fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Wenecja 2018: Powrót do przeszłości

Meksykański reżyser Alfonso Cuaron ze Złotym Lwem otrzymanym na festiwalu w Wenecji za film „Roma”
AFP
Festiwal udowodnił, że w wydarzeniach sprzed lat filmowcy szukają źródeł dzisiejszego zła oraz źródeł współczesnych niepokojów na świecie.

Korespondencja z Wenecji

Ten skromny czarno-biały film podbił Wenecję. Dostał najwyższe noty w rankingu międzynarodowych krytyków we włoskim piśmie „Ciak" i ogromne brawa od publiczności. A gdy przewodniczący jury Guillermo del Toro ogłosił, że właśnie „Roma" Alfonso Cuarona została uhonorowana Złotym Lwem, zarówno w sali Pałacu Festiwalowego, jak i w biurze prasowym rozległy się okrzyki radości.

Meksykanin zrobił karierę w USA, na koncie ma uwspółcześnione „Wielkie nadzieje" Charlesa Dickensa, jedną z części „Harry'ego Pottera" czy „Grawitację", która przyniosła mu dwa Oscary. Po 17 latach, jakie minęły od zrealizowanego w ojczyźnie filmu „I twoją matkę też", wrócił do własnych korzeni i wspomnień.

Akcja „Romy" toczy się w Meksyku na początku lat 70. Cuaron opowiada historię swojej rodziny, oczami dziecka obserwuje rozpad małżeństwa rodziców, rozpacz matki, jej próbę odnalezienia w sobie siły do zbudowania samodzielnego życia. Wspomina gosposię, ciepłą i rozumiejącą, która stała się ważną częścią jego dziecięcego świata.

„Roma" to film o potrzebie miłości, o solidarności kobiet, o smaku dzieciństwa, który zostaje w człowieku na zawsze. Jednocześnie reżyser pokazał dawny Meksyk, z rewolucją toczącą się na ulicy i ze społecznymi podziałami. W przeszłości Cuaron znajduje niezbywalne wartości, a także źródła dzisiejszych nierówności i konfliktów.

Inny Dziki Zachód

Nie on jeden szuka inspiracji w latach minionych. Dawno na wielkim festiwalu nie było tylu powrotów do minionych epok. Twórcy – ci wybitni i ci nowi – próbując zrozumieć współczesność, sięgają do historii. Nikt jednak nie przypomina momentów chwały, zestaw tytułów z konkursu był świadectwem, że artyści szukają w przeszłości niezabliźnionych ran, genezy zła, mechanizmów, które mogłyby wytłumaczyć współczesne niepokoje i zawirowania. Próbują dać głos wykluczonym i słabszym. I burzą mity.

Nagrodzeni za scenariusz „Ballady o Busterze Scruggsie" Joel i Ethan Coenowie, podobnie jak laureat Srebrnego Lwa za reżyserię Francuz Jacques Audiard, napisali na nowo historię Dzikiego Zachodu.

Coenowie stworzyli film z sześciu nowelek, z których każda ma własny styl i odrębnych bohaterów. Słynny rewolwerowiec ginie w pojedynku, a jego duch unosi się do nieba, grając na harfie. W obwoźnym teatrze osobliwości kalekę bez rąk i nóg recytującego fragmenty Biblii zastępuje kura z matematycznymi zdolnościami. Stary człowiek przekopuje prerię w poszukiwaniu złota. Tytułowi bohaterowie „Braci Sisters" Jacques'a Audiarda są z kolei płatnymi mordercami, których w kręgi zbrodni wtrąciło życie nieoszczędzające ich od dzieciństwa. Zdeprawowani faceci też na dnie duszy mają własne rany i marzenia.

Coenowie i Audiard tworzą niesztampowe obrazy, dalekie od legendy „W samo południe". Jest tu nie tylko rewizja historii, ale i współczesna refleksja nad chciwością, nietolerancją, przemocą, tęsknotami skrywanymi pod maską siły, a nawet nad masową wyobraźnią i kulturą.

O kobietach inaczej

Z kolei Grek Yorgos Lanthimos, opowiadając o wynaturzeniach i manipulacjach władzy, cofnął się do początku wieku XVIII. Bohaterkami jego filmu są trzy autentyczne postacie: Anna, ostatnia królowa z rodu Stuartów, jej faworyta Lady Sarah oraz kuzynka Sarah Abigail, zubożała arystokratka, też zaczynająca walczyć o względy królowej.

Lanthimos portretuje chorą i rozbitą psychicznie władczynię, która otacza się zabawkami królikami przypominającymi jej o poronieniach i utraconych dzieciach. Trwa wojna między Anglią a Francją, a na dworze – wśród wyścigów kaczek i innych zabaw – nie ustaje walka o wpływy i władzę. Nastroje i intrygi kilku osób wpływają na najważniejsze państwowe decyzje oraz na losy milionów ludzi.

Chwała też jurorom, że Nagrodą Specjalną uhonorowali jedyny wyreżyserowany przez kobietę, a chyba najmocniejszy obraz tego konkursu. „Nightingale" Australijki Jennifer Kent to kolejna rewizja historii – tym razem kolonizacji Australii przez Anglików na początku XIX wieku.

Młoda, skazana za kradzież Irlandka trafiła do Tasmanii, gdzie żyli głównie zesłani przestępcy, pilnujące ich wojsko i tubylcy traktowani jak niewolnicy. Oficer sprawujący nad dziewczyną nadzór, choć minęło siedem lat wyroku, nie chce jej zwrócić wolności, ma obsesję na jej punkcie, doprowadza do straszliwej tragedii. Gdy jedzie na północ, by dostać awans, dziewczyna rusza za nim z aborygeńskim przewodnikiem, żeby się zemścić.

Kent zrobiła porażająco realistyczny film o przemocy. Tu nie ma mowy o łagodzeniu drastycznych scen. Pokazała krew chlustającą z ran, ciała rozrywane przez kule. Spytała o wartość zemsty. Czy niesie ona ulgę, czy też jest przedłużaniem spirali zła?

Jednak większe jest tu okrucieństwo psychiczne. Świat podzielony na kolonizujących i ujarzmianych, których życie nie ma żadnej wartości. Kent, pokazując głęboko zakodowane w ludziach podziały społeczne, stworzyła film, który szokuje i zostaje w widzu.

Historia królowała nawet w kinie wysublimowanym i artystycznym: Julian Schnabel, próbując opowiedzieć o samotności odrzuconego artysty, przypomniał los Vincenta van Gogha, którego rewelacyjnie zagrał Willem Dafoe.

Netflix triumfuje

– Taki zestaw filmów udaje się skompletować raz na dekadę – powiedział dyrektor Barbera przed rozpoczęciem festiwalu. Trzeba przyznać, że miał rację. To była znakomita edycja. Także dzięki Netfliksowi. Cannes się od tej platformy streamingowej odwróciło, Wenecja otworzyła drzwi dla jej produkcji, m.in. dzieł Cuarona i braci Coen, dla „22 lipca" Paula Greengrassa o masakrze na Utoi czy zmontowanej ze 100 godzin materiałów „Drugiej strony wiatru" Orsona Wellesa.

Czy Złoty Lew dla produkcji Netfliksa to nie jest początek końca kina? – spytał dziennikarz na konferencji prasowej. – To dalszy ciąg historii, która zaczęła się ponad 100 lat temu – odpowiedział przewodniczący jury Guillermo del Toro.

Filmowcy udowadniają, że ta historia ma przyszłość, bo sztuka filmowa, niezależnie od tego, gdzie powstaje, wciąż może być ważna. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA