fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Wszyscy jesteśmy potworami

Tom Waits (pustelnik Bob) w filmie Jima Jarmuscha. Już w kinach
© 2019 Image Eleven Productions, Inc.
W komediowym horrorze o zombi „Truposze nie umierają" Jim Jarmusch pokazał, że przeraża go dzisiejszy świat.

Małe miasteczko Centerville, reklamujące się jako „bardzo miłe miejsce". Życie płynie tu spokojnie, jak to na amerykańskiej prowincji. Ale nagle zaczynają się zdarzać dziwne rzeczy. Zmierzch nie zapada, zegarki stają, komórki rozładowują się, nie działa policyjne radio. Koty i psy uciekają właścicielom, jakby wyczuwały niebezpieczeństwo. A z grobów wstają trupy. Idą coraz szerszą ławą, zabijając mieszkańców i zamieniając ich w kolejne zombi.

Nie brzmi to jak opis filmu Jima Jarmuscha? A jednak! I wbrew pozorom „Truposze nie umierają" wpisują się w twórczość tego autora.

Metafora Ameryki

Nowojorski „poeta kina" zawsze chadzał własnymi ścieżkami. Podsłuchiwał rozmowy facetów palących papierosy i sączących kawę, proponował czarno-biały western o drodze człowieka do śmierci, opowiadał o Murzynie zabójcy, wiernym kodeksowi samuraja, portretował mężczyznę, który przeżył życie barwne, a stara się odszukać syna: dotąd nie wiedział o jego istnieniu, ale myśli, że on gdzieś jest.

W każdym ze swoich filmów Jim Jarmusch przekonywał widzów, że nie ma chwil nieważnych i ludzi niewrażliwych, a samotność bywa chorobą śmiertelną. Ostatnio jednak w jego twórczość wkradł się niepokój. Pełen rozpaczy był już film z 2013 r. „Tylko kochankowie przeżyją". Dwa nieśmiertelne wampiry żyły tam wśród dobrych lektur, wspaniałej muzyki i wspomnień czasów, gdy sztuka była ważna. Popadały w depresję, widząc, jak ludzie boją się własnej wyobraźni i niszczą to, co inne, niemieszczące się w ramach popkultury.

W „Truposze nie umierają" Jarmusch posunął się o krok dalej. Centerville zamienia się w metaforę Ameryki, a film o ludziach-zombi tworzy ponurą wizję upadającej cywilizacji. W telewizji sączą się fake newsy, wysoki rangą polityk Białego Domu neguje wpływ odwiertów na biegunie północnym na zmiany klimatyczne, a stary farmer chodzi w czapce z napisem „Keep America White Again" nawiązującym do rasizmu i trumpowskiego „Make America Great Again".

Reżyser ogrywa w tym filmie dziesiątki symboli i różne kulturowe i popkulturowe wzory – od Blocha i Faulknera przez George'a Romero aż do „Gwiezdnych wojen". Nie mówiąc o tym, że zombi biegają tu z komórkami, mamroczą „wi-fi" i upominają się o xanax.

Bohaterów ma film wielu: dwaj policjanci i ich koleżanka z posterunku, właściciel sklepu z narzędziami, chłopak ze stacji benzynowej – kinoman, który wie wszystko o zombie, dwie kelnerki z knajpy, buddystka prowadząca zakład pogrzebowy, trójka nastolatków, z motelu. Wszyscy oni będą musieli zmierzyć się z watahą zombi. Coraz liczniejszą, bo zabijani przez nie mieszkańcy przekształcają się w ludojadów.

Zabawa kinem

Jest w tym filmie ostrzeżenie, że wszyscy – wcześniej czy później – staniemy się monstrami. Zapędzeni, z oczami utkwionymi w ekranach komputerów i komórek, dający się omamić niebezpiecznym ideologiom. Jim Jarmusch traktuje jednak swoją metaforę z przymrużeniem oka, okraszając ją humorem. Bawi się przy tym kinem. Bawi się z publicznością. I ze sobą.

„Truposze nie umierają" to horror w jego własnym wydaniu. Ekranu nie zalewa krew. Z zabijanych zombi wydostaje się dym. W jednej ze scen dwaj policjanci siedzą w samochodzie otoczonym przez żądne krwi stwory. Młodszy, grany przez Adama Drivera, mówi: „To się nie może dobrze skończyć". „Skąd wiesz?" – pyta starszy, Jim Murray. „Czytałem scenariusz" – odpowiada Driver. „Jim dał ci cały? A to skurwiel. Mnie dał tylko moje sceny! Po tylu latach pracy...".

Wszyscy jesteśmy w tej historii. Bohaterowie, ulubieni aktorzy Jarmuscha: Bill Murray, Adam Driver, Chloe Sevigny, Tilda Swinton, Steve Buscemi, Danny Glover, Iggy Pop, grający jednego z zombi, i Tom Waits, pustelnik, ekologiczny król lasu, który obserwuje katastrofę przez lornetkę. A wreszcie my – widzowie.

Ten film może zdziwić fanów Jarmuscha. Nie ma tu subtelności, do jakiej przyzwyczaił nas od czasu debiutanckich „Nieustających wakacji". Ale jest przerażenie światem, który tę delikatność gubi. W poprzednim filmie, „Paterson", kierowca zapisujący wierszem codzienne chwile wydawał się dziwakiem. A może teraz Jarmusch sugeruje, że to właśnie outsiderzy tacy jak on i grany w „Truposzach..." przez Toma Waitsa pustelnik Bob mogą nas jeszcze uratować.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA