fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Mariusz Cieślik: Miłość w czasach Tindera

Bloomberg
Nie będzie już takiej poezji miłosnej i pełnej uniesień epistolografii.

„Poznałem ją na Tinder" – piękna fraza, prawda? To musiało być jakieś pięć lat temu. To wtedy raper Tede wydał płytę „Vanillahajs" i to wtedy musiałem usłyszeć słowa rozpoczynające piosenkę „Wunder-Baum".

Pierwszy polski utwór o Tinderze był przez chwilę wydarzeniem, ale spektakularnego sukcesu nie odniósł. W przeciwieństwie do Tindera, który przez tych pięć lat stał się gigantem nowych technologii i symbolem nowych czasów. I akurat Dzień Świętego Walentego, kiedy cała Polska oblepiona jest serduszkami, to dobry moment, żeby się zastanowić, co to tak naprawdę oznacza.

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz, na którego książkach i kultowej rubryce „Ars Amandi" wychowały się dwa pokolenia Polaków, na moje pytanie, czy nowe technologie zniszczyły sztukę uwodzenia, odpowiedział, że takie stwierdzenie byłoby przesadą. Z pewnością ją uprościły. Bo kto dziś pisze listy, skoro wystarczą SMS-y – zapytał retorycznie.

Tę wyliczankę można ciągnąć długo. Kto miesiącami zabiega o uwagę pięknej kobiety, skoro równie urodziwe można spotkać na Tinderze i bez wysiłku się „zmatchować". Kto będzie śpiewał nastrojowe piosenki, skoro może włączyć Spotify'a? Itd. Itp. A wszystko to sprawia, że dawne formy właściwie przestały istnieć. Nie będzie już takiej poezji miłosnej jak kiedyś i pełnej uniesień epistolografii. Będą kombinacje zer i jedynek, z których składają się nasze maile, posty i SMS-y. A przecież kiedyś te zera i jedynki znikną razem z serwerami, na których je umieszczono.

Można nad tym załamywać ręce, ale chyba lepiej się zastanowić, czy sztuka elektronicznego uwodzenia nie ma jednak pewnych plusów. Najważniejszym jest chyba to, że dzięki nowym technologiom – to znowu spostrzeżenie prof. Lwa-Starowicza – łatwiej odnaleźć miłość ludziom nieśmiałym. Świat wirtualny oferuje anonimowość i ktoś, kto w kontaktach bezpośrednich radzi sobie słabo, tam może pokazać się od swojej najlepszej strony.

Poza tym lapidarna forma uwodzenia stwarza szansę dla ludzi pracujących od rana do nocy, którzy na pogłębianie znajomości nie bardzo mają czas. Wewnątrz firmy – to też znak czasów – lepiej żadnych relacji nie nawiązywać, bo mogą być z tego poważne kłopoty. Zwłaszcza że kiedyś, gdy kobieta mówiła „nie", mogło to znaczyć „muszę się zastanowić". Dziś dla własnego bezpieczeństwa należy założyć, że „nie" znaczy „nie".

Autor jest publicystą Programu III Polskiego Radia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA