Film

Gliński: Krótki film można właściwie zrobić bez budżetu

Robert Gliński (z prawej) i Ryszard Nowak wręczają nagrody nowosądeckiego festiwalu
Fotorzepa, Andrzej Rams
Nasz festiwal potwierdza opinię, że Nowy Sącz jest miastem bardzo otwartym na kulturę. Nie tylko na film - mówi Robert Gliński, dyrektor Festiwalu Filmowego „NOWE KINO – NOWY SĄCZ".

Rzeczpospolita: Festiwali filmowych na świecie i w Polsce jest naprawdę sporo. Czym wyróżnia się ten w Nowym Sączu?

Robert Gliński: W Nowym Sączu mamy festiwal krótkich filmów fabularnych. Ta prosta i klarowna formuła ciągle jednak spotyka się z niezrozumieniem, co może świadczyć o nowatorstwie samej imprezy, przynajmniej w Polsce. Chodzi nam bowiem tylko o filmy krótkie, czyli do 30 minut, i wyłącznie fabularne. To drugie obostrzenie wydaje się szczególnie dotkliwe dla autorów, bo kiedy słyszą o filmach krótkich, wielu nadsyła reportaże, dokumenty, a nawet animacje. A to mają być filmy oparte na fabule z udziałem aktorów. Takie przyjęliśmy założenie.

Czy te małe formy mogą być zapowiedzią opowieści dłuższych, pełniejszych?

Bardzo często tak się dzieje na świecie. I myślę, że u nas może być podobnie. Krótka forma zresztą staje się coraz bardziej popularna. Widać to także na naszym festiwalu. Do pierwszej edycji zgłosiło się ponad 50 filmów, do drugiej, czyli tegorocznej, ponad 80. Okazuje się bowiem, że zrobienie krótkiego filmu jest dość proste. Można niedrogo kupić małą kamerę albo też nakręcić film komórką, napisać scenariusz, zaangażować znajomych aktorów. Rzecz nie jest więc specjalnie skomplikowana, a sztuka nie wydaje się zanadto elitarna. Ciekawostką jest fakt, że wiele filmów nadesłanych na konkurs powstaje poza szkołami filmowymi. To nie tak jak dawniej, kiedy etiudy robili wyłącznie studenci uczelni filmowych. Nasz festiwal pokazał, że wiele osób robi filmy prywatnie, zakłada kółko producenckie albo spółkę. Wiele rozwiązań wynika z inicjatywy i pomysłowości autorów.

A dostrzega pan jakieś różnice między pracami nadesłanymi na pierwszą i drugą edycję?

Filmy stają się coraz dłuższe. W tym roku np. jest bardzo mało prac trzy- czy pięciominutowych. Większość ma już 15, 20 minut. Kilka 29, bo nie można przekroczyć 30. Widać, że autorzy podchodzą do zadania ambitnie i chcą opowiedzieć bardziej skomplikowane historie. Coraz częściej w tych filmach grają zawodowi aktorzy, oczywiście pojawia się amator, ale na zasadzie rodzynka. Wspomniałem, że krótkie filmy bywają rodzajem preludium do dłuższych opowieści, ale doświadczenie mówi, że bywają też sytuacje odwrotne. To znaczy autorzy rozbudowanej fabuły pragną wrócić do niej w formie bardziej skondensowanej. Na przyszłość krótkiego filmu fabularnego patrzę z wielką nadzieją, bo ostatnio pojawił się on jako jedna z kategorii w rywalizacji o Oscary. W Cannes też jest konkurs krótkich filmów fabularnych.

Ten festiwal podkreśla też kulturotwórczą rolę Nowego Sącza...

Nasz festiwal potwierdza opinię, że Nowy Sącz jest miastem bardzo otwartym na kulturę. Nie tylko na film. Proszę pamiętać, że w ostatnich latach do tego średniej wielkości ośrodka przyjeżdża co roku ponad 20 spektakli teatralnych i zawsze mają duże powodzenie. Na jednym ze spotkań z nauczycielami słyszałem ich narzekania, że na niektóre przedstawienia trudno zdobyć bilety. Nasz festiwal również ma publikę. W tym roku – aby młodzież dodatkowo przyciągnąć do kina – ogłosimy konkurs z nagrodami na recenzję. Cieszy mnie, że miasto tak dobrze prosperujące jak Nowy Sącz potrafi równie dobrze gospodarować pieniędzmi, by odpowiednią ich część przeznaczyć na kulturę, zdając sobie sprawę, że to jest inwestycja w ludzi. Kultura łączy, uczy tolerancji. A o tym często się zapomina.

Czy aktorzy chętnie decydują się na udział w tych krótkich formach, bo czy można zbudować znaczącą rolę w 30 minut?

Wszystko zależy od scenariusza: jeśli jest dobrze napisany, ma postać ciekawą psychologicznie, która wyraża prawdziwe emocje – wtedy aktora to kręci. Jeśli ma do zagrania dziesięć scen i w każdej jest taki sam, to materiał jest średni.

Najlepiej, jeśli przechodzi metamorfozę, na przykład na początku jest człowiekiem zamkniętym w sobie, z kompleksami, a potem następuje seria wydarzeń, po których się zmienia. To jest materiał fascynujący dla aktora. Dla widza zresztą też.

A jak polscy twórcy krótkich fabuł wyglądają w kontekście międzynarodowym?

Dwa razy krótkie filmy ze szkoły gdyńskiej były w konkursie w Cannes. Zdarza się, że jakiś krótki film z Polski nie tylko pokazuje się na różnych festiwalach, ale też jest mianowany do Oscara. Można więc powiedzieć, że jakoś się przebija. Te filmy od czasu do czasu wychodzą na DVD, ciągle jeszcze funkcjonują w obiegu zamkniętym, bo zyskują uznanie głównie wśród fanów. Ważne jest to, że ta krótka forma coraz częściej zaczyna być obecna w internecie.Te filmy „kursują" w sieci, bo są krótkie. Internauta z reguły nie może usiedzieć przy jednej rzeczy dłużej niż 15, 20 minut, stąd takie filmy mają często wiele dziesiątek czy setek tysięcy wejść.

Ich atutem jest też to, że są niskonakładowe.

Tak. Krótki film fabularny można właściwie zrobić bez budżetu. Oczywiście, jak ktoś sobie wymyśli jakąś „wypasioną" historię, gdzie są walki, bijatyki, strzały, a akcja dzieje się w dziesięciu czy piętnastu miejscach, to taki pomysł musi generować koszty. Natomiast jeśli są dwie, trzy lokacje, dwóch, trzech aktorów i dobrze wymyślona historia, czyli dobry scenariusz – to sprawa jest znacznie tańsza.

Czy zaobserwował pan ulubione tematy poruszane przez twórców?

Tak. Najwięcej jest współczesnych historii miłosnych. Najprostszy schemat: ona kocha, on nie, rozstają się, ona idzie na dworzec i ma nadzieję, że wróci. Czasem więc całość trąci o banał. A czasem autor ma pomysł osobny, indywidualny, ciekawy. Autorzy szukają gatunku, w którym chcieliby ten swój utwór zmieścić. Sporo jest thrillerów, dosyć dużo horrorów. Ktoś kogoś straszy, ktoś jest owładnięty obsesjami. Czasem nawet przechodzącymi w groteskę. Taki horror między „Miasteczkiem Twin Peaks" a „Nocą wampirów". Czyli gatunek, który w Polsce w filmie długim jest praktycznie zupełnie zapomniany. A tu jest taka fala horrorów. Mało jest natomiast filmów politycznych i historycznych.

Mimo tak modnej ostatnio polityki historycznej?

Na razie towarzyszy nam ona bardziej na papierze niż na ekranie. W zgłoszeniach na nasz festiwal był zaledwie jeden film historyczny. Nawet domyślam się dlaczego. Film historyczny wymaga odpowiedniego budżetu. Łączy się z kostiumem, z przestrzenią, z odpowiednimi miejscami zdjęciowymi, które muszą nawiązywać do odpowiedniej epoki. A na to potrzeba pieniędzy.

Pamięta pan zapewne hasło: 11 minut 11 sekund. Tyle miały trwać opowieści zainspirowane atakiem na WTC 11 września 2001. Zaproszono do tego projektu wybitne postacie kina światowego. Każdy robił krótki film. Niektóre były w jakiś sposób powiązane z tą tragiczną datą, niektóre nie. Oglądając produkcje, miałem wrażenie, że w gronie reżyserów byli tacy, którzy chcieli po prostu zaistnieć czy wpisać się w dobre towarzystwo, bo nie mieli wiele ciekawego do powiedzenia.

W Polsce pamiętam, jak robiliśmy kiedyś serię filmów pod hasłem „Solidarność, Solidarność". Związany był z 25. rocznicą powstania Solidarności. Powstało 13 etiud, do których zaproszeni zostali znani polscy reżyserzy. Każda z etiud stanowiła indywidualną wypowiedź artystyczną, odmienną w formie i treści. Jedne miały charakter dokumentalny, inne stanowiły rodzaj minifabuły, jeszcze inne przybierały postać wideoklipu. W sumie pojawił się dość pesymistyczny obraz naszej rzeczywistości.

Chyba nie miało to najlepszych recenzji?

W Polsce istotnie recenzenci kręcili nosem, natomiast pamiętam, że spotkało się to z olbrzymim zainteresowaniem za granicą. Na paru festiwalach filmowych pokazywano serię jako ciekawostkę i ludzie walili drzwiami i oknami. Myślę, że w równym stopniu przyciągała ich krótka forma, co znane nazwiska reżyserów.

Ostatnio niektórzy politycy zamarzyli sobie, by zainteresować światowych reżyserów naszą literaturą i historią. Wyobraża sobie pan Johnny'ego Deppa w roli naszego bohatera romantycznego...?

Dlaczego nie, choć myślę, że Daniel Day-Lewis mógłby być lepszy...

Mam wrażenie, że my chcielibyśmy zamówić u mistrzów światowego kina film o naszej historii, mając zagwarantowany ostateczny wpływ na jego przebieg czy kształt artystyczny. I z tym mógłby być problem. Pamiętam wrzawę, gdy Costa-Gavras postanowił sfilmować „Małą Apokalipsę" Konwickiego. Miano pretensję do scenariusza, a także do faktu, że Polacy odegrali tu role drugoplanowe, a głównego bohatera grał nie Polak, tylko Czech. Nawet tak wybitny jak Jiži Menzel.

Już to słyszałem – polski film reżyseruje Mel Gibson! Nie oszukujmy się. Żaden światowy reżyser nie jest zainteresowany, by w Polsce coś robić. To są pobożne życzenia, marzenia o gruszkach na wierzbie. Zresztą uważam, że co najmniej dziesięciu polskich reżyserów zrobiłoby film lepszy niż Mel Gibson, gdyby mieli tylko takie pieniądze na produkcję. I tyle samo dni zdjęciowych. Bo on dostaje na film 100 dni zdjęciowych, a my 20. „Kurica nie ptica, Polska nie Ameryka".

rozmawiał Jan Bończa-Szabłowski

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL