problemach będą mówić kobiety filmowcy. Najbliższe plany zaprezentują m.in. Showmax, Netflix, Polsat, Canal Plus. Będą ciekawe wydarzenia muzyczne. Leszek Możdżer wystąpi na Młodej Gali, będzie koncert i jam session z udziałem m.in. Zbigniewa Namysłowskiego, Wojciecha Karolaka, Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Wadima Brodskiego. Będzie też impreza szkół filmowych. I wreszcie chwila zadumy. Niestety, coraz więcej mamy w katalogu stron In Memoriam. Pokażemy na festiwalu filmy Wojciecha Wójcika, Antoniego Krauzego, Piotra Szulkina, obrazy z Aliną Janowską i Wojciechem Pokorą. Zaprezentujemy film z muzyką Tomasza Stańki.

I pewnie tradycyjnie filmowcy spotkają się w Gdyni na swoim Forum.

Będzie Forum, będzie też debata „Twarzą w twarz" z dyrektorem PISF. W ciągu pierwszych trzech dni będzie można nagrać przed kamerą pytania, a w czasie spotkania dyrektor Śmigulski będzie na nie odpowiadał.

Czego więc życzyć panu w dniu otwarcia festiwalu?

Dobrej atmosfery, dobrej pogody i świetnej zabawy. W gruncie rzeczy od zawodów, konkurencji i wyścigu po nagrody, ważniejsze są w Gdyni pełne życzliwości spotkania branży filmowej i reklama, którą ta impreza może przynieść polskiemu kinu.

Sylwetka

Leszek Kopeć dyrektor Festiwalu Polskich Filmów

Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Gdańskim. Autor powieści „Kredowe koło" (1989). Pełnił funkcję dyrektora przedsiębiorstwa Neptun Film oraz w latach 2005–2010 – Centrum Kultury w Gdyni. Obecnie jest prezesem zarządu Pomorskiej Fundacji Filmowej oraz dyrektorem Gdyńskiej Szkoły Filmowej.

O złote Lwy będą walczyć filmy Bajona, Koterskiego, Kolskiego, Zanussiego

O Złote Lwy będzie w tym roku walczyć 16 filmów. Są wśród nich produkcje, które miały premierę na wielkich festiwalach międzynarodowych, jak „Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego nagrodzonego za najlepszą reżyserię w Cannes, „Twarz" Małgorzaty Szumowskiej, która również z Berlina wywiozła Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię, czy „Fuga" Agnieszki Smoczyńskiej, świetnie przyjęta w canneńskiej sekcji Tydzień Krytyki.

Są też w konkursie głównym bardzo oczekiwane tytuły: już teraz budzący dyskusję „Kler" Wojciecha Smarzowskiego o pedofilii i hipokryzji w Kościele czy powrót Marka Koterskiego do bohatera Adasia Miauczyńskiego o jego dzieciństwie w „7 uczuć". Są wreszcie filmy mistrzów: faustowski „Eter" Krzysztofa Zanussiego i „Kamerdyner" Filipa Bajona, historia pruskiego rodu na Kaszubach w pierwszej połowie wieku XX.

Zapewne zainteresują kinomanów nowe obrazy: Jana Jakuba Kolskiego „Ułaskawienie", osadzone w realiach 1946 r., i Kingi Dębskiej („Zabawa, zabawa") o alkoholizmie u kobiet. Do własnych traumatycznych przeżyć – terminalnej choroby brata – wraca Janusz Kondratiuk w „Jak pies z kotem". Adam Sikora w „Autsajderze" cofa się do wydarzeń stanu wojennego, a Andrzej Jakimowski w „Pewnego razu w listopadzie" pokazuje narastanie we współczesnej Polsce nastrojów nacjonalistycznych. Po kino gatunkowe sięga Adrian Panek w „Wilkołaku", w czasy wczesnego średniowiecza „Krew Boga" Bartosza Konopki. Poza tym o gdyńskie laury powalczą dwa debiuty: „Dziura w głowie" Piotra Subbotki i komedia „Juliusz" Aleksandra Pietrzaka.

Filmy oceni jury obradujące pod przewodnictwem Waldemara Krzystka.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL