fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Witold M. Orłowski: Zapomniana bomba

Fotorzepa, Łukasz Solski
W czasie, kiedy wszyscy z niepokojem patrzymy na coraz większą liczbę chorych na Covid-19, tkwiącą w recesji gospodarkę i rosnące rządowe długi, zdaje się, że zapominamy o największej bombie tkwiącej w polskich finansach. A bombie tej na imię: kredyty frankowe.

A może nie ma się czym przejmować? Co najmniej od sześciu lat, a więc od momentu, kiedy z dnia na dzień kurs franka wzrósł z 3,5 do 4,5 złotego, trwał nieustanny balet. Frankowicze domagali się pomocy państwa, a jeszcze lepiej ustawowego skreślenia całości lub większej części ich długu. Banki broniły się przed tym, tłumacząc, że doprowadziłoby to do gigantycznych strat (bo one same franki pożyczały na rynku i teraz muszą je oddawać, a im nikt kursu nie obniży). Straty te prawdopodobnie musieliby pokryć częściowo pozostali klienci, a częściowo podatnicy. Kolejne rządy i Sejmy debatowały nad problemem, nie podejmując żadnych poważniejszych decyzji (nieskromnie przypomnę, że od lat wielokrotnie pisałem – również w „Rzeczpospolitej" – o potrzebie działania w tej sprawie ze strony państwa). Przymierzający się do wyborów kandydaci obiecywali, że sprawę szybko załatwią, po czym równie szybko o tym zapominali, kiedy wybory minęły. A najważniejszy polityk w naszym kraju w końcu jasno stwierdził, że państwo w tej sprawie nie ma nic do zrobienia, a komu się nie podoba, niech idzie do sądu.

Pozornie sprawa jakoś się rozwiązywała. Najbardziej aktywni frankowicze szli do sądów, ale większość cierpliwie spłacała swoje zobowiązania. W szczytowym momencie wartość kredytów frankowych wynosiła ponad 150 mld, dziś tylko 100 mld złotych.

Sprawa rozwiązywała się? Niekoniecznie. Przy braku aktywności ze strony państwa wieloletnie próby podważenia umów przez frankowych aktywistów wreszcie dały efekt w postaci orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE, potencjalnie otwierającego drogę do najbardziej kosztownych dla polskich banków rozwiązań – czyli unieważnienia indeksacji kapitału przy zachowaniu frankowych odsetek. Jest to ekonomiczny absurd, ale rozumowanie sędziów było proste: skoro państwo polskie nic w tej sprawie nie zrobiło i nie zaproponowało jakiegoś kompromisu w imię wspólnego interesu gospodarczego, sądy nie mają powodu przejmować się sytuacją sektora bankowego.

I co mamy dziś? Mamy pomysł państwowego błogosławieństwa dla dobrowolnych umów o przewalutowaniu. Pomysł bardzo sensowny, gdyby był zgłoszony parę lat temu. Dziś, w obliczu rosnących szans na obciążenie banków kosztami wzrostu kursu franka, mało pociągający dla klientów. Według KNF koszty te mogą sięgać od 34 do 234 mld złotych, w zależności

od tego, jak zachowają się klienci i sądy. A 234 mld złotych to więcej, niż wynoszą wszystkie kapitały własne polskich banków i niemal dwa razy więcej niż wszystkie zyski banków z ostatniej dekady. Gdyby rzeczywiście trzeba było pokryć takie straty, znaczna część polskich banków po prostu by zbankrutowała, a polskie finanse załamałyby się.

Frankowiczów ma prawo to nie obchodzić, ekonomistów musi. I wydawałoby się, że polityków też, jeśli mają choć minimum kompetencji do rządzenia. Bo w obliczu kryzysu, strat odnotowywanych przez wiele banków, a także ogromnych problemów finansowych potencjalnie stojących przed Polską ostatnia rzecz, której nam dziś potrzeba, to groźba załamania sektora bankowego.

Witold M. Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, Akademia Finansów i Biznesu Vistula

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA